Tendencyjnie opowiedziana historia początków Microsoftu — w czterech aktach zamknięta. Odsłona trzecia i ostatnia

W ostatnią dekadę XX wieku Microsoft wszedł z prawdziwym przytupem, ponieważ rok ją otwierający był pierwszym w historii firmy, w którym przychody korporacji przekroczyły magiczną barierę miliarda dolarów. Natomiast zdecydowanie ważniejszym wydarzeniem, jakie miało wówczas miejsce, była premiera produktu, który zapewne jeszcze długo pozostanie pierwszym skojarzeniem, jakie dla przeciętnego Smitha czy Kowalskiego przyjdzie do głowy na dźwięk nazwy korporacji z Redmond.

Gwoli ścisłości trzeba zaznaczyć, że była to już 3 odsłona popularnych Okienek, bo o nich mowa, ale dopiero pierwsza - zdaniem wielu - nie będąca wczesną betą tj. wreszcie nadająca się do sensownej pracy. Nade wszystko jednak to właśnie za sprawą wersji 3.0 ówczesny Windows przedarł się do świadomości przeciętnego odbiorcy, co było efektem tyleż zaniżenia poziomu “kompetencji” niezbędnych do interakcji z komputerem (a przynajmniej z PC-mi), dzięki czemu te ostatnie mogły wreszcie trafić masowo pod strzechy, ale również za sprawą ogromnej kampanii marketingowej, która poprzedziła a następnie towarzyszyła premierze tego produktu. Był to jednak również rok, w którym chyba po raz pierwszy poczynaniom MS zaczęły się przyglądać organy państwowe, ponieważ amerykańska Komisja Handlu wszczęła dochodzenie w sprawie tego, czy nie doszło w tamtym czasie do pogwałcenie przepisów ustawy o zapobieganiu praktykom antytrustowym. W tym konkretnym przypadku chodziło o potencjalną zmowę dwóch potentatów na rynku komputerów osobistych, czyli IBM-a pospołu z MS.

Dzisiaj jednak nie zamierzam się zajmować ani jednym ani drugim tematem, a przynajmniej nie bezpośrednio, zaś interesująca mnie historia rozegrała się dwa lata później i ma związek z wydaniem Windows 3.1, choć jeśli dobrze się zastanowić, to należałoby chyba powiedzieć, że wydarzyła się niejako “przy okazji” prac nad tą odsłoną. Ale zanim do tego przejdziemy krótkie przypomnienia, czym de facto były wówczas Okienka, bo co do swojej istoty Windows anno domini 1992 mocno się różnił od tego, czym stał się kilka lat później.

AKT IV

Otóż prace nad Windowsem zaczęły się 11 lat przed premierą wspomnianej wyżej wersji Okienek, przy czym u zarania tego projektu obowiązywała inna nomenklatura w tym zakresie i należałoby mówić o Interface Managerze, która to nazwa dość dobrze obrazowała pierwotny charakter tego przedsięwzięcia. Nierzadko można się spotkać z opinią, że przez pierwszych kilka iteracji Okienka były pomyślane wyłącznie jako graficzny front-end dla DOS-a. Niewątpliwie coś w tym jest, ale mimo wszystko nawet takiemu laikowi jak ja trudno byłoby przystać na takie postawienie sprawy, tym bardziej że byłoby to niesprawiedliwe wobec tego ambitnego przedsięwzięcia. Tym niemniej najbliżej dla takiego określenia było chyba pierwszemu wydaniu Windowsa, ale też bardziej ze względu na faktyczne zastosowania. Choć tak do końca nie mam pewności, czy mówienie o “zastosowaniach” nie jest w tym przypadku nadużyciem, ponieważ Windows 1.0 (tak naprawdę 1.01) spotkał się z dość chłodnym przyjęciem i z tego co udało mi się przeczytać w tym temacie, stało się tak zupełnie słusznie, ponieważ z jednej strony daleko mu było do elegancji rozwiązania Apple’a, a jednocześnie przy tym miał wysokie wymagania sprzętowe, mimo że multitasking był szczątkowy (de facto ograniczał się od wbudowanych aplikacji). Choć z drugiej strony wydaje się, że w tamtym okresie ten ostatni nie był szczególnie pożądany przez użytkowników, tak samo zresztą jak obsługa myszką, bo jednym z często pojawiających się wówczas zarzutów pod adresem Windowsa 1.0 było nadmierne skupienie się na obsłudze przy użyciu popularnego “gryzonia”.

Mając to na uwadze bardzo mnie zaskoczyła informacja, na którą natrafiłem w trakcie zbierania materiałów do tego wpisu, iż ta wersja Windowsa przez dwa lata od premiery rozeszła się rzekomo w ilości pół miliona kopii. Tym bardziej mnie to dziwi, iż nie było to jedyne takie rozwiązanie dostępne w tamtym czasie dla komputerów osobistych, ponieważ mi samemu udało się natrafić na 2 inne projekty i przy jednym z nich chciałbym się na chwilę zatrzymać. Chodzi mi mianowicie o produkt pod nazwą Graphics Environment Manager (dalej GEM) autorstwa znanej nam z pierwszego wpisu firmy Digital Research (dalej DRI). Rozwiązanie to debiutowało w tym samym roku, co Windows 1.0 i pierwotnie miało być dostępne wyłącznie dla komputerów osobistych wyposażonych w procesory Intela (choć był tu pewien haczyk, o czym za chwilę), ale szerszej publiczności dało się poznać dzięki firmie Atari, a ściślej za sprawą linii komputerów o 16-to bitowej architekturze od tego producenta, ponieważ przez lata GEM “straszyły” z ekranów użytkowników Atari ST. Co ciekawe firma Jacka Tramiela pierwotnie planowała współpracę z MS w tym zakresie i do tego celu miały być wykorzystane - a jakże - Okienka, ale ze względu na zbytnią “opieszałość” inżynierów z Redmond, władze Atari postawiły ostatecznie na produkt DRI i tym sposobem GEM stał się częścią kultowego TOS-a.

Wracając jednak do PC-ów: ponoć GEM był antytezą pierwszej wersji Windowsa, czyli nie tylko działał zdecydowanie żwawiej od tworu MS, ale również wyglądał niezgorzej od rozwiązania przygotowanego przez Apple’a, czego w żaden sposób nie dało się powiedzieć o pierwszym Windowsie, choć bardziej sprawiedliwe byłoby uznać, że ówczesne Okienka był od strony wizualnej po prostu inaczej pomyślane. Niestety ten ostatni fakt prawdopodobnie stał się przyczyną finalnej porażki produktu DRI, choć zapewne nie bez znaczenia była też dość bierna postawa głównodowodzącego tą firmą, czyli dobrze nam już znanego Gary’ego Kildalla, który najwyraźniej nie dostrzegł potencjału tkwiącego w idei graficznego interfejsu użytkownika i w tym czasie rzekomo był zdecydowanie bardziej zaaferowany innym projektem (wydanie encyklopedii Groilera na CD-ROM). Otóż niedługo po premierze GEM, która spotkała się z bardzo ciepłym przyjęciem (za wyjątkiem jednego zgrzytu, do którego powoli się zbliżamy), władze Apple dopatrzyły się - zapewne dość słusznie - nadmiernego podobieństwa między własnym rozwiązaniem, a tym właśnie przedstawionym przez DRI, w związku z czym postanowiły pozwać firmę Gary’ego Kindalla. Szefostwo DRI w przeciwieństwie do MS, który spotkał się dwa lata później z identycznymi zarzutami, nie podjęło rękawicy i dość szybko uznało roszczenia firmy z Cupertino. Tym samym już w marcu następnego roku wydana został druga wersja GEM wykastrowana niemal ze wszystkiego, co dzisiaj wydaje się być nieodłącznym elementem graficznych interfejsów, czyli między innymi "wyparowały" rozwijane belki czy też możliwość nakładania się okien (wraz z nową wersją GEM na ekranie mogły być dostępne wyłącznie 2 otwarte okna jedno nad drugim). W efekcie była to przedostatnia komercyjna wersja GEM, ponieważ po wydaniu w 1988 roku trzeciej odsłony tej aplikacji DRI zarzuciło ten projekt uwalniając większość własnego kodu.

Pora najwyższa przejść do wcześniej anonsowanego zamieszania towarzyszącego premierze graficznego interfejsu użytkownika spod szyldu DRI. Otóż rozwiązanie to - podobnie zresztą jak Windows - pomyślane było jako “system” okienkowy uruchamiany pod DOS-em, ale jak się okazało podczas pierwszej prezentacji, było ono wybredne pod tym względem, ponieważ jedynym “koszernym” systemem operacyjnym był ten z logo IBM. Taka selektywność wynikała wyłącznie z chęci dodatkowego zarobku na sprzedaży GEM, ponieważ jego twórcy wykoncypowali sobie, że od firm produkujących klony PC-tów będą pobierali opłaty licencyjne, choć nie do końca wiem na jakich zasadach, ponieważ z tego pomysłu dość szybko się wycofali pod naciskiem firm pokroju Compaq’a. Co ciekawe podobny zabieg zastosował również MS kilka lat później przy okazji wypuszczenia Windowsa w wersji 3.11 i ten fakt biorę na usprawiedliwienie dla tej przydługiej dygresji o GEM, ponieważ opisane wydarzenia związane z DRI przydadzą mi się w dalszych fragmentach tego wpisu.

Jak już wspomniałem Windows w wersji z 3-ką z przodu okazał się - w kontrze do wcześniejszych wersji - technicznym oraz komercyjnym sukcesem. Przede wszystkim udało się wówczas rozwiązać problem wykorzystania pamięci powyżej 640 kB, a przy tym dorzucono wsparcie dla trybu VGA oraz wielozadaniowość w trybie DOS, choć nadal dość mocno ograniczoną, ponieważ w oknach można było odpalić wyłącznie te aplikacje, które działały w trybie tekstowym. Ważniejszy jest jednak fakt, że najnowsze Okienka stały się dobrem przez klientów wysoce pożądanym w dużej mierze za sprawą obsługiwanych aplikacji takich jak Excel czy Word. Wystarczy powiedzieć, że w pierwszym roku po premierze Windows 3.0 rozszedł się w 4 milionach kopii, co nawet dzisiaj może robićwrażenie, a pamiętajmy, że wówczas rynek komputerów osobistych był nieporównywalnie mniejszy niż jest obecnie. Kolejne iteracja tej odsłony Okienek tylko umacniały tę pozycję, ale nadal była to “tylko” aplikacja uruchamiana pod DOS-em. Problem jaki dostrzegł wówczas MS polegał na tym, że ich najnowszy twór działała równie dobrze pod systemami operacyjnymi konkurencji, choć faktycznie powinno się użyć liczby pojedynczej, bo jedynym liczącym się wówczas rywalem dla firmy Billa Gatesa był oczywiście DRI z ichnim DR-DOS-em, który to produkt starał się - z sukcesami zresztą - iść łeb w łeb z MS-DOS-em tak na niwie technologicznej jak i rynkowej.

W związku z tym wymyślono sobie w Redmond, że należałoby taką możliwość ograniczyć do jedynie słusznych wersji DOS-a, czyli tej własnego chowu. W tym celu została przygotowana funkcjonalność w instalatorze, która na podstawie “znaków szczególnych”, nie mających żadnego związku z działaniem czy funkcjonalnościami systemu, weryfikowała czy przypadkiem użytkownik nie próbuje uruchomić Windowsa przy pomocy DOS-a nie będącego pochodną produktu MS (jeśli ktoś potrzebuje większej ilości szczegółów na temat tego “przedsięwzięcia” zapraszam do lektury bardzo dobrego wpisu wielkiegopieca na temat MS, który nota bene popsuł mi dużą część frajdy z tego wpisu, uprzedzając niejako wydarzenie opisane w finalnym akcie). Ostatecznie w wersji, która trafiła na rynek, “funkcjonalność” ta została jednak usunięta z instalatora (właściwie to została uśpiona), ponieważ udało się ją wykryć i nagłośnić już na etapie beta-testów w kwietniu 1992 roku i pewnie sprawa ta nie nabrałaby takiego rozgłosu, zaś dzisiaj zapewne mało kto by pamiętał o tym fakcie, gdyby nie postępowanie przeciwko MS, które prowadził amerykański Departament Sprawiedliwości na przełomie wieków. Informacje, które wówczas wyszły na światło dzienne zapewne w dużym stopniu pozwoliły firmie Caldera, która w 1996 roku przejęła m.in. prawa do DR-DOS, w uzyskaniu w 2009 roku odszkodowanie w wysokości 280 milionów dolarów (de facto był to efekt ugody jakie strony postępowania zawarły między sobą), choć to był już tylko łabędzi śpiew tego przedsiębiorstwa.

W ramach dochodzenia przeciwko MS, które odbywało się w latach 1998-2001 i zakończyło się - ostatecznie jednak nie wykonanym - wyrokiem o podziale firmy na dwa niezależne podmioty, opinia publiczna mogła dowiedzieć się o wielu faktach stawiających MS w wyjątkowo niekorzystnym świetle. Nas oczywiście interesuje najbardziej to wszystko, co miało związek z wydarzeniami towarzyszącymi wydaniu trzeciej odsłony Windowsa. Z ujawnionej wówczas korespondencji wewnątrz firmowej wynikało jasno, że opisane wcześniej działania były realizowane z pełną rozmyślnością i przy akceptacji najważniejszych osób w kierownictwie firmy, ba wręcz z ich poruczenia. Pozwolę sobie przywołać tylko jeden wyimek z bardzo obszernej dokumentacji, jaka powstała w trakcie trwania rzeczonego dochodzenia. Dotyczy ona korespondencji z sierpnia 1991, w której Brad Silverberg, czyli osoba ze ścisłego kierownictwa MS, a przy tym odpowiedzialna za najważniejsze ich produkty (MS-DOS, Windows czy Internet Explorer), tak pisał do swojego kolegi (pisownia “oryginalna”): “po ogłoszeniu przez IBM wsparcia dla dr-dos podczas comdex (cykliczna impreza branżowa odbywająca się w Las Vegas - przypis autora), są o krok od tego, aby ogłosić za moment, że będą sprzedawać netware lite (sieciowy system operacyjny od Novella, który w 1991 roku przejął DRI - przypis autora). Nie wiemy dokładnie, co ibm zamierza ogłosić. Według mojej najlepszej intuicji będą oferować dr-dos jako preferowane rozwiązanie dla 286, zaś os 2.0 dla 386. prawdopodobnie będą również nadal oferować usługi msdos za 165 USD (drdos za 99 USD). Drdos ma dziś problemy z uruchomieniem systemu Windows i zakładam, że będzie miał ich więcej w przyszłości.” Adresatem tego maila był Jim Allchin odpowiedzialny za wdrożenie rozwiązań sieciowych w MS, dla którego sugestia Silverberga o tym, że IBM może zdecydować się na wsparcie sieciowego produktu ich konkurenta, musiała być mocno nie na rękę. Zapewne dlatego ten ostatni odpisał dość lakonicznie “Upewnij się, że będzie miał problemy w przyszłości. :-)”.

Ostatnie fragmenty czwartego aktu opowiadanej historii chciałbym jednak poświęcić czemuś innemu i teraz powinno być jasne dlaczego tak zaskakująco dużo miejsca poświęciłem zagadnieniu GEM. Otóż w przypadku DRI i ich produktu teoretycznie mieliśmy do czynienia z podobnymi działaniami ze strony twórców, ale warto podkreślić różnice, które mogą istotnie wpłynąć na odmienną ocenę obu przypadków. Pierwsza kwestia wydaje się najmniej istotna, ale przy odrobinie refleksji (oraz złej woli w stosunku do MS) ranga tego faktu niepomiernie rośnie. Otóż przypomnijmy, że DRI oficjalnie ogłosiło, że ich rozwiązanie będzie dostępne wyłącznie dla “prawdziwych” PC-tów, czyli tych z logo IBM, podczas gdy MS zmiany do instalatora wprowadzał w ścisłej tajemnicy licząc - jak nietrudno się domyślić - że sprawa się nie wyda, co sugeruje niespecjalnie szczytne intencje i świadomość wątpliwej legalności takiego rozwiązania, co w późniejszych latach zostało jednoznacznie potwierdzone w dochodzeniu amerykańskiego rządu prowadzonemu przeciwko MS czy też postępowaniu sądowym wytoczonym przez Calderę.

Po wtóre, obie firmy niewątpliwie kierowały się interesem własnym, choć zamierzony cel i obraną strategię działania należy również oceniać inaczej w każdym z przypadków. Otóż DRI podjął decyzję o próbie dodatkowej monetyzacji autorskiego rozwiązania poprzez wprowadzenie licencji dla producentów sprzętu innych niż IBM, którzy chcieliby dostarczać GEM wraz z własnymi urządzeniami. W tamtym czasie (rok 1985) nie łączyły firmy DRI żadne specjalne relacje z IBM, więc z całą pewnością nie było ich intencją wzmacnianie pozycji tego ostatniego. Z drugiej strony mamy MS, który obawiał się wzrostu znaczenia ich największego konkurenta (rzekome zbliżenie się IBM i Novella na początku lat 90-tych, o którym pisał Silverberg), dlatego dysponując produktem, który powoli stawał się standardem rynkowym - przynajmniej w obrębie sektora biznesowego - chciał w sztuczny sposób ograniczyć dostęp do Okienek, tak by wzmocnić pozycją własnego produktu (MS-DOS i jego pochodne).

Warto w tym miejscu przypomnieć, że system operacyjny jest - w dużym uproszczeniu - elementem pośredniczącym między z jednej strony sprzętem, a z drugiej zadaniami realizowanymi w obszarze użytkownika, czyli w przypadku zdecydowanej większości z nas służy do uruchamiania “ulubionych” aplikacji. Tym samym ten, kto ma pełną kontrolę na tym obszarze w pewnym sensie - o ile będzie do tego dążył - trzyma w garści producentów oprogramowania. Pod koniec lat 90-tych XX wieku MS miał niewątpliwie taką dominującą pozycję - przypomnijmy, że jedyny pozostający w grze konkurent balansował na linii bankructwa i prawdopodobnie musiałoby ogłosić upadłość, gdyby nie nadeszła niespodziewana pomoc dla Apple ze strony MS, zaś Linux na desktopach liczył się jeszcze mniej niż dzisiaj, a czas serwerów oraz systemów wbudowanych miał dopiero nadejść, tak samo jak rewolucja smartfonowa. Zresztą Gates swoją wypowiedzią z 1998 roku dał jasno do zrozumienia, że wówczas taki sposób myślenia nie był wewnątrz MS obcy, czyli doprowadzić użytkowników ich produktów do absolutnej zależności, by potem wykorzystać ten fakt w inny sposób niż poprzez bezpośrednią sprzedaż autorskich rozwiązań.

I wreszcie ostatnia różnica, na którą chciałbym zwrócić uwagę, choć z mojego punktu widzenia w pewnym sensie najmniej istotna i de facto będąca rozwinięciem poprzednio omówionej kwestii, ale pod pewnymi względami najbardziej wymowna. Działanie MS miało na celu nie tylko pozbawienie użytkowników konkurencyjnego OS możliwości korzystania z Windowsa, ale doprowadzenia do sytuacji, w której mogło się pojawić wątpliwości co do stabilności DR-DOS (wyświetlanie losowego numeru błędu i nic nie mówiącej informacji o przyczynie “usterki”). Z resztą ta strategia działania (FUD) jeszcze przez wiele lat była chętnie stosowana przez giganta z Redmond.

PODSUMOWANIE

Czas zrekapitulować wszystko co zostało dotąd powiedziane, ale zanim to nastąpi przypomnijmy dlaczego w swoich założeniach przedstawiona historia jest tendencyjna. Otóż piszący te słowa jako zatwardziały “rortysta” (choć pewnikiem Rorty przewraca się w grobie słysząc takie określenia) jest na tyle bezczelny, że nie ukrywał od samego początku, iż opisane wydarzenia miały mu posłużyć jako ilustracje do zbudowania narracji pod konkretną tezę, czyli wykazanie, że sposób myślenia i działania, których kwintesencją jest publiczna wypowiedź Gates o chińskim rynku, jaką wygłosił w roku 1998, otóż ten sposób myślenia pojawił się - co najmniej w szczątkowej formie - już pod koniec lat osiemdziesiątych poprzedniego stulecia. W pewnym sensie chodziło więc pokazanie pewnej ewolucji w postawie reprezentowanej przez Billy’ego Gatesa, czy szerzej przez cały MS, na którego kulturę wewnątrzorganizacyjną miała przemożny wpływ osobowość jego twórcy. MS przez lat był jak Bill, czyli dynamiczny i bezczelny w pozytywnym tego słowa znaczeniu (podejmowanie potyczek z teoretycznie silniejszymi). Jednocześnie był cyniczny i morderczo bezwzględny w stosunku do pokonanego rywala.

Oczywiście ta bardziej mroczna strona Gatesa i jego firmy zaczęła się uwydatniać z czasem wraz z kolejnymi sukcesami rynkowymi. Myślę, że doskonale to widać w zestawieniu dwóch różnych sposobów zapatrywania się na kwestie zjawiska "nieautoryzowanego kopiowania". Dlatego symboliczną klamrą spinającą przybliżone w tych wpisach wydarzenia są dwie skrajnie różne postawy Gatesa do zagadnienia rozpowszechniania oprogramowania poza “oficjalnym obiegiem”. Przypomnijmy, że w roku 1998 szef MS podczas publicznego wystąpienia zupełnie nie krygując się wyznał, że jeśli już koniecznie ktoś chce czy też musi - tak jak to się działo wówczas w Chinach - kraść oprogramowanie, to niech chociaż przywłaszcza sobie ich produkty, ponieważ w dłuższej perspektywie prowadzi to do sytuacji pewnej zależności, która z punktu widzenia jego firmy jest jak najbardziej pożądana. Dwadzieścia lat młodszy Bill Gates ubolewał nad faktem, że jego produkt jest w karygodny sposób kopiowany przez tak zwanych entuzjastów, co poważnie podkopuje w nim i jego współpracownikach wiarę w celowości dalszego rozwijania autorskiego oprogramowaniem - wszak za rzetelną pracę należy się sprawiedliwa zapłata.

Oczywistym jest, że Bill Gates i jego firma pod koniec lat 90-tych ubiegłego stulecia była w zupełnie innym miejscu niż dwie dekady wcześniej, gdy znajdowała się na początku własnej drogi, ale często przesadnie agresywne rozpychanie się przez MS na rynku w ich złotym okresie nie wynikało wyłącznie z naturalnego porządku w hierarchii dziobania, ale była - co staram się podkreślić - pochodną osobowości bohatera tego tekstu. Dlatego tym ciekawsze wydawało się pokazanie tych kluczowych momentów w historii MS, gdy firmie założonej wspólnie przez Billa Gatesa oraz Paula Allena daleko było jeszcze do możnych świata IT, a mimo to zaczęły się ujawniać zalążki przyszłych postaw, które z jednej strony stanowiły o sukcesie MS, ale też zwiastowały przyszłe kłopoty. Cynizm i bezwzględność młodego Gatesa były przedmiotem niejednego tekstu, ale najbardziej widoczne było to w jego “potyczkach” z Applem w latach osiemdziesiątych oraz słynnej ripoście o sąsiedzie Xeroxie, którą uraczył Steve’a Jobsa. Tym niemniej wiedząc na co było stać młodego Gatesa mimo wszystko byłem zaskoczony w momencie, gdy zbierając informacje do mojego wpisu o relacjach między firmami obu panów, dowiedziałem się o liście Gatesa, który w 1985 roku skierował do ówczesnych władz Apple’a, w których nawiał kierownictwo tamtej spółki do większej kooperacji z firmami trzecimi, tak by uczynić z firmy założonej przez Jobsa coś na kształt drugiego IBM.

Nie chodzi tutaj o fakt, że taka postawa nie licowała z tym jak później MS podchodził do kwestii jakichkolwiek standardów rynkowych, wszak list ten nie był wyrazem faktycznych czy tylko rzekomych poglądów Gatesa na temat tego, jak powinna wyglądać konkurencja na rynku technologii. Nie był on również w żadnym razie wyrazem troski o losy firmy z siedzibą w Cupertino, na pewno nie po tym co chwilę wcześniej działo się we wzajemnych relacjach między korporacjami. Jednak tak po ludzku byłem po prostu skonfudowany (by nie napisać: zażenowany) niestosownością pisma, w którym trzydziestoletni wówczas Gates poucza swojego wieloletniego partnera biznesowego, jak tenże prowadzić powinien interesy i to niedługo po tym jak upokorzył go przy okazji przedłużenia umowy w sprawie Applesoft Basica. Być może chciał w ten sposób wysondować nastroje po drugiej stronie w przeddzień debiutu pierwszej odsłony Okienek, ale doprawdy ciężko było się spodziewać innej reakcji niż ta, która faktycznie miała miejsce (całkowite zignorowanie tej “odezwy”).

Dzisiaj MS jest zupełnie inną firmą, co nawet uwidacznia się na poziomie zarządczym za sprawą - przez wielu wyjątkowo nielubianego - Satya Nadelli, który wydaje się być antytezą Billa Gatesa czy Steve’a Ballmera. Firma odpowiedzialna za powstanie Winsowsa wydaje się coraz bardziej pozycjonować jako twórca oprogramowania na różne platformy oraz dostawca rozwiązań chmurowych, zaś w przypadku tych ostatnich potrafi nawet się chwalić bez udawanej satysfakcji, że coraz więcej klientów Azure wybiera na swoich VM rozwiązania oparte o Linuksa. Od całkiem niedawna jest członkiem Fundacji Linuksa oraz jednym z jej największych sponsorów, a dosłownie kilka dni temu przeczytałem, że 19 marca tego roku MS przyłączył się (między innymi obok Red Hat, Suse czy Google’a) do projektu “Common Cure Rights Commitment”, czyli inicjatywy mającej za cel promowanie większej przewidywalności - cokolwiek miałoby to znaczyć - w zakresie licencji typu open source (w praktyce chodzi o mniejszy nacisk na “penalizację” przypadków łamania postanowień wynikających z licencji GPLv1 oraz GPLv2 na wzór tego co zostało zapisane w późniejszej wersji GPLv3). 

Osobiście tę ogromną zmianę odczytuję głównie jako efekt uświadomienia sobie przez właścicieli MS (z Gatesem na czele), że dotychczasowa formuła działania się ostatecznie wyczerpała i trzeba sobie zacząć radzić po nowemu w innym otoczeniu rynkowym oraz technologicznym. Niestety dla MS ostatnia rewolucja w obszarze elektroniki użytkowej - związana ze smartfonami - dzieje się bez większego udziału z ich strony, a tak wyśmiewana era post-PC, jeśli nie traktować jej literalnie, stała się faktem. Daleki wprawdzie jestem od powiedzenia, że Windows jest dzisiaj kulą u nogi giganta z Redmond, ponieważ nadal jest to ich flagowy produkt, tak w strukturze przychodów (choć ze stałą tendencją spadkową) oraz jako punkt wyjścia dla ekspansji innych pomysłów czy rozwiązań. Z drugiej jednak strony ciągnie za sobą bagaż wieloletnich zależności czy zwykłych błędów architektonicznych, więc jego rozwój generuje zapewne ogromne koszty oraz niewątpliwie stanowi duże wyzwanie, z którym MS radzi sobie - z tego co czytam tu i ówdzie - raczej umiarkowanie dobrze. Próba ucieczki do przodu w postaci promowania idei UWP chyba ostatecznie się nie powiodła, czego wyrazem jest wpuszczenie do własnego repozytorium aplikacji korzystających z WinAPI, zaś na całkowite zerwanie z przeszłością - jak zrobił to Apple w pierwszej dekadzie naszego stulecia - jest już chyba za późno.

Na zakończenie pozwolę sobie puścić wodze fantazji i przyznam się do tego, że lubię myśleć, że dzisiejsze kłopoty MS - któż jednak nie chciałby mieć takich problemów - to efekt wieloletniej strategii działania tego giganta technologicznego. Nie jest do końca tak, że władze MS nie dostrzegły w porę rosnącego znaczenia mobilnych systemów operacyjnych i tym samym pozwolił na wyrośnięcie godnych siebie rywali. Windows Mobile miał swoją premierę już 2000 roku, a jego duchowy następca czyli WP wystartował 2 lata po Androidzie, kiedy karty na rynku jeszcze długo nie były rozdane. Oczywiście nie obeszło się bez popełnienia błędów po drodze, bo takie zawsze się zdarzają, choć im bliżej było ostatecznej klęski tego rozwiązania, tym więcej ich zdawało się pojawiać. Natomiast nie to - w mojej opinii - było kluczowe w tym przypadku. Wbrew temu co myśli i mówi wielu zatwardziałych zwolenników tego rozwiązania, mobilne Okienka zabił przede wszystkim brak aplikacji powszechnie używanych na innych platformach.

Absolutnie nie mam na poparcie tej hipotezy żadnych dowodów poza niejasną intuicją, że karma musi kiedyś wrócić, ale jestem przekonany, że mimo słynnych zaśpiewów Steve Ballmera składanych jako trybut na rzecz osób tworzących oprogramowanie, rynek tak szybko nie zapomniał, że na partnerstwie z MS zazwyczaj nie wychodziło się najlepiej. Mimo tej cichej satysfakcji życzę obecnie dla MS jak najlepiej, ponieważ ich rola w historii rozwoju elektroniki użytkowej jest nie do przecenienia, a jako konsumenta zawsze mnie cieszy sytuacja wzmożonej konkurencji między producentami, którzy chcą mi zrobić dobrze.  

Komentarze