Tendencyjnie opowiedziana historia początków Microsoftu — w czterech aktach zamknięta. Odsłona pierwsza

Blisko dwadzieścia lat temu bohater niniejszego wpisu, pozwolił sobie wygłosić publicznie - wobec całkiem sporego audytorium słuchaczy - następujące wyznanie: “Chociaż w Chinach rocznie sprzedawanych jest około 3 milionów komputerów, to ich właściciele nie płacą w ogóle za oprogramowanie. Kiedyś jednak zapłacą. Tak długo jednak jak kradną, chcemy by kradli nasze oprogramowanie, w pewnym sensie uzależniając się od niego, a wtedy wymyślimy jak sobie zrekompensować straty w kolejnym dziesięcioleciu.” Nie mam bladego pojęcia, na ile serio słowa te były wówczas wypowiedziane - być może wygłoszone zostały w konwencji sytuacyjnego żartu - ale był to okres kiedy wokół Microsoftu (dalej MS) zbierały się już czarne chmury, których efektem był wyrok z 2001 o podziale firmy na dwie części (na szczęście dla Gatesa i jego firmy został on złagodzony w drodze apelacji), więc powściągliwość w tym zakresie była jak najbardziej wskazana. Natomiast nie mam wątpliwości, że doskonale oddają one sposób myślenia i działania charakteryzujący osoby zarządzające korporacją w tamtym czasie.

Wbrew temu, że mogę być odbierany jako osoba niechętna MS - w sumie dość słusznie, choć głównie dotyczy to pewnych zaszłości historycznych - tekst ten można mimo wszystko potraktować jako swoistą laurkę dla Billa Gatesa, choć pewnie on sam nie byłby zachwycony taką “promocją” własnej osoby. Natomiast nie mam najmniejszych wątpliwości, że jest to jedna z najważniejszych osób końca poprzedniego i początku obecnego wieku, zaś jego wpływu na współczesność nie sposób przecenić. Osobiście zaś podziwiam go za determinację i pomysłowość w dążeniu do realizacji własnej wizji, choć środki jakie do tego celu dobierał były często - bardzo delikatnie sprawę stawiając - dyskusyjne. Rzecz jasna wolnorynkowy kapitalizm już od dość dawna nie jest domeną moralności powszechnej, czyli rządzi się w sposób dość autonomiczny własnymi regułami i w coraz mniejszym stopniu wydaje się podlegać społecznej kontroli, co nie oznacza jednocześnie, że nie można go oceniać w kategoriach, które wydają się dla jego wewnętrznej dynamiki obce.

Na szczęście ten wpis nie ma ambicji być głosem w podobnych dyskusjach. Zamiast tego chcę w tym tekście zaproponować autorskie - tudzież tendencyjne jak to zostało w tytule ujęte - spojrzenie na cztery dość szeroko komentowane momenty w historii MS, które stanowią kamienie milowe w dziejach korporacji z Redmond. Oczywiście nie dysponuję żadną wiedzą o nierozpoznanych jak dotąd faktach, które rzuciłoby nowe światło na opisane dalej wydarzenia. Jednakże jestem przekonany, że początki myślenia, o którym była mowa pod koniec pierwszego akapitu niniejszego tekstu, pojawiły się wiele lat wcześniej i niniejszy tekst jest próbą stworzenia takiej narracji, za pomocą której chciałbym przekonać czytelnika, że zalążki takiej postawy pojawiają się co najmniej od końca lat osiemdziesiątych XX wieku. Oczywiście Bill Gates wcześniej i później wielokrotnie opowiadał, że wszystko tak naprawdę zaczęło się i potem przez lata sprowadzało się do praktycznej realizacji - na swój sposób szlachetnej - idei uczynienia komputerów na tyle dostępnymi, by stały się trwałym elementem krajobrazu każdego gospodarstwa domowego. Jestem jednak przekonany, iż wygłaszając takie górnolotne deklaracje Bill Gates nigdy nie zdobył się na szczerość porównywalną do tej z wypowiedzi przywołanej na początku. Tym samym nie odważył się kiedykolwiek doprecyzować, że przynajmniej od pewnego momentu nie chodziło o dostępność jako taką, ale urzeczywistnienie jej w bardzo konkretnym scenariuszu, w którym ważną - jeśli nie najważniejszą - składową każdego takiego urządzenia było oprogramowanie MS.

Akt pierwszy, w którym bohaterowie dziarsko wkraczają na scenę (rynek IT).

Wszystko zaczęło się od okładki w periodyku “Popular Electronics”, który w styczniu 1975 na frontowej stronie przedstawiał Altair 8800, czyli zestaw komputerowy do samodzielnego montażu (tak naprawdę była to tylko jego atrapa, ale to już historia na zupełnie inną opowieść). Oparty był on o proces Intel 8080 i wyposażony w pamięć operacyjną wielkości 256 bajtów. Pismo z tym cudem techniki “użytkowej” pod nos Billa Gatesa podsunął jego przyjaciel Paul Allen i był to - jak się miało później okazać - kluczowy moment dla dalszych losów obu panów, którzy uświadomili sobie wówczas - tak przynajmniej zeznaje główny bohater tego wpisu - że ceny komputerów w najbliższych latach czy nawet miesiącach spadną do takiego poziomu, że z pisania na nie softu będzie można uczynić intratny interes. Dlatego czym prędzej Bill zadzwonił - według oficjalnej wersji - do Eda Robertsa szefa Micro Instrumentation and Telemetry Systems (dalej MITS), którego firma odpowiadał za produkcję Altair 8800, z propozycją prezentacji własnego rozwiązania w postaci interpretera języka BASIC. Oczywiście nie wspomniał przy tym, że oprócz konceptu nie mają jeszcze ani jednej linijki kodu, ale mimo to - czy raczej dzięki temu - udało się umówić na spotkanie za kilka tygodni.

W rzeczywistości przyszli twórcy Microsoft wysłali list (tradycyjny - w kopercie ze znaczkiem), w którym poinformowali zainteresowanych o pracach nad wspomnianym interpreterem. Na efekt tej korespondencji nie musieli długo czekać, ponieważ odezwał się do nich telefonicznie pracownik MITS. Z rozmowy tej mogli się dowiedzieć, że nie byli jedynymi, którzy zwietrzyli szansę związaną z rozwojem rynku komputerów osobistych, ponieważ - jak wspomina Bill Gates - w trakcie tego połączenia zostali zapytani, czy to co napisali w liście było całkiem serio, ponieważ z firmą MITS ostatnimi czasy - w związku z planowaną produkcją Altaira - kontaktują się różne dziwne persony. Najważniejsze jednak jest, że od tego właśnie momentu rozpoczął się szaleńczy wyścig z czasem, ponieważ przy tej okazji strony umówiły się na niezbyt oddalone w czasie spotkanie połączone z prezentacją działania "nienapoczętego" jeszcze oprogramowania.

W praktyce nie tylko deficyt czasu był największym wyzwaniem. Otóż panowie Bill i Paul nie dysponowali egzemplarzem komputera, dla którego przecież mieli tworzyć oprogramowanie. Na ich szczęście - jak się później miało okazać - problem ten udało się rozwiązać dzięki Allenowi, który zaproponował skorzystanie z wcześniej przez niego stworzonego - na potrzeby innego projektu - emulatora procesora Intel 8080 (uruchamiali go później na komputerze klasy mainframe, popularnym wówczas na uczelniach i w biznesie DEC PDP-10), odpowiednio go "podrasowując" na podstawie podręcznika programowania dla Altaira. W związku z tym do dnia prezentacji nie mieli pewności, że ich interpreter ruszy na rzeczonej maszynie i tym samym nie pozostawało im nic innego, jak wierzyć niezachwianie do samego końca, że ich emulator wiernie odwzorowywał działanie procesora umieszczonego w produkcie MITS. Z resztą ostatnie szlify robione były jeszcze podczas lotu do Albuquerque, gdzie miało odbyć się spotkanie między stronami. Wówczas to dopiero powstał - pisany dosłownie na kolanie - moduł ładujący ich autorskie oprogramowanie.

Prezentacja okazała się wielkim sukcesem, obie strony - jak po latach wspominał Bill Gates - były zachwycone jej przebiegiem tj. Paul Allen tym, że ich program uruchomił się i pracował zgodnie z przyjętymi przez nich założeniami, zaś Ed Roberts faktem, że stworzone w jego firmie urządzenie nie tylko działało, ale potrafiło robić tak użyteczne rzeczy jak wykonywanie prostych operacji algebraicznych czy rysowanie kwadratów. W efekcie doszło do podpisania umowy, na mocy której MITS zapłacił twórcom Altair Basic - taką nazwę handlową oferowany był potem ten produkt - kwotę bodajże 30 tysięcy dolarów oraz zagwarantował przychód od każdej sprzedanej kopii w zamian za wyłączność do tego systemu na okres 10 lat. Ważniejsze jest to, że na mocy tego porozumienia MS nie przekazał pełni praw do kodu, co okazało się mieć fundamentalne znaczenie dwa lata później w trakcie procesu, jaki wytoczyły MS władze spółki, która przejęła firmę Eda Robertsa. A ponadto i w pierwszym rzędzie umożliwiał MS dalsze jego rozwijanie oraz pozwalał udostępniać go odpłatnie pod własną marką.

W tym ostatnim celu panowie Bill i Paul przenieśli się w roku 1976 do Nowego Meksyku (z tego też powodu Gates rzucił studia na Harvardzie), gdzie zarejestrowali firmę Micro-Soft (zgadza się, pisaną z myślnikiem). Już rok później ich produkt był częścią oprogramowania dostarczanego z legendarnym dzisiaj i bardzo popularnym wówczas komputerem Apple II. Dokładniej rzecz ujmując było to oprogramowanie przygotowane przez pracowników Appla na licencji MS, znane pod nazwą Applesoft BASIC. Ponoć przelewy od Appla z tytułu opłat licencyjnych uchroniły raczkujący w tamtym czasie biznes Billa i Paula przed widmem bankructwa, które zajrzało w oczy twórcom MS za sprawą niespodziewanie kosztownej współpracy z Commodore.

Z perspektywy tego wpisu ważniejsze jest pewne wydarzenie, które zapewne dość głęboko odcisnęło się w świadomości młodego Gatesa, choć zwyczajowo raczej nie przywiązuje się do niego przesadnie dużej wagi. Otóż wraz ze wzrostem popularności komputerów osobistych, jak grzyby po deszczu zaczęły również pojawiać się grupy entuzjastów nowego sprzętu, które organizowały się w mniej lub bardziej formalne kluby komputerowe. Jednym z najbardziej znanych oraz aktywnych był wówczas The Homebrew Computer Club, którego członkiem był między innymi legendarny Steve Wozniak. Generalnie było to grono osób, które dzisiaj określa się mianem “nerdów”, choć wówczas mówiło się raczej o hobbystach. Oprócz pasji do komputerów, czy ogólnie elektroniki, charakteryzowała ich dość luźna postawa w stosunku do poszanowania praw dla własności intelektualnej, a przynajmniej wtedy gdy chodziło o oprogramowanie komputerowe. Mówiąc wprost: osoby te bardzo chętnie udostępniały sobie nawzajem oprogramowanie, najzwyczajniej w świecie je kopiując nierzadko w sposób zorganizowany.

Jednym z najbardziej popularnych programów, który stał się przedmiotem tego procederu, był oczywiście Altair Basic. Rzecz jasna o tym fakcie wiedział Bill Gates, któremu z wiadomych powodów nie spodobało się takie postępowanie. W związku z tym wystosował otwarty list do hobbystów, w którym wyjaśniał między innymi, że największą bolączką komputerów osobistych jest brak wysokiej jakości oprogramowania. Przy tym uświadamiał on adresatów swego pisma, że jego powstanie wymaga wiele wysiłku i wyrzeczeń. W liście tym oszacował koszty związane z powstaniem i rozwojem własnego interpretera Basic na 40 tysięcy dolarów. Dlatego też nie omieszkał napisać w dalszej części listu, że kopiowanie jego oprogramowania jest niczym innym jak zwykłą kradzieżą, z czego być może sami zainteresowani nie zdają sobie sprawy. Natomiast - ciągnął dalej autor - jedyne co w ten sposób osiągają - poza doraźnymi korzyściami jak można się domyślać - to fakt, że zniechęcają wszystkich zainteresowanych rozwojem takiego softu do dalszych działań, sugerując przy tym, że on i jego współpracownicy mają coraz mniejszą ochotę nad nim pracować.

Z mojego punktu widzenia najważniejsze wydają się pytania, które w pewnym momencie stawia Bill Gates, choć rzecz jasna w obu przypadkach nie oczekuje na nie odpowiedzi, ponieważ jest ona dla niego oczywista. Otóż indaguje on czytelników o to, czy ktokolwiek może pozwolić sobie na profesjonalną pracę za darmo i który z hobbystów jest gotów poświęcać swój czas na ciągłą pracę nad kodem, znajdowaniem i poprawianiem w nim błędów oraz prowadzeniem dokumentacji i do tego wykonywać to wszystko za przysłowiowe “dziękuję”. Rzecz jasna nie chodzi o wytykanie Gatesowi, że bardzo nie docenił społeczności komputerowych nerdów, zwłaszcza, że nie jest sztuką robić to będąc mądrzejszym o znajomość faktów, które zaistniały na masową skalę wiele lat później. Pokazuje to jednak, że już u samego zarania MS jego współtwórca był wyjątkowo mocno zorientowany na stronę biznesową własnego przedsięwzięcia. Rzecz jasna trudno mieć pretensje do przedsiębiorcy, że w pierwszej kolejności chce zarabiać, ale mimo wszystko postawa Billa różni się od historii innych innowatorów, gdzie na początku była przede wszystkim pasja, która żywiła się przekonaniem, że oto powstaje coś ważnego, gdzie aspekt biznesowy schodził na dalszy plan.

Natomiast na dwie rzeczy chciałbym przy okazji zwrócić uwagę. Pierwsza z nich jest z zakresu domorosłej psychoanalizy, ale przecież nie można jednoznacznie wykluczyć, że w jakiś pokrętny sposób doświadczenie to nie miało wpływu na bardzo silną niechęć do ruchu wolnego i otwartego oprogramowania, która charakteryzowała Gatesa przez wiele lat. Natomiast w wersji mniej dyskusyjnej można napisać, że już w latach 70-tych ujawniły się przekonania Gatesa związane z tym, jak wyglądać powinien proces powstawania wartościowego oprogramowania, co tłumaczyłoby osobistą - wynikającą z czegoś więcej niż obawa przed konkurencją - niechęć do “wolontariatu” w IT. Drugi ze wspomnianych aspektów jest mniej kontrowersyjny, choć też opiera się wyłącznie na domysłach. Zastanawiam się bowiem, na ile to doświadczenie miało wpływ na powstanie strategii działania, którą MS konsekwentnie stosował przez następne lata, do czego będzie okazja wrócić jeszcze kilka razy. Chodzi o taki model dystrybucji własnego oprogramowania, gdzie jego faktyczny koszt byłby ukryty w opłacie za sprzęt, nawet jeśli miałoby to odbyć się ze szkodą dla potencjalnej marży, ponieważ efekt skali skutecznie tę niedogodność łagodził. Dlatego chciałbym zwrócić uwagę na właśnie ten fragment listu Billa, w którym stawia kolejne pytanie retoryczne:

Hardware must be paid for, but software is something to share. Who cares if the people who worked on it get paid? Is this fair?

"Za sprzęt trzeba płacić, ale oprogramowaniem można się swobodnie dzielić. Kogo obchodzi, czy ludzie, którzy nad nim pracują, otrzymają zapłatę? Czy to sprawiedliwe?

Kończąc już tę część opowieści, chciałbym wskazać na pewną ciekawą zbieżność. Jeśli ktoś nie dostrzegł podobieństwa między tym wyimkiem z pisma Gatesa, a jego wypowiedzią wygłoszoną 20 lat później, która została przywołana na samym początku niniejszego wpisu, to śpieszę z wyjaśnieniem, że takowe istnieje. W obu przypadkach jest mowa, że ludzie są gotowi bez zająknięcia płacić za sprzęt, ale już niekoniecznie za oprogramowanie, bez którego ten pierwszy byłyby tylko kupą złomu. Różnica zaś zasadza się na tym, że młody Bill ubolewał nad tym faktem i wyrażał zwątpienie w celowość dalszej pracy nad softem, zaś dwadzieścia lata starszy William postrzegał to przewrotnie jako szansę na zwiększenie swojej dominacji oraz przyszłą monetyzację takiego stanu rzeczy.

Akt drugi, w którym bohaterowie dość szczęśliwie zaczynają rozdawać karty.

Latem 1980 roku ówczesny potentat branży IT, jakim bez wątpienia była wtedy firma IBM, szukał partnera, który przygotowałby system operacyjny dla ich nowego urządzenia. Miał to być debiut tego producenta na rynku komputerów osobistych czy też jak się wówczas mówiło: mikrokomputerów. Ze względu na ten fakt cały projekt utrzymywany był w ścisłej tajemnicy, w związku z czym osoby odpowiedzialne za jego rozwój starały się postępować bardzo ostrożnie. Zapewne z tego powodu zwróciły się do Billa Gatesa, z którego firmą już wówczas IBM prowadził negocjacje w sprawie dostarczenia języków programowania dla swojego najnowszego dziecka, z zapytaniem o możliwość przygotowania również systemu operacyjnego dla tej maszyny. Szef MS prawdopodobnie bez chwili zastanowienia skierował ich pod najlepszy możliwy wówczas adres, czyli do firmy Digital Research Inc., mającej swą siedzibę w słonecznej Kalifornii.

Digital Research Inc. na przełomie lat 70-tych i 80-tych w przypadku systemów operacyjnych dla mikrokomputerów miała pozycję porównywalną do tej Microsoftu w kolejnych dwóch dekadach. Oczywiście rynek komputerów osobistych był w tamtych latach jeszcze w powijakach i tym samym nieporównywalnie mniejszy w stosunku do tego, co znamy dzisiaj, ale już wówczas była to firma, której roczne przychody liczone były w milionach dolarów, o czym Bill Gates mógł jedynie pomarzyć. Niestety z tego co można wyczytać w Internatach stosunek do klientów ze strony twórców CP/M (było to akronim, który oznaczał Control Program/Monitor, zaś później Control Program for Microcomputers) był niespecjalnie się różniący od tego, o co przez wiele lat była oskarżana firma Billa Gatesa, choć tutaj zaważyła przede wszystkim osobowość właściciela, który był inżynierem/programistą niespecjalnie rozumiejącym biznes, a do tego ponoć człowiekiem z dość swobodnym podejściem do interesów, czy też ogólnie do życia. Faktem jest jednak, że zdecydowana większość sprzętu korzystając z najpopularniejszych wówczas procesorów Intel 8080 działała pod kontrolą CP/M. Wymownym może być w tym kontekście fakt, że nawet Microsoft na tej popularności postanowił zrobić interes i tym sposobem zadebiutował jako producent hardware’u na wiele lat przed linią komputerów z pod szyldu Surface. Mam tu na myśli rozwiązanie sprzętowe dla komputerów Apple II - bardzo popularnych wówczas w Stanach Zjednoczonych - które miało pozwolić ich właścicielom na używanie bogatej biblioteki aplikacji biznesowych działających pod kontrolą systemu CP/M. Przystawka ta otrzymała nazwę Z-80 SoftCard i okazała się wielkim sukcesem finansowym dla jego twórców - dość powiedzieć, że w roku 1980 było to główne źródło przychodów MS.

Jednakże przywołuję tę historię nie tylko dlatego, iż dowodzi ona tego, że Bill Gates był nie tylko zdolnym inżynierem/programistą, ale przede wszystkim człowiekiem świetnie czytającym rodzący się wówczas rynek komputerów osobistych, choć z szacunku dla faktów należy dodać, że sam pomysł na rzeczoną przystawkę był autorstwa Paula Allena. Tak się akurat składa, że przy okazji tego wdrożenia możemy poznać pozostałych bohaterów tego dramatu. Najważniejszym z nich jest Gary Kildall, czyli po raz pierwszy wymieniony z imienia i nazwiska głównodowodzący DRI, drugim zaś Tim Paterson, programista z ramienia Seattle Computer Products (SCP). Z tym pierwszym Microsoft musiał dogadać się w sprawie licencji na wykorzystanie CP/M w swoim projekcie i ostatecznie udała mu się ta sztuka za sprawą jednorazowej opłaty licencyjnej opiewającej na sumę 50 tysięcy dolarów. Ten drugi zaś i firma go zatrudniająca, czyli SCP, odpowiedzialni byli za development rozwiązania dla Microsoftu. Nie wiem czy akurat ten fakt zaważył na wyborze tego dostawcy, ale wcześniej Tim Paterson próbował z nieco gorszym skutkiem wdrażać karty wyposażone w procesory nowej generacji (Intel 8086), które działałyby pod kontrolą systemu CP/M. Był to jego autorski pomysł, do którego przekonał swoich przełożonych, ale na jego nieszczęście w rozmowach z DRI nie był już tak skuteczny, ponieważ o ile część sprzętowa została dowieziona w pierwszej połowie 1979 roku, to DRI nie śpieszyło się z pracami nad dostosowaniem CP/M do 16-bitowej architektury procesora Intela. W efekcie po blisko roku od daty stworzenia prototypu rzeczonej karty jedynym oprogramowaniem dla niej dostępnym był Stand-Alone Disk BASIC, czyli BASIC z podstawowymi procedurami I/O, który nie wymagał do uruchomienia żadnego systemu operacyjnego. Kluczowym w tym wątku opowieści jest jednak fakt, że w związku z przedłużającym się czasem oczekiwania na DRI, Tim Paterson w kwietniu 1980 podjął decyzję o stworzeniu własnego systemu operacyjnego, który w jego zamyśle miał być tylko doraźnym rozwiązaniem do czasu aż DRI dostarczy wreszcie właściwy produkt. System ten powstał w niespełna dwa miesiące i stąd zapewne nazwa Quick and Dirty Operating System (w skrócie QDOS), która została później przemianowana na 86-DOS. System ten był pod wieloma względami kopią CP/M i choć nie chcę nic w tym miejscu sugerować, ale warto zwrócić uwagę, że powstawał on bezpośrednio po tym, jak Paterson zakończył pracę nad applowską przystawką, gdzie CP/M było kluczowym elementem wdrożenia.

Wróćmy jednak do IBM oraz ich negocjacji z DRI, o ile można w ogóle mówić o takich rozmowach, ponieważ tak do końca nie mamy pewności, co tam się tak naprawdę wydarzyło. Bezsprzecznym pozostaje, że kontakt między firmami zakończył się fiaskiem, choć wersji opowiadanych o kulisach zerwania rozmów między IBM a DRI jest kilka, w tym najbardziej działająca na wyobraźnie opowieść o tym jak to Gary Kildall ostentacyjnie w tym samym czasie, w którym pojawili się w jego siedzibie przedstawiciele IBM, postanowił polatać sobie prywatnym samolotem (był zapalonym pilotem-amatorem), choć sam zainteresowany stanowczo temu później zaprzeczył. Prawdy zapewne nigdy nie poznamy, ale z tych różnych opowieści wydaje się wyłaniać obraz sytuacji, w której zarządzający DRI zlekceważyli pozycję IBM, który był wówczas - jak wspominałem - potentatem branży IT, ale niekoniecznie w obszarze mikrokomputerów, które z kolei były domeną DRI.

W efekcie IBM wrócił do MS, by wspólnie zastanowić się co dalej. Szefowie MS oczywiście nadal nie posiadali gotowego produktu, ale wiedzieli, że takie rozwiązanie ma w swoim portfolio ich niedawny dostawca, zaś jego autorem jest dobrze im znany Tim Paterson. Tym razem IBM nie zdecydował się na bezpośredni kontakt z dostawcą (o powodach takiej decyzji napiszę trochę dalej) i tym samym MS rozpoczął rozmowy z władzami SCP (właściwie uczynił to Paul Allen, bo Bill Gates - wg słów tego pierwszego - nie był zachwycony tym pomysłem) w sprawie możliwości wykupienia licencji do QDOS na potrzeby realizacji projektu dla swojego nowego klienta, oczywiście nie zdradzając przy tym, że chodzi o IBM. W grudniu 1980 roku bądź w kolejnym miesiącu stronom udało się sformalizować ostateczne porozumienie, na mocy którego MS za 25 tysięcy dolarów przejął prawa (choć nie na wyłączność) do następcy QDOS, który w międzyczasie przemianowany został na 86-DOS. Dokładniej rzecz ujmując MS zobowiązywał się zapłacić 10 tysięcy dolarów za samą możliwość wykorzystywania kodu 86-DOS do projektów realizowanych we współpracy z potencjalnymi partnerami biznesowymi. Dodatkowo za każdy taki projekt, czyli od każdego OEM-a, z którym MS podejmie się takiej kooperacji, ci pierwsi mieli zapłacić SCP kolejne 15 tysięcy dolarów. W zamian za to SCP zobowiązało się nie interesować - jak twierdził później Paterson - z kim taką współpracę MS nawiąże.

Dodatkowo w ramach tej umowy SCP zostało zobowiązane do dostarczenia określonego rozwiązania we wskazanym terminie dla “sekretnego” klienta MS. Jednak w między czasie ludzie z MS na bazie mocno niedopracowanego kodu 86-DOS przygotowali “prototyp” systemu operacyjnego i już w lutym 1981 roku przekazali go IBM do testów. Firma SCP - rękoma Patersona - wywiązał się ze wspomnianego zobowiązania i w kwietniu 1981 roku dostarczyła 86-DOS w wersji 1.0. Co ciekawe w następnym miesiącu faktyczny twórca tego systemu porzucił swego dotychczasowego pracodawcę i przeniósł się do MS, gdzie kontynuował pracę na “własnym” dziełem.

W lipcu 1981, czyli na kilka tygodni przed oficjalną premierą komputera IBM PC, władze MS dogadały się ostatecznie z SCP w kwestii przejęcia pełni praw do 86-DOS, co kosztowało ich zaledwie 50 tysięcy dolarów, choć niektóre źródła podają inne kwoty, ale wszystkie z dzisiejszej perspektywy wydają się śmiesznie niskie, biorąc pod uwagę przychody, które stały się udziałem MS z uwagi na współpracę z IBM. Dla ścisłości trzeba jednak dodać, że finalny koszt przejęcia praw do QDOS był wyższy niż 75 tysięcy dolarów (suma dwóch transakcji, o których wcześniej była mowa), ponieważ 5 lat później na mocy polubownego porozumienia MS zdecydował się zapłacić rekompensatę w wysokości 925 tysięcy dolarów na rzecz SCP, w zamian za co ta ostatnia miała zrzec się jakichkolwiek roszczeń do kodu, na bazie którego powstał MS-DOS. Jakby jednak nie liczyć był to z całą pewnością interes życia, który przeniósł wspólny biznes Billa i Paula na zupełnie nowy poziom, ale jak sądzę nie byłoby takiego sukcesu, gdyby kontrakt z IBM został inaczej skonstruowany niż faktycznie miało to miejsce. Otóż MS poszedł tutaj przetartą już wcześniej ścieżką przy debiutanckim wdrożeniu i udało się im w umowie z IBM zagwarantować zachowanie praw do kodu kosztem mniejszej zapłaty za wykonaną pracę oraz przy całkowitej rezygnacji z prowizji od każdej sprzedanej sztuki systemu operacyjnego PC-DOS, bo tak się nazywał system dostarczany z IBM PC.

Warto w tym kontekście napisać, ile otrzymał MS z tytułu współpracy z IBM. Otóż bezpośrednio Bill i Paul od swojego nowego partnera otrzymali czek na kwotę 430 tysięcy dolarów, ale najciekawszy są składowe, które na tę sumę się ostatecznie złożyły. Okazuje się bowiem, iż zaledwie 45 tysięcy dolarów było wynagrodzeniem za kluczowy element wdrożenia, czyli dostarczenie systemu operacyjnego, kolejne 75 tysięcy to wycena wsparcia/konsultacji przy wdrożeniu. Reszta wynosząca 310 tysięcy to honorarium za udostępnienie języków programowania będących własnością MS. Dysproporcja w kwotach między pierwszą i ostatnią pozycją jest uderzająca, a co ciekawsze bezpośrednie koszty wdrożenia po stronie MS (bez liczenia własnej “robocizny”) związane z opłatami do SCP był prawie dwa razy wyższe niż przychód otrzymany z tego tytułu od IBM. Być może to przypadek, ale wsparcie MS zostało wycenione przez IBM na kwotę 75 tysięcy dolarów, czyli tyle ile ostatecznie trafiło do SCP. Nie zmienia to jednak faktu, że choć obie strony znały kulisy tworzenia MS-DOS (przez IBM dostarczany był pod nazwą PC-DOS), to z całą pewnością MS był w stanie wynegocjować lepszą ofertę. Widać więcej jasno, że kierujący MS wiedzieli już wtedy, że trochę przypadkowo w ich ręce trafiła kura znosząca złote jajka, choć mimo wszystko nie sądzę, by mieli już wówczas świadomość jak bardzo pracowita była ta nioska.

W tym miejscu pora wyjaśnić dlaczego dla IBM taki układ był na rękę oraz dlaczego nie zdecydowali się na samodzielną pracę nad systemem operacyjnym, mimo faktu, że mieli ku temu wszystkie potrzebne kompetencje. Otóż zawiadujący IBM u zarania projektu dotyczącego wejścia na rynek komputerów osobistych, jako główne założenie przyjęli, że każdy element - w tym system operacyjny - ich najnowszego produktu będzie dostarczony przez zewnętrznego dostawcę. Po latach wspominał o tym Jack Sims, który był członkiem zespołu wdrożeniowego z ramienia IBM. Otóż wg jego słów problemem był fakt, że IBM borykał się notorycznie z pozwami od osób prywatnych czy firm, które oskarżały ich o kradzież pomysłów czy rozwiązań, co generowało bardzo wysokie koszta związane z prowadzeniem spraw sądowych i późniejszym wypłacaniem odszkodowań. Dlatego też w rozmowach z MS naciskali na Billa i Paula, by system operacyjny na bazie rozwiązania SCP formalnie był własnością MS.

Ironia losu polegała na tym, że strategia ta nie ustrzegła ich przed takimi oskarżeniami, ponieważ niedługo po premierze ich mikrokomputera, zgłosili się do nich przedstawiciele DRI i zagrozili IBM pozwem z powodu naruszenia ich własności intelektualnej. Władze tej ostatniej firmy nie chcąc ryzykować potencjalnego procesu poszły na ugodę z firmą Gary’ego Kildalla i zaproponowały układ, w którym nabywcy ich sprzętu będą mieli możliwość wyboru systemu operacyjnego, który zostanie dostarczony razem ze sprzętem. Władze DRI przystały na takie rozwiązanie sporu, ale ostatecznie zemściły się na nich dwie kwestie. Po pierwsze, zwłoka we wciąż odkładanej adaptacji CP/M do 16 bitowej architektury nowego procesora Intela kosztowała ich co najmniej pół roku opóźnienia w stosunku do startu sprzedaży PC-DOS. Po wtóre, zgubiło ich przekonanie o wyższości swojego produktu, za co - w ich opinii - klienci będą gotowi zapłacić więcej. W rezultacie potencjalny nabywca sprzętu z logo IBM miał do wyboru produkt DRI za 240 dolarów oraz system od producenta urządzenia za 1/6 tej kwoty, czyli 40 dolarów. Oczywiście wpływ na taką wycenę miał fakt, że IBM nie musiał się dzielić z MS przychodami z każdej sprzedanej licencji softu, zaś z drugiej strony DRI nagle nie mogło zacząć oferować własnego systemu dla 16 bitowej architektury po cenach dużo niższych niż pierwowzoru dla 8 bitów. Tym sposobem firma Gary’ego już na początku sromotnie przegrała walkę o klienta i trudno mi osobiście zrozumieć dlaczego aż rok czasu czekali z obniżką ceny do 60 dolarów.

Oczywiście trudno w tym miejscu uniknąć tematu potencjalnego plagiatu, jakiego mógł się w tamtym okresie dopuścić Tim Paterson. Zresztą jeszcze dzisiaj ta kwestia najbardziej działa na wyobraźnię i nawet po przeszło 30-tu latach od tamtych wydarzeń bywa przedmiotem dyskusji w sieci. Oczywiście chodzi tutaj o forsowanie - głównie przez osoby niechętne MS - tezy nie tyle o tym, że doszło tutaj do złamania prawa, ale przede wszystkim pokazanie, że potęga firmy Billa Gatesa została zbudowana na kłamstwie, co w domyśle przekreśla wszelkie jej późniejsze dokonania. Kończąc ten wątek nie oprę się pokusie, by w tym temacie dorzucić swoje 3 grosze.

Aktualnie panuje chyba całkowita zgoda co do tego, że Tim Paterson bardzo mocno “wzorował się” na rozwiązaniu DRI, zapożyczając z CP/M zapewne dużo więcej niż byłoby do pomyślenia w dzisiejszych realiach. Pamiętać jednak trzeba, że to były inne czasy niż obecne, do czego w kolejnych latach niemałą cegiełkę dołożył swoimi działaniami MS. Potwierdzeniem tego mogą być wydarzenia z 2005 roku, kiedy to twórca QDOS przegrał sprawę o zniesławienie wytoczoną z własnego powództwa przeciwko autorowi książki “They Made America: From the Steam Engine to the Search Engine: Two Centuries of Innovators”, w której można było przeczytać między innymi o zarzutach Kildalla pod adresem Patersona, dotyczących skopiowania przez niego licznych rozwiązań z CP/M. Sędzia prowadzący sprawę oddalił powództwo Patersona stwierdzając, że faktycznie mieliśmy tu do czynienia ze skopiowaniem API, ale przy okazji mogliśmy się dowiedzieć, że mimo to nie doszło tu jednak do złamania prawa, ponieważ akurat API nie było objęte odpowiednią ochroną prawną. Tym samym szanse na wygraną przez DRI w oparciu tylko o “zewnętrzne” podobieństwa byłyby prawdopodobnie mizerne.

Oczywiście nie zatrzymało to lawiny spekulacji i w kolejnych latach podejmowane były próby rozstrzygnięcia tego sporu, chociażby poprzez porównywanie kodu obu programów, choć mało kogo ostatecznie takie ćwiczenia przekonały do zmiany stanowiska. Dla mnie przesądzający jest jednak fakt, że w swoim czasie bezpośredni “pokrzywdzony” nie podjął żadnych kroków prawnych w celu dochodzenia swoich racji i to w pewnym sensie zamyka temat. Mniejsza o to, czy owa bierność była efektem realnej oceny szans powodzenia w sporze z MS, czy kolejnym przykładem braku naturalnej "rzutkości" biznesowej byłego pracownika naukowego, który szefował DRI. Tym bardziej, że o dalszym powodzeniu MS nie zadecydowała jakość "przywłaszczonego" kodu, tylko wyczucie koniunktury i podjęcie w związku z tym decyzji obdarzonej jakimś - zakładam, że stosunkowo niewielkim - ryzykiem o rezygnacji z doraźnej gratyfikacji (w postaci potencjalnie większej kwoty odstępnego), byle zachować prawa do kodu. Kolejnym ważną kwestią, który moim zdaniem zadecydował o ostatecznym sukcesie MS było skupienie się w pierwszej fazie rozwoju własnego systemu operacyjnego wyłącznie na współpracy z OEM. Dość powiedzieć, że pierwszą wersją MS-DOS dostępną użytkownikom końcowym była ta oznacza numerem 3.2, która zadebiutowała w marcu 1986 roku, czyli prawie po 5 latach od powstania wersji 1.0 i po blisko 4 latach od pojawienia się pierwszych klonów IBM PC z MS-DOS na pokładzie. Warto w związku z tym pamiętać, że już w 1982 roku MS współpracował rzekomo w tym zakresie z siedemdziesięcioma dostawcami sprzętu, tym sposobem budując przyczółek dla powstania własnej potęgi w całkiem niedalekiej przyszłości.

Ciąg dalszy (za jakiś czas) nastąpi ...