Gnome Shell na sterydach. Moje TOP 5 rozszerzeń tej niesławnej powłoki.

Kilka dni temu świat obiegła wieść o tym, że właśnie światło dzienne ujrzała kolejna odsłona środowiska graficznego silnie kojarzonego z Linuksem, czyli Gnome z przyspawaną od kilku lat trójką na końcu. Tym razem oznaczona została ona numerem 3.34 i nazwą kodową „Saloniki”, choć nie ma ta ostatnia żadnego związku z małymi pomieszczeniami, choć do całkiem niedawna uczucie pewnego dyskomfortu czy ograniczenia zawsze mi towarzyszyło na myśl o ostatniej inkarnacji Gnome. Tym razem jednak ideą przewodnią dla nazwy była chęć podziękowania zespołowi, który zorganizował tegoroczną konferencję GUADEC (GNOME Users And Developers European Conference), a która to właśnie odbyła się na północy Grecji. 

Od razu należy napisać, że trudno nazwać tę odsłonę rewolucyjną w dotychczasowej historii projektu, który wystartował 8 lat temu. Tym niemniej jest coś przełomowego w tym wydaniu, ponieważ - jak możemy przeczytać w innym wpisie na DP - w tym momencie Gnome 3.x doczekał się większej ilości wersji niż jego ciepło wspominany poprzednik.

Ale nie o tym chciałbym, bo to jeno swoisty zapychacz, typowy dla piszącego tego słowa, który ma być zwyczajowym pretekstem dla dalszego grafomańskiego ekshibicjonizmu, bo przecia w centrum każdego wpisu znajduje się moja skromna osoba. Tym razem chciałbym wszem i wobec zakomunikować, że bodajże po 3 latach od mojej pierwszej styczności z tym środowiskiem graficznym, jestem skłonny przyznać, że da się go używać bez konieczności późniejszych odwiedzin u stomatologa. Bynajmniej nie chodzi w tym miejscu o liczne optymalizacje, które wreszcie umożliwiają sensowną responsywność Gnome Shell nawet na niespecjalnie mocarnej konfiguracji sprzętowej, ale po kolei. 

Akurat tak się złożyło, że kilka miesięcy temu z pewnych powodów musiałem po raz kolejny zmierzyć się z Fedorą i tym razem padło na jej wersję z numerem 30, a że mam przy tym zasadę, że jeśli dana dystrybucja ma wyraźnie “namaszczone” środowisko jako to domyślne, choćby równolegle istniało sto innych spinów z bardziej przeze mnie poważanym DE, to jednak idę po linii autorów. Dlatego też na ekranie mojego domowego laptopa zagościł Gnome 3 (dalej GS), za który w dużym stopniu odpowiadają ludzie związani właśnie z Fedorą.

Niestety idea interfejsu GS w wersji out-of-the-box dalej - w mojej opinii - w żaden sposób nie jest “kompatybilna” z desktopami, dlatego moją ponowną przygodę z tym DE bez wahania zacząłem w wariancie co to wołają na niego “Classic Mode”. Dzięki możliwości skorzystania z tej opcji było wyraźnie lepiej i przede wszystkim bliżej moich wieloletnich przyzwyczajeń, ale mimo to nadal się męczyłem i to tak trochę bezcelowo, skoro twórcy Fedory oficjalnie wspierają między innymi Xfce oraz Cinnamon. No więc przyznam się bez większych oporów, iż w chwili słabości zamieniłem GS na środowisko o "miętowej" proweniencji, choć niestety poniewczasie okazało się to błędem. Po pierwsze Cinnamon dla Minta oraz Cinnamon dla Fedory to jednak trochę inne doświadczenie w użytkowaniu, ale przede wszystkim po kilku dniach bez wyraźnej przyczyny posypało mi się to “korzenne” środowisko graficzne i mogłem działać wyłącznie w wersji “awaryjnej”, czyli na OpenBox, którego też nie jestem fanem.

Wróciłem więc niepyszny do GS, ale zacząłem szukać innych sposobów, by to doświadczenie było jak najmniej dolegliwe i z perspektywy czasu muszę napisać, iż w efekcie tych poszukiwań jestem obecnie więcej niż zadowolony. Niestety niewielka w tym zasługa zespołu odpowiedzialnego za rozwój GS. Okazuje się bowiem, że różnej maści zapaleńcy tworzą na pęczki całe mnóstwo rozszerzeń dla powłoki Gnome, dzięki czemu przy pomocy zaledwie kilku z takich pluginów można tak zestroić GS, by komfort naszej pracy był maksymalnie zbliżony do tego znanego z bardziej tradycyjnych rozwiązań w tym zakresie. Niestety ten oddolny charakter ma też swoją cenę, ponieważ wiele z całkiem sensownych rozwiązań dość szybko zostaje porzuconych i tym samym niekompatybilnych z nowszymi wersjami GS, o czym dość szybko się przekonałem, pracując - na wówczas - najnowszej wersji GS dostarczonej z Fedora 30.

W związku z tym faktem postanowiłem się podzielić ze światem dobrą nowiną, że w GS może nawet taki stary pierdziel jak autor tego wpisu, ale by ten publiczny zachwyt czymś usprawiedliwić w dalszej części tekstu pozwoliłem sobie wskazać pięć rozszerzeń, które sprawiły, iż dwie z trzech obecnie używanych przeze mnie dystrybucji chodzą właśnie pod GS, który do niedawna znajdował się zupełnie poza orbitą moich zainteresowań. 

1. Dash to panel

Panel to kluczowy dla mnie komponent każdego udanego środowiska graficznego przeznaczonego dla desktopów. Dlatego chyba nie skłamię jak napiszę, że to właśnie użytek poczyniony z tego rozszerzenia zmienił moją optykę na temat GS o 180 stopni. Zadecydowała o tym - jak zawsze u mnie w takich przypadkach - duża konfigurowalność tak spreparowanego panelu. Rzecz jasna z wielu możliwości finalnie nie skorzystałem i pewnie nigdy tego nie uczynię, ale dzięki tej wtyczce udało mi się doprowadzić ten element interfejsu do stanu, który doskonale wpisuje się w moje potrzeby i oczekiwania.

Oczywiście stałym zwyczajem przyczepiłem panel u góry ekranu i wybrałem jedynie słuszną orientacją z lewej do prawej. W dalszej kolejności zdecydowałem się na nim umieścić kilka “ulubionych” aplikacji i oraz dodać kilka drobiazgów, które jak chociażby procentowy wskaźnik naładowania akumulatora, to dla mnie swoiste "must have" udanego panelu. Generalnie wszystko szło naprawdę gładko i jedyny moment zawahania dotyczył wyłącznie tego, czy grupować ikony czy zostawić bardziej tradycyjny sposób ekspozycji, bo do tego pierwszego rozwiązania nie byłem jak dotąd przekonany, ale zaryzykowałem i teraz wydaje mi się to tak naturalne, że sam się dziwię temu, skąd wcześniej brał się ten opór. 

Pozostałe ustawienie jak położenie wskaźnika aktywnych ikon, ewentualna przezroczystość panelu, wielkość czcionki, to już były kwestie drugorzędne, choć fajnie, że nawet o takich detalach mogłem decydować. Natomiast jedyne do czego mógłbym się faktycznie przyczepić - niejako wbrew sobie - to brak możliwości przyspawania panelu do bocznej krawędzi w orientacji pionowej, ponieważ znam osoby, które z niepojętych dla mnie powodów tak lubią.

2. Arc Menu

Kolejny dość klasyczny element wystroju pulpitu, czyli menu programów również znalazł się w zestawie obowiązkowym. Oczywiście można pozostać wyłącznie z pełnoekranowym sposobem prezentowania takiego zestawienia (autorstwa Gnome Project), o którym będzie za moment, ale przy założeniu, że również moja familia od czasu do czasu może zechcieć skorzystać z komputera, zdecydowałem się również w tym przypadku pójść utartymi ścieżkami. Niestety finalny wybór z całą pewnością nie jest spełnieniem moich marzeń, bowiem padło na tytułowy Arc Menu. 

Zdaje się, że jest to “kopia” rozwiązania znanego z KDE, a przynajmniej kojarzę coś bliźniaczo podobnego z czasów, gdy jeszcze przytrafiało mi się z tego środowiska korzystać. Natomiast rzekome czy faktyczne powinowactwa nie miały tutaj zupełnie żadnego znaczenia, ponieważ tak dla GS jak i KDE nie był to - delikatnie sprawę stawiając - mój faworyt. Niestety o ile w przypadku KDE było kilka innych mniej lub bardziej sensowym alternatyw, to w przypadku GS wybór był wyjątkowo prosty, gdyż tak naprawdę go nie było. Otóż mogłem się zdecydować na Arc Menu albo “systemową” propozycję w tym zakresie i gdyby nie przesadna - aż do bólu - prostota (wręcz prymitywizm) konkurenta tj. Application Menu, kto wie, czy nie pozostałbym wyłącznie przy pełnoekranowy rozwiązaniu. Dodam jednak, że w repozytorium wtyczek można wyszukać więcej tego rodzaju propozycji, które przynajmniej na pierwszy rzut oka wydawały się dużo bardziej atrakcyjne, oto chociażby takie Gno-Menu. Cóż z tego skoro pod GS 3.32 to rozszerzenie działać nie zamierzało, ponieważ - przynajmniej na ten moment - nie zadbali o to jego twórcy.

Zdaję sobie, że moje zarzuty wobec Arc Menu w pierwszej kolejności wynikają z wieloletnich przyzwyczajeń i dlatego nigdy nie ukrywałem, że dla mnie w tym zakresie niedoścignionym wzorem pozostaje Whisker Menu znany z Xfce, dla którego zawsze ustawiam z prawej strony kategorie aplikacji, zaś programy wyświetlają mi się z prawej po najechaniu na jedną z wybranych grup. W dodatku wspomniany aplet dla Xfce pozwala praktycznie do woli zmodyfikować wygląd i zachowanie menu. W przypadku Arc Menu niestety tak nie poszalejmy i w gruncie rzeczy użytkownik ma wybór, który sprowadza się w pierwszej kolejności do tego, czy w menu chce widzieć tylko te programy, które wcześniej wybierze z listy zainstalowanych, czy jednak ceni sobie staroświeckie grupowanie w postaci aplikacji posortowanych kategoriami. Niestety by zobaczyć wykaz tychże programów, nie wystarczy wskazać na daną kategorię - trzeba jeszcze kliknąć na niej lewym klawiszem myszy i wówczas w miejsce listy kategorii pojawia się wykaz programów przynależny do danego zbioru. Zaś chcąc przejść do kolejnej grupy aplikacji, należy - a jakże - wycofać się do początkowego menu. 

3. Appfolders Management

Jeśli ktoś jednak ostatecznie zdecyduje się na pełnoekranowe wywoływanie aplikacji, to omawiane w tym punkcie rozszerzenie wydaje się nieodzowne. Wprawdzie gdzieś przeczytałem, że ponoć da się “natywnie” wywołać podobny efekt w samym GS, ale nie udało mi się osobiście zweryfikować tych rewelacji. Chodzi w tym wypadku o grupowanie aplikacji, które domyślnie są bezładnie (albo dokładniej: zgodnie z porządkiem alfabetycznym) rozrzucone po całym ekranie, tak by je posegregować w utworzone katalogi. Użytkownicy telefonów z Androidem są dość dobrze zapoznani z podobną ideą, więc nie będę poświęcał temu zagadnieniu przesadnie dużo miejsca (wystarczy rzut oka na obrazki widoczne niżej). Napiszę jedynie, że takie foldery można tworzyć wedle uznania, ale również wybrać grupowanie na zasadzie "tradycyjnych" kategorii, do których przypisane są poszczególne aplikacje. A ponieważ niektóre programy dla Linuksa mają czasem mocno zaskakujące klasyfikacje odautorskie (taki Steam to nie tylko klasa "Gry", ale również "Internet" i Bóg raczy wiedzieć co jeszcze), to ta pierwsza możliwość zdecydowanie bardziej przypadła mi do gustu. 

4. Add on desktop

Nie wiedzieć czemu liderzy Gnome Project stwierdzili, że pulpit jest wyłącznie od tego, by wyświetlał jakiś rozkoszny landszafcik, tudzież facjatę bliskiej użytkownikowi osoby. Skrótami czy tam aktywatorami, że już o plikach czy folderach nie wspomnę, nie należy tego błogostanu burzyć i ta reguła znalazła swoją wyraźną materializację kilka wersji temu, choć uzasadnienie tej decyzji było raczej natury technologicznej czy też architektonicznej. Niestety mam jakieś dziwne przeświadczenie, że tak już zostanie na wieki wieków, choć bardzo chciałbym się mylić, ponieważ moje preferencje i twórców GS rozchodzą się w tym miejscu dość znacznie. Wprawdzie sam, jeśli chodzi o domowy sprzęt, to staram się nie przesadzać z ilością “śmiecia” na ulubionym zdjęciu mojej pociechy, to nie mogę tego powiedzieć o firmowym komputerze oraz znam wiele osób, które w tym zakresie nie znają zupełnie umiaru. Dlatego uważam, że podejście zaproponowane w GS to marnowanie przestrzeni, które w sposób naturalny znajduje się "pod ręką". Jeśli doda się do tego, że obecnie pod GS, który domyślnie wspiera Waylanda, nie da się - bez przełączania na X-Org - skorzystać z popularnych docków w rodzaju Plancka, to w tym momencie naprawdę kończą się żarty. Na szczęście dla takich jak ja powstało właśnie to rozszerzenie, które pozwala umieścić przynajmniej aktywatory aplikacji, które z jakiegoś powodu nie zasługują na przyszpilenie do panelu, ale jednak chcemy mieć je stale dostępne.

5. Gsconnect

Jeśli mam być szczery były dwa powody umieszczenia tego rozszerzenia na liście i żaden z nich do końca nie wpisuje się w logikę tego tekstu. Po pierwsze potrzebowałem listy 5 pozycji, bo TOP 4 nie wygląda dla mnie jakoś poważnie. Natomiast na wybór konkretnie tego rozszerzenia zdecydowałem się głównie po złości dla fanów KDE, zwłaszcza że osobiście mam mentalny problem z akceptacją tego rozwiązania jako elementu interfejsu graficznego. Otóż użytkownicy KDE przy wychwalaniu swojego ulubionego środowiska graficznego nierzadko jako jeden z argumentów przywołują istnienie tego komponentu. A ponieważ mówimy o realiach open-source, to dość szybko to rozwiązanie zostało sforkowane na potrzeby Gnome. 

Jeśli ktoś nie wiem w czym rzecz, to śpieszę z wyjaśnieniem, że idzie o rozwiązanie, które umożliwia w miarę proste sparowanie naszego komputera z urządzeniem z Androidem na pokładzie (wymaga jednak zainstalowania na telefonie odpowiedniej aplikacji). Mnie osobiście to rozwiązanie częściej irytuje notorycznie wysyłanymi powiadomieniami o braku autoryzacji mojego telefonu, niż faktycznie czerpię z niego jakieś profity - ma jednak ono kilka szpanerskich rozwiązań poza banalnym przesyłaniem plików czy możliwością pisania wiadomości tekstowych (SMS), bowiem dzięki niemu możemy używać ekranu naszego smartfona jako touchpada do manipulowania kursorem po ekranie czy sterować multimediami.

SŁOWO KOŃCOWE

Właściwie ten fragment powinien być zatytułowany “Zamiast słowa końcowego”, ponieważ celem tego wpisu było zdanie relacji z mojej ostatniej przygody z GS, co też w sumie uczyniłem. Nie bardzo mam pomysł jak jednak postawić ostatnią kropkę, dlatego pomyślałem, że dla tych, którzy zakorzenieni są w rodzinie debianowatych (jak z resztą piszący te słowa), zaproponuję dwie dystrybucje, które oferują gotowe rozwiązania w zakresie konfiguracji GS, jakoś tam wpisujące się w bardziej tradycyjną koncepcję środowiska graficznego dla desktopów. Jednym z nich jest francuski Voyager Live, zaś drugim Zorin OS. 

To pierwsze distro odkąd pamiętam wpisywało się w dość popularną formułę, która sprowadza się głównie do autorskiej konfiguracji środowiska graficznego oraz wyboru aplikacji i było czy też jest w tym naprawdę dobre, ponieważ oferuje jedne z najbardziej cieszących oko pulpitów dla GS czy Xfce. Natomiast wspominam o nim nie tylko dlatego, ale przede wszystkim autorzy wpierają zarówno Ubuntu (w wersji LTS oraz z krótszym wsparciem) jak i Debiana. Jeśli chodzi o Zorin OS to tutaj nie poszalejemy, bo do dyspozycji mamy dystrybucję bazującą wyłącznie na ostatniej stabilnej wersji Ubuntu. Tym niemniej jest to dla mnie jedno z największych zaskoczeń tegorocznych, ponieważ uważam tę dystrybucję za jedną z najbardziej przyjaznych dla początkujących użytkowników Linuksa, co znalazło swój wyraz w tym, że kilka tygodni temu zastąpiłem nim na jednej z partycji wysłużonego Linux Minta - nawet jeden ze zrzutów ekranowych w tym wpisie to dokumentuje (w sekcji rozszerzenia "Add on desktop"). Tutaj twórcy idą trochę w skrajności chcąc podkreślić autorski charakter ich propozycji, czego wyrazem może być chociażby fakt, że GSConnect staje się nagle ZorinConnect. Co więcej o ile GSC nie próbuje ukryć swoich korzeni i linkując chociażby do Google Play Store jesteśmy proszeni o pobranie KDE Connect, to twórcy Zorin OS stworzyli własną wersję tego ostatniego i umieścili w repozytoriach aplikacji androidowych, o dość oryginalnej nazwie Zorin Connect.

No cóż taki już ich zbójeckie prawo, ale z drugiej strony mam teraz na telefonie dwie aplikacje, które de facto robią dokładnie to samo.