O pożytkach z pochopnych decyzji zakupowych słów kilka, czyli jak zostałem blogerem… Odsłona pierwsza pod tytułem: Zielone czyli niedojrzałe


No i stało się. Skuszony perspektywą szybkiego wzbogacania postanowiłem wreszcie zadebiutować w blogosferze Dobrych Programów. Trochę już czasu minęło od momentu ogłoszenia wiadomej inicjatywy przez “wierchuszkę” goszczącego nas portalu, natomiast mój wpis pojawia się dopiero dzisiaj. Skąd więc ta zwłoka? W żadnej mierze nie była ona spowodowana brakiem czasu, bo choć jestem mężem i ojcem, co samo w sobie jest przygodą mojego życia, ale po pewnym czasie przestaje być specjalnie zajmujące w wymiarze czasowym, a jednocześnie skutecznie unieważnia wiele wcześniej dostępnych opcji. Zwłaszcza, że syn jest już na tyle autonomiczny, że teraz jego protoplasta jawi mu się interesujący tylko jako właściciel przenośnego urządzenia z zainstalowanym Clash Royal, zaś szanowna małżonka ten stopień wtajemniczenia (czytaj: obojętności wobec piszącego te słowa) osiągnęła już dość dawno.


Jak zatem widać to nie deficyt czasu albo chęci po raz kolejny w moim życiu stanął na drodze ku pieniądzom i sławie, ponieważ w praktyce wszystko rozbiło się o rzecz najprostszą, ale zarazem fundamentalną, czyli brak pomysłu na temat, który byłby w stanie wygenerować odpowiednią ilość klików, wszak od samego początku - jak już wspomniałem - o kasę tutaj się rozchodzi. Niestety autor tego tekstu nie posiada sam z siebie odpowiednich przymiotów oraz nie nabył w życiu takich kompetencji, które mogłyby zaciekawić wyjątkowo wyrobionych czytelników portalu Dobre Programy. Pozostało więc cierpliwie czekać na iluminację, wszak raz do roku to i kura pierdnie, czy jak tam to w tym przysłowiu o drobiu leciało. Szczęśliwie za sprawą jednej z moich licznych ułomności, takie oświecenie nastąpiło relatywnie szybko. I dlatego w moim blogowym debiucie będzie o zachwycie, ale wywołanym nie tyle perspektywą szybkich i łatwych pieniędzy, gdyż przedmiot wspomnianego stanu ducha jest bardziej namacalny niż wciąż niepewne zyski z e-pisaniny.

Zacznę więc od małego wyznania. Nigdy bym nie przypuszczał, że świat Linuxa jeszcze tak miło mnie zaskoczy i to za sprawą średnio popularnej dystrybucji. By być dobrze zrozumianym chciałbym zaznaczyć, że bliżej mi do przysłowiowego Zwykłego Użytkownika niż wirtuoza terminala brzydzącego się przy tym GUI. Tym niemniej okres pierwszej fascynacji Pingwiniątkiem mam już za sobą, co między innymi przejawia się w tendencji do skupiania się na podobieństwach pomiędzy poszczególnymi dystrybucjami niż faktycznych różnicach (zwłaszcza w obrębie jednej “rodziny”), czyli praktycznie wszystkie forki czy tam inne spiny z zasady odbieram jako wtórne i nieistotne. A ponieważ przyzwyczajenie jest drugą naturą człowieka, co z wiekiem jeszcze bardziej się uwidacznia, dlatego od wielu miesięcy mam swoich faworytów wśród linuksowej braci i nie spieszno mi do jakiejś volty, bo po co się męczyć z nową dystrybucją, skoro wszystko to już było grane?

Lepsze wrogiem dobrego 

W związku z tym zanim jednak przejdziemy do “bohatera” tego wpisu pozwoliłem sobie na kilka słów, jak doszło do tego, że autor postanowił wyjść poza swoją strefę komfortu spod znaku litery M, czyli tandemu Mint do pary z Manjaro, bo choć niejeden już skok w bok stał się moim udziałem, to zawsze raczej wcześniej niż później wracałem na stare śmieci. Co ważniejsze w tych eskapadach tylko z rzadka wypuszczałem się poza ramy pierwszej dwudziestki rankingu Distrowatch, wychodząc z założenia, że jak coś nie jest popularne, znaczy się, że jest tym samym niewiele warte. To nic, że tym samym powielałem błąd będący udziałem wielu zagorzałych fanów Windowsa w stosunku do Linuxa, choć może osoby takie po prostu ekstrapolują własne doświadczenia z mobilnej wersji Okienek, gdzie ta "reguła" sprawdza się w pełnej rozciągłości. Ważne na ten moment nie jest jednak brak konsekwencji w moim działaniu, ale fakt, że w pewnym okresie turystyka linuksowa przestała mnie pociągać i właśnie na tym etapie mojej przygody z Linuxem rozpoczyna się historia, którą chciałbym się z Wami podzielić. 

W tym celu musimy się jeszcze trochę cofnąć w czasie. Otóż jeszcze jakieś pół roku temu pod moim telewizorem oprócz Xboxa 360 stał pewien chiński wynalazek z Androidem na pokładzie. Nie napiszę, że spełniał on rolę multimedialnego centrum rozrywki nie tylko dlatego, że akurat na ten konkretny przypadek marketingowego bełkotu mam wyjątkową alergię, ale też moje oczekiwanie względem niego były z jednej strony dalece skromniejsze, jednak z drugiej strony zastosowania nieco szersze. Choć faktycznie głównie o multimedia się rozchodziło, czyli o odpalanie na TV między innymi YouTube, mniej lub bardziej legalnych serwisów VoD oraz z rzadka słuchanie muzyki via Spotify. Przy tym jednak zdarzało mi się też od czasu do czasu zagrać w jakąś grę z Google Play Store (ot chociażby na Angry Birds Go czy Bard’s Tale) pod warunkiem, że sensownie wspierała ona obsługę myszką bądź padem. Ba, potrafiłem nawet sprawdzić pocztę przychodzącą, gdy w trakcie korzystania z tego urządzenia widziałem na TV powiadomienie o mailu, zaś komórki nie było pod ręką, a przez pewien czas nawet próbowałem surfować po zasobach Internetu z pomocą tej niewielkiej skrzyneczki. I muszę przyznać, że sprzęt ten nawet z tej ostatniej roli wywiązywał się poprawnie.

Jednak właściwie od samego początku w pewnych kwestiach mały “Azjata” wyraźnie nie domagał. Głównie chodziło o małą przestrzeń “dyskową” (8 GB choć nie pamiętam ile w praktyce było do dyspozycji użytkownika), a ponieważ działał on pod kontrolą Androida Lollipop, to dołożenie karty SD (bez mniej lub bardziej inwazyjnych sztuczek) nie było żadnym rozwiązaniem, skoro aplikacje instalować się mogły wyłącznie na pamięci wewnętrznej. Tym samym po wrzuceniu takiego tytułu jak chociażby wspomniany Bard’s Tale niewiele jej pozostawało na inne aplikacje. No i last but not least sprzęt mimo nie najgorszego wyposażenia (przynajmniej w momencie zakupu), czyli czterordzeniowego procesora Amlogic S812 i 2 GB pamięci RAM, od samego początku potrafił się zawiesić na sekundę czy dwie przy zwykłym poruszaniu się po interface, nawet jeśli w tle nie hulała żadna apka. Z czasem ta przypadłość się jeszcze nasiliła, a może po prostu przyzwyczaiłem się już do innych standardów działania Androida na nowszych sprzętach, których obecnie używam, gdzie wspomniane niedomagania właściwie nie występują.

Dlatego od samego początku widziałem, że następca “chińczyka” będzie wolny od tych niedoskonałości, więc wybór był dla mnie dość oczywisty, co nie zmienia faktu, że bardzo długo się przymierzałem - w tym miejscu odkrywamy karty - do zakupu Shield TV, głównie ze względu na ograniczenia związane z niewielkim kieszonkowym, które co miesiąc z mojej pensji zostawia mi żona. Jednak w końcu skuszony atrakcyjną ofertą jednego z dużych sklepów internetowych ośmieliłem się na taki krok.

I tym sposobem moje nieszczęście zaczęło się od zakupu w czerwcu tego roku sprzętu z logo NViDIA, a dokładniej “konsoli” Shield TV. Cudzysłów w poprzednim zdaniu ze wszech miar zamierzony, bo ja nadal nie mam pewności, co do ogólnego przeznaczenia tego urządzenia albo nieco ściślej: osobiście mam problem ze wskazaniem do kogo jest ono adresowane, choć już wiem z autopsji, że z całą pewnością nie do mnie. Była to więc pierwsza ze zbyt pochopnych decyzji zakupowych, z których mam zamiar zdać relację w niniejszym wpisie.

O chmurowym graniu słów parę...

Natomiast wracając do kwestii potencjalnych kupców tego urządzenia, to jeśli już musiałbym własne zdanie w tym zakresie wyrazić, to jednak z oporami, ale faktycznie skłaniałbym się ku zwyczajowemu (oficjalnemu?) nazewnictwu, czyli konsoli (w rozumieniu “video game console”). Muszę jednak od razu zaznaczyć, że miałbym ogromny problem mentalny z określeniem Shield TV jako sprzętu dla graczy. Skąd taka chwiejność? Z jednej strony to właśnie usługa “GeForce Now” jest najfajniejszym “ficzerem” tego sprzętu i prawdopodobnie w wielu wypadkach to ona waży najbardziej na decyzji zakupowej tego urządzenia, z drugiej zaś nabycie go głównie z zamiarem grania póki co wydaje się niespecjalnie uzasadnioną ekstrawagancją.

Dla tych, którzy być może nie wiedzą “co zacz” śpieszę z wyjaśnieniami, że w ramach GeForce Now dla użytkowników tego sprzętu NVIDIA za 10 euro miesięcznie oferuje nielimitowany dostęp do własnej usługi streamingu gier - to w sumie niewiele więcej niż płacę za konto rodzinne dla Spotify. Nieprzypadkowo porównuję te ostatnie rozwiązanie do szwedzkiej “muzodajni”, ponieważ w opłacie za GeForce Now zapewnione są nie tylko moce przerobowe na serwerach posadowionych gdzieś na końcu świata, ale też dostęp do biblioteki kilkudziesięciu gier (na dzisiaj około 60-ciu jak reklamuje się NVIDIA). Wprawdzie nie są to tytuły pierwszej świeżości, ale atrakcyjnych pozycji wśród nich nie brakuje. Została też przewidziana możliwość wyjścia poza “zestaw obowiązkowy”, czyli opcja kupna dodatkowych tytułów, w które następnie będzie można się zagrywać w ramach usługi (rzecz jasna tak długo jak opłacamy abonament). Dodatkowo dokonując takiej transakcji dostajemy kod na Steam, dzięki czemu będziemy mogli uruchomić ten tytuł również na domowym pececie, o ile jesteście użytkownikami platformy Valve, że już o konieczności posiadania komputera nie wspomnę.

A skoro już przy PC-ecie jesteśmy, to warto również na marginesie nadmienić, że dla posiadaczy urządzeń wyposażonych w karty GeForce GTX przewidziana została możliwość przesyłania po wifi obrazu z gier uruchamianych na własnym “blaszaku” na telewizor znajdujący się chociażby w salonie - no w każdym razie na ten, pod który podczepimy Shielda. Z powodu braku karty ze wspomnianej serii nie miałem możliwości weryfikacji jak to wygląda w praniu, ale czytałem w Internetach, że rozwiązanie to daje radę. Udało mi się za to znaleźć w sobie na tyle duże pokłady ciekawości, żeby jednak zarejestrować konto w ramach usługi GeForce Now (wymagane jest podania numeru karty płatniczej, a tego strasznie nie lubię), by następnie w ramach nieodpłatnego okresu testowego przyjrzeć się tej usłudze przez godzinę czy maksymalnie dwie.

Na bazie niezbyt intensywnych doświadczeń i jednocześnie jako właściciel wysłużonego Xboxa 360, którego trzymam już tylko ze względu na 7-letniego współlokatora, jestem pod ogromnym wrażeniem tej usługi. Gry ładowały się błyskawicznie, oferując zabawę w FHD przy maksimum detali i przynajmniej 60 klatkach na sekundę. W trakcie radosnych pląsów Batmanem czy Rico Rodriguezem nie uświadczyłem nawet cienia artefaktów czy jakichkolwiek lagów. Od tej strony usługę mogę polecić z czystym sumieniem.

Skąd zatem wyrażone na początku opory, by uznać ten sprzęt za koszerny dla prawdziwych geniuszy gamepada? Przede wszystkim dla “hardcorowych” graczy podstawowym problemem będzie skromna baza gier. Domyślam się, że wynika to z kwestii licencyjnych, ale w ramach GeForce Now nie można zakupić dowolnego tytułu dostępnego chociażby na wcześniej wspomnianym Steamie. Niestety po złożeniu do kupy wszystkich pozycji dostępnych w ramach subskrybcji oraz tych ekstra płatnych, to nie dość, że w stosunku do konkurencyjnych platform nadal jest bieda, to jeszcze są to produkty z portfolio zaledwie kilku wydawców (z którymi NVIDIA ma zapewne podpisane stosowne umowy) i nie jest to raczej pierwsza liga wśród dystrybutorów, co ma niestety mocne przełożenie na różnorodność oferty. W tym miejscu chciałbym być dobrze zrozumiany, stąd słowo komentarza, ponieważ jednym z głównych dostawców gier oferowanych w ramach GeForce Now jest Warner Bros Interactive, którego poczynania w przypadku rynku gier oceniam podobnie jak Spółki-Matki w materii filmowej, czyli całościowo bardzo dobrze. Natomiast o ile w przypadku siódmej muzy wytwórnia założona przez naszych rodaków jest prawdziwym hegemonem, to biznes z grami jest nadal trochę na przyczepkę. Bazę wciąż mają dość ubogą, ale przede wszystkim nie rośnie ona jakoś dynamicznie (zwłaszcza jeśli odjąć kolejne inkarnacje gier z Lego w tytule). I to niestety to widać również w przypadku usługi GeForce Now, bo efekt jest taki, że niestety czułem się trochę jak na początku mojej przygody z konsolą Microsoftu, czyli nie za bardzo miałem w co grać, ponieważ tu również dominują FPS oraz gry akcji lub hybrydy tych ostatnich z RPG, a te które mogłyby mnie teoretycznie zainteresować swego czasu ograłem ("ograłem" i piszę to z pełną świadomością, bo wiem co robiłem) na sprzęcie od Microsoftu.

Jeśli chodzi o te pierwsze, czyli strzelanki z perspektywy pierwszej osoby, to mimo upływu lat nadal jestem zdania, że gamepad do takiej rozrywki zupełnie się nie nadaje, nawet pomimo faktu, że na ten przykład ten stworzony przez Microsoft wyjątkowo się udał, dzięki czemu udało się im zdeklasować konkurenta z Sony przynajmniej w jednym aspekcie. Mimo tych wszystkich krytycznych słów pod adresem konsoli MS, to co ratuje moją decyzję o zakupie 360-ki to dostępność kolejnych odsłon Fify oraz Forzy, że o GTA V czy Red Dead Redemption wspomnę już tylko gwoli formalności. Niestety w ramach usługi NVIDIA nie mają czego szukać fani szmacianki oraz porządnych wyścigów po ulicach miast czy bezkresnych pustkowiach, bo “symulatora” futbolu tutaj w ogóle nie uświadczysz (tak samo jak innych gier zespołowych), zaś "ściganki" są chyba dwie i to nie najwyższych lotów.

Kończąc ten wątek pozwolę sobie odbiec od tematu bazy gier: GeForce Now jak dla mnie to tak takie trochę pokraczne rozwinięcie idei “Cloud Gaming”. Osobiście kibicuję koncepcji strumieniowania gier, przy czym jedną z największych zalet tego rozwiązania - głównie z perspektywy niedzielnego gracza, którym już jakiś czas temu się stałem - jest stosunkowo niski próg wejścia, czy wręcz całkowita “transparentność” sprzętowa. Innymi słowy: jeśli mam odpowiednie łącze internetowe mogę teoretycznie ogrywać najbardziej wymagające tytuły choćby na średniej jakości kalkulatorze. Tutaj mamy do czynienia ze sprzętem, który obecnie kosztuje około tysiąca złotych i to w uboższej wersji, czyli z pamięcią wewnętrzna wielkości 16 GB. Komuś mającemu taką kasę do wydania z myślą o graniu zdecydowanie bardziej poleciłbym którąś z "prawdziwych" konsol, zaś równowartość tych 10 euro miesięcznie mógłbym taki osobnik poświęcić na jakiś program "partnerski". 

Żeby być całkiem w porządku wobec producenta, napiszę, że jeśli chodzi o użyte podzespoły i jakość wykonania, to sprzęt zapewne jest wart swojej ceny tj. wprawdzie nie sądzę, że NVIDIA dokłada do biznesu, ale raczej też nie specjalnie na sprzedaży tych urządzeń zarabia. Natomiast trzeba jednocześnie z całą mocą podkreślić, iż z perspektywy samego streamingu gier zdecydowanie nie był potrzebny aż taki narzut wydajnościowy, żeby już przestać o tych pieniądzach gadać. Na szczęście mi się jeszcze udało kupić nieużywany sprzęt Shield TV za niecałe siedem stów w ramach akcji opróżniania przestrzeni magazynowych z modelu wypuszczonego na rynek w 2015 roku. Ten ostatni nie różni się właściwie niczym od nowej odsłony Shield TV oprócz dizajnu, no poza jednym szczegółem: w standardzie A.D. 2015 nie było dołączonego pilota (był dostępny jedynie jako ekstra płatna opcja), więc cała obsługa odbywa się przy pomocy pada. Choć z drugiej strony niewątpliwym plusem tego starszego rozwiązanie jest to, że można podłączyć do niego słuchawki, a do pada po liftingu (obecna wersja) już nie. W przypadku osoby takiej jak chociażby ja, czyli posiadacza żony sekutnicy oraz niewydarzonego potomka z nadal nie zdiagnozowanym zespołem Tourette'a jest to opcja nieoceniona.

GUGIEL, OCH GUGIEL CÓŻEŚ UCZYNIŁ...

Zanadto jednak odbiegliśmy od tematu, czyli zdania relacji z mojej negatywnej oceny decyzji o wejściu w stan posiadania urządzenia z logo NVIDIA, wszak już wcześniej wyjaśniłem, że nie z myślą o graniu zakupiłem ten sprzęt.

Szczęście ze wspólnego pożycia niestety nie trwało długo, z całą pewnością krócej niż okres testowy dla GeForce Now. Ostatecznym grabażem naszego uczucia okazał się Android TV, pod kontrolą którego działa urządzenia, podczas gdy mój leciwy “Chińczyk”, posiadał wgraną wersję “standardową”. Choć zdaję sobie sprawę, że to wbrew zasadom budowanie napięcia, ale dobro Wasze stawiam ponad kliknięcia: wystrzegajcie się sprzętów z tą inkarnacją Androida, no chyba że to jest składowa telewizora albo lubujecie się w brzydkich i mało elastycznych interface’ach, a przy tym świadomość pustek w repozytorium aplikacji Was nie przeraża! Czyli innymi słowy: jeśli nie jesteście zagorzałymi fanami mobilnego Windowsa, którzy będą się tutaj czuć jak w domu, to trzymajcie się jak najdalej od tej odsłony googlowskiej platformy.

Wracając do meritum, czyli Andoida TV: jak sama nazwa wskazuje dedykowany jest on urządzeniom z wyświetlaczami o gabarytach tak pewnie z 32 wzwyż (rachując w calach) i co zapewne ważniejsze obsługiwanych w specyficzny sposób, bo za pomocą pilota. Oczywiście nie tego podniebnego czy wycieczkowego, ale takiego, którego dzierżenie - przynajmniej do niedawna - było najbardziej wymownym atrybutem władzy w każdym szanującym się gospodarstwie domowym. Niestety interface Android TV oraz wielu aplikacji, które faktycznie były robione z myślą o tego rodzaju sprzęcie, aż nadto próbuje - z sukcesami co gorsza - uwypuklić ten fakt. W rezultacie moje doznania przy jego obsłudze jak żyw przypominały te, które towarzyszyły mi lata temu przy korzystaniu z Telegazety, czyli niby działa, ale tak jakoś nie "zachwyca".

Od czasów świetności tej ostatniej nie byliśmy świadkami przełomu w obsłudze TV za pomocą czegoś tak prymitywnego jak standardowy pilot TV, bo zapewne takiej rewolucji być nie mogło z uwagi na wiadome ograniczenia tego przedłużacza ramienia, ale powstała cała masa różnych sposobów komunikowania się z telewizorem. Dlatego jestem pewien, że mimo wszystko Google mógł spróbować pójść na jakiś zgniły kompromis między uświęconą tradycją Telegazety a banalną wygodą dla posiadaczy alternatywnych “manipulatorów”. Wszak nawet pad do Shield Tv posiada "tryb myszki", gdzie przy pomocy prawej gałki można było symulować tą ostatnią.

A może jednak się nie dało, skoro prawdziwym szczytem upośledzenia w tym zakresie była aplikacja Spotify, gdzie poza włączeniem wcześniej przygotowanej Playlisty nie szło zrobić dosłownie niczego w mniej lub bardziej sensowny sposób. Tu małe wyznanie na marginesie: osobiście było mi zawsze blisko do tych, którzy narzekają na ergonomię czy też intuicyjność interface’u w przypadku tej szwedzkiej usługi/aplikacji (zwłaszcza w wydaniu mobilnym), ale doświadczenie rodem z Android TV całkowicie przeorało mój światopogląd w tym zakresie. Po takich przeżyciach nic już takie samo nie zostaje, a człowiek zaczyna doceniać najprostsze rzeczy.

W tym całym narzekaniu na interface Android TV gwoli sprawiedliwości jako mały plusik muszę wymienić bardzo fajną obsługę komend głosowych, co znacząco łagodziło cierpienia związane z obsługą tej platformy, ale cóż z tego, skoro większość aplikacji i tak nie wspierała tej formy komunikacji z telewizorem. Zaś skoro już przy aplikacjach jesteśmy to ostatecznym gwoździem do trumny okazał się repozytorium Google popularnie nazywane Sklepem, choć w tym przypadku lepszym określeniem byłby “kramik”. Może nie jest to poziom repozytorium wtyczek do Edge'a, ale jakakolwiek dystrybucja Linuxa (czy też GNU/Linuxa jak niektórzy by chcieli) absolutnie nie musi mieć pod tym względem kompleksów. Rzekłbym więcej: repozytorium takiego Minta może w takim zestawieniu uchodzić za przejaw hedonistycznego rozpasania. Co więcej: mimo tej widocznej gołym okiem biedy z jakiejś niezrozumiałej dla mnie przyczyny bezpośrednio nie były widoczne wszystkie aplikacje dla danej kategorii. Nie raz przekonałem się, że wpisując bądź wymawiając do mikrofonu w padzie jakąś frazę dostawałem jako rezultat wyszukiwania kilka lub zazwyczaj kilkanaście aplikacji, które przy nawigowaniu po predefiniowanych kategoriach się w ogóle nie pojawiały.

Szczytem jednak absurdu był dla mnie fakt, że sam wujcio Gugiel - wbrew deklaracjom na konferencji Google I/O 2017 - zdaje się nie wspierać tej platformy, bo jak inaczej interpretować fakt, że za wyłączeniem rachitycznego Sklepu i doszczętnie rozwalonego klienta YouTube żadna z kluczowych usług czy aplikacji firmy z Mountain View nie tylko nie była preinstalowana na urządzeniu, ale co więcej Google nie udostępniło takiego Chrome czy innego Gmaila w wersji na telewizory! Mimo ewidentnym skłonnościom do megalomanii mam pełną świadomość, że moja skromna osoba nie jest obiektem mokrych snów zarządzających rozwojem Android TV (czytaj: nie wpisuję się w profil typowego użytkownika tej platformy), ale mimo wszystko nie jestem w stanie zrozumieć dlaczego osoby za to odpowiedzialne w tak łatwy sposób postawiły na mnie krzyżyk, tak samo zresztą jak i na wszystkich tych, których nie rzuciło w bezpośrednim sąsiedztwie przyjętej wprzódy mediany. Tym bardziej, że po wgraniu tych aplikacji w postaci plików apk na urządzenie programy te zainstalowały się i uruchomiły się bez większych problemów, a później żwawo się aktualizowały. Oczywiście, że nie przetestowałem całego repozytorium pod tym kątem, ale dokładnie tak samo wyglądał scenariusz dla właściwie każdej aplikacji (za jednym mało znaczącym wyjątkiem), którą postanowiłem “przeportować” z komórki na telewizor.

Ponieważ nie lubię się czuć jak piąte koło u wozu po około 4 miesiącach obcowania z tym sprzętem postanowiłem zakończyć naszą współpracę mimo świadomość, że nie odzyskam wszystkich zainwestowanych zaskórniaków. Niestety niezgodność charakterów między mną a wspólnym dzieckiem Zielonych przeważyła nad perspektywą “straty” niespełna dwustu złotych, jak się później miało okazać. W efekcie wyposażony w kwotę nieco ponad pół tysiąca złotych rozpocząłem poszukiwania godnego następcy wysłużonego "Chińczyka", którego nadal trzymałem w szufladzie. I wtedy doznałem olśnienia, co czasem - jak już wiecie - mi się zdarza: a gdyby tak zamiast czegoś androidopodobnego kupić namiastkę desktopa, ale takiego zamkniętego w niewielkim pudełeczku? Przecież na rynku wtórnym nie brakuje różnej maści nettopów czy innych barebone’ów. Jak sobie pomyślałem, tak niestety zrobiłem. A czemu znowu “niestety” napiszę jednak w kolejnym wpisie.

Postscriptum

W odróżnieniu od właściwej części mojego dzisiejszego wpisu niniejsze post scriptum będzie całkiem serio i głównie należy je traktować jako próbę uprzedzenia choć części negatywnych opinii, które być może pojawią się po lekturze głównego wątku. Przede wszystkim chodzi o brak wywiązania się z obietnicy złożonej na początku tekstu Tym bardziej chciałbym się wytłumaczyć, ponieważ z ręką na sercu muszę napisać, iż wpis ten od samego początku był rzeczywiście pomyślany jako przymiarka do podzielenie się moimi wrażeniami na temat niedawno przeze mnie (i przede wszystkim: dla mnie) odkrytej dystrybucji linuxowej, która z dwóch powodów wyjątkowo przypadła mi do gustu. Jakież to zalety oraz którego distro one dotyczą, to zachowam jeszcze w tajemnicy do kolejnego wpisu, który w zgodzie z pierwotnym planem będzie również próbą szerszego spojrzenia na Linuxa z perspektywy przeciętnego użytkownika.

Dlaczego jednak ten zamiar się dzisiaj nie udał? Otóż od ładnych paru lat - co najmniej od momentu narodzin syna - nie miałem okazji ani potrzeby, by zmierzyć się z zadaniem napisania relatywnie swobodnego tekstu na wybrany przeze mnie temat. Dlatego też choć miałem dość klarowny pomysł na pierwszy wpis na bloga, to jednak bałem się, że z powodu wyjścia z wprawy nie będę w stanie wypełnić go treścią na tyle obszerną, by nie przypominał on dłuższego komentarza pod jakimś artykułem. Dlatego postanowiłem pójść “w dygresje”, a ponieważ mam do nich naturalną skłonność, zresztą podobnie jak do zdań wielokrotnie złożonych, wyszło jak wyszło. Być może to właśnie lata na odwyku dla niepoprawnego grafomana, jakim niewątpliwie jestem, miały na to wpływ, ale w efekcie gdzieś w okolicach końca piątej bądź na początku szóstej strony “brudnopisu” uświadomiłem sobie, że nie zbliżyłem się do głównego wątku nawet w połowie. Stanąłem więc przed dylematem: zacząć wszystko od początku, ale już z większą dyscypliną w kwestii trzymania się tematu albo dokończyć ten elaborat, licząc że ktokolwiek zechce przebrnąć przez taką ścianę tekstu?

Jak zwykle w takich przypadkach wygrała opcja trzecia, ponieważ tak po grafomańsku żal mi się zrobiło tego, co zdążyłem napisać. Stąd pomysł, by na bazie tego co już powstało przygotować coś w rodzaju recenzji sprzętu NVIDIA oraz przy okazji pozwolić sobie na przytyk w stronę Googla, za fana którego mogę być przez niektórych uznawany (o ile to słowo tutaj w ogóle pasuje). Tym razem jednak firma z Mountain View ewidentnie się nie popisała. Pierwotny temat zaś pozwoliłem sobie przenieść do kolejnego wpisu, który mam nadzieje, że w ciągu tygodnia czy maksymalnie dwóch powinien się pojawić i z tego miejsca jak tu stoję (a ściślej: siedzę) obiecuję, że zrobię wszystko by był zdecydowanie bardziej treściwy niż mój debiut.