Gorąca „wiertarka”

No i cyk. Ciemność na ekranie choć dioda monitora mruga. Radeon HD7850 cichutko zgasł nie grając na odchodne żadną cewką i bez dymka na pożegnanie. Pozostawił po sobie dobre wspomnienia i nadal kręcący się wentylatorek…

Umarł król, niech żyje król. Choć z wyglądu i uposażenia to raczej żebrak, ale ktoś obowiązki wyświetlania tego i tamtego musiał przejąć. Przejął je dyżurny rezerwista w postaci cieniutkiego Quadro NVS 315. I choć brakuje mu wiele do poprzednika, to pod względem gabarytów jest dla mnie ideałem karty graficznej. Niestety nastały czasy, w których jednoslotowe konsumenckie karty są już rynkową rzadkością.

I w tym momencie zaczyna się dylemat co dalej zrobić? Kupić coś nowego czy z drugiej ręki? nVidia czy AMD? Wróć, to ostatnie nie podlega negocjacjom. W tym wypadku przyszłość jest wyłącznie czerwona i zdeterminowana pingwinem. Dobrze, że ceny spadły, ale wybór komplikuje rozdwojenie (roztrojenie?) jaźni AMD. Obecne Polarisy ze sceny mają schodzić, Navi jeszcze nie jest nawet za rogiem, a z tą Vegą to jest trochę dziwnie. Strzelanie na wyrost nie ma sensu, a kupowanie czegoś na przeczekanie też mi się nie uśmiecha. Docelowo najmilej widziany byłby jakiś „tani” średniak. Wychodzi więc na to, że trzeba jeszcze trochę zaczekać aż się coś wyklaruje. Trochę kicha, a trochę nie, bo dopóki nie zostanę zmuszony do zakupu nowej karty graficznej to wolałbym teraz portfela nie otwierać.

Wizja Radeona umieszczonego w piekarniku nie budziła mojego entuzjazmu. Szczególnie mentalna wizualizacja kurczaka pieczonego po wypieku elektroniki. Absmak jak fiks! I wtedy pomyślałem o wiertarce. Niby tylko kręci w prawo lub lewo, ale ile rzeczy niezwiązanych z wierceniem można tym zrobić. Facet musi mieć wiertarkę… nawet jeśli jej prawie nie używa. I to był ten impuls! Wizja bezkresu praktycznych możliwości realizowanych niezbędnym urządzeniem technicznym. Kupiłem więc hot aira... nawet jeśli nim zbyt wiele w przyszłości nie zrobię.

Jestem kompletnym laikiem w temacie takiego sprzętu, więc jego opis będzie pobieżny. Moja stacja lutownicza to chiński Technet 858D. Wedle danych producenta wydajność pompy powietrza jest do 120 l/min, a zakres pracy temperatur mieści się od 100 do 500 st. Celsjusza. Siłą nadmuchu sterujemy przy użyciu pokrętła, a temperaturę ustawia się przyciskami i jej wartość jest widoczna na wyświetlaczu LED. Całość działa lamersko przyjemnie. Za stację wraz z małą butelką topnika o objętości 100 ml i przesyłką zapłaciłem poniżej 140 zł.

Przygotowałem pacjenta przeznaczonego do grzania i nie mając pewności czy czegoś dookoła nie sfajczę, przeniosłem teatr działań na nieużywany stolik, a samą kartę graficzną oparłem na krążkach do ćwiczeń.

Nie wchodzę w opis zjawiska zimnych lutów oraz rodzajów i jakości połączeń lutowanych, bo to temat dla specjalistów z zacięciem dydaktycznym, a ja się w tych kategoriach nie mieszczę.

Na podstawie tego co przeczytałem w sieci (trochę prawdy i sporo fikcji) oraz własnego wyczucia zrobiłem tak:

  • delikatnie podlałem topnikiem GPU z każdej strony,
  • grzanie rozpocząłem od spodu karty w miejscu GPU w zakresie 100 do 130 stopni przez ok. minutę,
  • obróciłem kartę i zacząłem grzanie w rejonie GPU zwiększając szybko temperaturę od 130 do 230 stopni przez minutę, a przez kolejne 100 sekund pracowałem ze stałą temperaturą równą 300 stopni

W sumie: około jednej minuty grzania wstępnego spodu karty (okolice GPU) oraz 2 minuty i 40 sekund grzania właściwego GPU, a to wszystko na ok. 5 stopniu nadmuchu (8 dostępnych na pokrętle) z dyszą w odległości ok. 1 do 1,5 cm od grzanych elementów.

Dałem karcie kwadrans luzu na spokojną adaptację do temperatury pokojowej, a następnie nałożyłem pastę termoprzewodzącą na GPU, zamontowałem chłodzenie i do obudowy. Zgłosiła się jakby nigdy nic jej nie było i wszystko od tygodnia działa w jak najlepszym porządku.

Skoro tak dobrze poszło z kartą graficzną to może podgrzać coś jeszcze? Pomysł ten podsunął mi użytkownik reddita, który z sukcesem upiekł własny nośnik SSD. Link do wątku: https://www.reddit.com/r/techsupportmacgyver/comments/33cnve/reviving_...

W polskiej części sieci nie widziałem aby ktoś coś takiego zrobił, więc czemu by nie spróbować. Wiem, wiem zaraz zaczną się krzyki, że jak SSD pada to albo kontroler wyzionął ducha albo pamięci zjechane i nie może być mowy o niczym innym. Nawet przedszkolaki już to wiedzą. Tak się jednak składa, że miałem odpowiedniego umrzyka do takiego testowego zabiegu. W ciągu ostatnich 6 lat pogrzebów SSDeków odprawiłem już kilka z czego wszystkie za wyjątkiem jednego w trakcie trwania gwarancji. Ten co padł po gwarancji i mi się ostał to GOODRAM C50 – w swoim czasie całkiem przyzwoity dysk na pamięciach MLC.

Zmodyfikowałem procedurę grzania na ciut łagodniejszą, czyli trochę krócej i minimalnie obniżyłem temperaturę grzania góry (kontroler), ale nie przyniosło to żadnego rezultatu. Za drugim podejściem zwiększyłem temperatury i dodatkowo przejechałem też pamięci. Niestety nic z tego, tak jak kiedyś z systemu nagle zniknął tak nadal nie pojawia się wcale. Fiasko, więc problemem najwidoczniej nie są w tym wypadku połączenia.

------

Trzeba mieć świadomość, że grzanie układów gorącym powietrzem to nie jest prawdziwa naprawa, a tylko chwilowa likwidacja problemu. Nie ma jednak takiego mądrego, który w przypadku sukcesu byłby w stanie określić ile ta chwila szczęścia trwać będzie. Jednym karty graficzne padają bezpowrotnie po kilku tygodniach od zabiegu, innym działają np. przez rok, a jeszcze inni okresowo podgrzewają cały czas tą samą kartę i nadal działa choć teoretycznie dawno już nie powinna. To jest loteria.

Kolejną wiadomość i to niezbyt ciekawą mam dla amatorów kart z drugiego obiegu. Nie poznacie wcale, że używana karta graficzna była grzana tak jak ja zrobiłem to powyżej. W przeciwieństwie do słabiej kontrolowanych zabaw z piekarnikiem lub opalarką tu jak się nie przesadzi to nie ma żadnych śladów. I dlatego jak widzę na rodzimym Allegro oferty kart graficznych sprzedawanych przez firmy zajmujące się serwisowaniem sprzętu to włącza mi się wsteczny bieg.

Na koniec: grzać czy nie grzać? Osobiście uważam, że w przypadku sprzętu, który z racji swojej nikłej wartości rynkowej trafiłby prędzej do kontenera z napisem „Elektro złom” niż do właściwego serwisu, warto podjąć taką próbę.