Strona używa cookies (ciasteczek). Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianach ustawień. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.    X

A gdy nikt nie patrzył, wyłączono MSN

Matko jedyna, jak gorąco. I jak tu pisać.

Gdy kładę się spać po kolejnej późno-wieczornej grzebaninie elektronicznej, porzucone urządzenia mszczą się na mnie, nie dając mi spać. Bezowocne, a często nędznie uzasadnione próby jednoczesnego instalowania LineageOS, szyfrowania tabletu i aktualizacji wersji Insider Preview na zapomnianej Lumii doprowadzają do stanu, w którym żadne z urządzeń nie działa do końca poprawnie, ale każde co kilka chwil hałasuje. Wszak na wszystkich „w miarę działających” urządzeniach instaluję Skype’a i Facebook Messengera – jedyne pozostałe mi komunikatory, z których korzystają znajomi. Późnym wieczorem zawsze okaże się, że zapomniałem wyciszyć powiadomienia na co najmniej jednym z urządzeń. Albo nie odwróciłem któregoś plecami do góry, przez co rozświetla nocą pokój krwistoczerwoną, mrugającą okresowo diodą.

Nie mam szczególnych oporów przed poznawaniem nowych narzędzi komunikacyjnych, tak długo, jak jestem w stanie naprędce złożyć zdecentralizowaną i zaszyfrowaną OTR alternatywę (a jeszcze mogę, wszak specjalizujemy się w zupełnie innej formie państwa policyjnego, niż np. obecna, i zapewne przyszła, Wielka Brytania). Stąd też dość prędko porzuciłem archaiczne, frustrujące i drogie SMSy. Z radością uciekłem od Gadu-Gadu, ale od ukochanego Jabbera przegoniono mnie już siłą. Bramy S2S, niegdyś powszechne, całkowicie zniknęły. Świat powrócił do architektury „zamkniętych ogrodów”, tłumacząc to dostosowaniem do wymagań chmury oraz urządzeń mobilnych. Śmiem twierdzić, że to najwyżej dwie trzecie prawdy i wymuszona centralizacja ma nieco inne źródła.

r   e   k   l   a   m   a

Z biegiem czasu przywykłem do mojej przegranej krucjaty o XMPP, w odwodzie i na specjalne okazje trzymam IRC i parę innych, ciekawych zabawek, ale zrezygnowałem już całkowicie z klientów-agregatów. Na Androida nigdy ich specjalnie nie było, a na pececie, z bólem serca, zastąpiłem je aplikacjami PWA, jak Messenger.com. Niby wyczerpany temat. Dlaczego więc trzeci raz nachodzi mnie na rozważania o komunikatorach internetowych? Otóż okazało się niedawno, że przegapiłem istotną zmianę na stronie, którą swego czasu odwiedzałem regularnie. Tą stroną jest wykaz „Is MSN dead yet?”. Odwiedzałem ją, bo interesowało mnie, kiedy wreszcie nastąpi moment, który oficjalnie miał miejsce już pięć lat temu: mowa o zamknięciu sieci MSN Messenger Service. Na stronie ismsndeadyet.com możemy wreszcie zobaczyć wielki napis „YES”.

Absolutna dewastacja Skype’a, który zmieniał się w rakotwórczego bloba o nadmiernym zapotrzebowaniu na pamięć, wyzwalała u mnie głęboką niezgodę wobec zastąpienia tym gniotem całkiem sprawnie działającego komunikatora Messenger. Całkiem sprawnie w porównaniu ze Skypem, oczywiście. Messenger był pełen wad, ale miałem do niego sentyment. Głównie dlatego, że był komunikatorem preinstalowanym w systemie Windows Millennium Edition, na moim pierwszym komputerze. Pochodził z czasów, w których komunikator nie był aplikacją pełnoekranową, a każde okno miało własny przycisk na pasku zadań, w dodatku z opisem i ikoną niewymagającą przestrzeni barw True Color. Interfejs nie był „dostosowany do dotyku”, co obecnie jest nie tylko (wciąż!) niepotrzebne ale i zazwyczaj fatalnie zaimplementowane. Mówimy więc o czasach sprzed interfejsowego wariactwa, które bezpowrotnie minęły około 14 lat temu. A ja dalej za nimi tęsknię.

„MSN Messenger Service”, bo tak brzmiała pełna nazwa programu, który poznałem w 2001, oferował prosty i urokliwy interfejs znany z ICQ (i Gadu-Gadu, gdy odejmiemy odrażający, pomarańczowy kolor) a jednocześnie dodawał nutkę profesjonalizmu, nawiązując do estetyki Windows 2000 i (wtedy jeszcze nie znienawidzonego) Outlook Express. Bardzo przypadł mi do gustu, mimo, że miałem na nim może z trzy kontakty. W Polsce nie słyszał o nim dosłownie nikt. Zresztą nawet w swoim kraju pochodzenia był mało znany: zaczynał jako nieautoryzowany klient sieci AIM, by w okolicach wersji 3.0 zmienić się w zaskakująco ładny i lekki komunikator z funkcją VoIP i integracją poczty. Byłem urzeczony. Nikt nie podzielał mojego entuzjazmu. W tym czasie wszyscy używali Gadu-Gadu, niektórzy bogatsi gimnazjaliści słali sobie SMSy (kilka w tygodniu).

Mniej więcej wtedy na świat przyszedł Windows XP. Początkowo traktowany z nieufnością. Następnie – z niechęcią, ze względu na niezgodność z szeroką gamą gier i (taniego) sprzętu. Na pecety trafiał powoli, w podobny sposób, jak później Vista: najpierw jako „transformation pack” ze skinami do Windows 98, potem jako kradziona wersja Professional, a na końcu jako preinstalowana Home Edition z gazetkowego komputera z „Vobisa”.

Wraz z Windows XP, o czym w dalszym ciągu nikt nie wiedział, przychodziła nowa inkarnacja MSN Messengera: zintegrowana z interfejsem do takiego stopnia, że w praktyce stawała się niewidzialna. Nosiła nazwę „Windows Messenger” – program nadawał się zarówno do domu, jak i do firm, gdzie integrował się z węzłami SIP i Exchange. W dalszym ciągu twierdzę, że jest to wzorcowy interfejs dla komunikatora internetowego. Nie da się tego zrobić lepiej. Wszystko inne będzie udziwnieniem, zmianą dla zmiany i odchodzeniem w dziwnym, niepotrzebnym nikomu kierunku.

Niestety, świat uparcie nie chce działać tak, jak sobie wymyśliłem. MSN Messenger nie zyskiwał popularności, bo wyglądał… zbyt profesjonalnie. Na świecie nie było jeszcze niczego tak pstrokatego i plastikowego, jak pierwszy Skype, ale już taki AOL AIM pokazywał, co uchodzi za przyjazny interfejs. Dlatego Microsoft musiał popsuć mój ukochany interfejs. Zaczęto więc udawanie, że „Windows Messenger” to wcale nie następca MSN, tylko zupełnie oddzielny program. Który nie będzie już aktualizowany. Wydano więc MSN Messnger 5.0, a następnie 6.0 i owe wersje już wolno było instalować równolegle w systemie Windows XP. Poprzednie odmawiały poprawnej instalacji, zgłaszając problemy ze zgodnością. Wystarczy spojrzeć, żeby zrozumieć kiedy i jak wszystko poszło całkowicie i nieodwracalnie źle:

Jakimś cudem, owa koszmarna wersja przełożyła się na znaczący wzrost popularności sieci MSN Messenger, a komunikator, odnoszący zaskakujący sukces np. we Francji, zwano „MSN”, co nie zmieniło się mimo późniejszej, zupełnie zbędnej, zmiany nazwy. W Polsce popularność MSN oczywiście nie rosła, co nie ulegnie zmianie już nigdy.

Piętrowo chybiony pomysł z rebrandingiem pod szyldem „Windows Live” nastąpił niedługo przed premierą systemu Windows Vista, którego nie zaopatrzono w nowy komunikator, zwany od teraz, nie wiedzieć czemu, Windows Live Messenger. Brak zintegrowania z Vistą nie miał oczywiście żadnej korelacji z popularnością w Polsce, aczkolwiek okolice roku 2006/2007 to był niewątpliwie okres największej popularności i zdrowej konkurencji wśród komunikatorów. Messenger wzbogacił się o nowy VoIP i bramę telefoniczną, AIM tracił na popularności względem Skype’a. Zapewne to rynkowe zamieszanie było usprawiedliwieniem dla przerobienia Messengera w ciężki, pełnoekranowy „dashboard”.

Nie oznacza to jednak, że wszystko szło w złą stronę. Fakt, usunięto szyfrowanie (!), które jakimś cudem dalej oferowała, wciąż wtedy funkcjonalna, wersja „Windows Messener” z XP, ale Microsoft eksperymentował z próbami zmiany Messengera w multikomunikator. Być może niewielu to obecnie pamięta, ale w okolicach roku 2010 próbne wersje MSN zawierały integrację z Google Talk, Facebookiem i XMPP. Były to przymiarki funkcjonalne do „hubów” znanych potem z Windows Phone 7. Nie są one oczywiście niczym ponad stare dobre Centra Aktywności, którym świat ciągle nie pozwala zaistnieć.

Jednak tego typu dashboardy cierpią na coś, co Paul Thurrott nazywa „PC-centrycznością”. Są doskonałym interfejsem dla wielkiego, ciężkiego domowego multimedia PC, stojącego na środku pokoju (pod kątem takiego właśnie ustroju niewątpliwie projektowano Vistę). Tymczasem świat poszedł w urządzenia mobilne. A one wymagały uproszczonego i znacznie lżejszego interfejsu. Zabawnie jest pisać takie słowa, gdy appka Facebooka zajmuje 148 MB, ale mimo wszystko to jednak prawda.

Mimo, że „PC-centryczność” była zarzutem, które wobec Messengera wysuwał sam Microsoft, nieco zaskakuje rozwiązanie, jakie obrano. W okolicach roku 2011, Microsoft kupił Skype’a. Kupił, a następnie prawie nic z nim nie zrobił. Poza jeszcze większym utuczeniem i przeprojektowaniem na korzyść amerykańskiego wywiadu elektronicznego, Skype rozwijał się swoim zwyczajowym, leniwym torem. Kupowanie Skype’a zazwyczaj było związane z brakiem dalszego pomysłu, czymś na zasadzie „o, kupmy to, bo jest popularne”. Bierność Microsoftu wydawała się potwierdzać tę prawidłowość. Ale mimo to od początku miałem obawy. Zastanawiałem się, który z dostępnych idiotycznych scenariuszy zostanie wybrany: zrujnowanie marki Skype do reszty i kiepskie zintegrowanie algorytmów VoIP z Messengerem, czy może anulowanie Messengera i zastąpienie go Skypem, mimo, że nie posiadają tych samych funkcji, a MSN jest wtopiony w szereg innych produktów?

Wybrano wariant numer dwa. I oczywiście ponownie wyszło na jaw, że Microsoft składa się z wielu wzajemnie wrogich sobie obozów. Windows 8 został wydany z aplikacją „Wiadomości”, która wykorzystywała MSN. Windows 8.1 zastąpił ją Skypem, ale już taki Office Online dalej oferował w bocznym pasku komunikator MSN. Windows Essentials 2012 dalej instalowało Messengera. Trzykrotne naciśnięcie „Anuluj” zamykało informację, że zalecana jest migracja do Skype’a, a program działał dalej bez zarzutu. Wkrótce potem Microsoft ogłosił „obowiązkową” migrację do Skype’a. Nie była ani obowiązkowa (wszak Messenger działał dalej) i ani prawdziwą migracją. Kontakty zostały wtłoczone na siłę na listę kontaktów Skype i bardzo często tkwiły tam jako nieedytowalne obiekty. Co więcej, czasem migracja przebiegała nieprawidłowo i na listach pojawiały się cudze kontakty, albo kontakty prowadzące do błędnych osób. Tak było w przypadku mojej mamy – jej e-mail w domenie „Windowslive.com” był taki sam, jak czyjś login Skype. Dzięki temu na liście moich kontaktów zagościła nieusuwalna, nieodpowiadająca mi „Maria Helena dos Reis Santos”. Po pięciu latach dalej okresowo pojawia się i znika w mojej książce telefonicznej konta Microsoft.

Rzekoma migracja była wyłącznie zabiegiem marketingowym. Internetowy „backbone” komunikacyjny Microsoftu był (co dla wielu, w tym mnie, było od początku oczywiste – więc skąd ta decyzja?) tak bardzo zależny od MSN, że Skype wcale nie migrował konta MSN po połączeniu usług. O nie. W tle działo się coś kosmicznego: Skype logował się do sieci MSN jak każdy klient Messengera, a wiadomości wysyłane od kontaktów Skype przychodziły przez MSN z adresów kończących się na „@SkypeDomain.fakedomain”. Był to więc nędzy most, sklecony w weekend na kolanie. Konta Microsoft w Skype zapewne się już nieco wykruszyły, ale kros-komunikacja między sieciami długo przebiegała w taki sposób. Dopiero wraz z premierą protokołu w wersji MSNP24 można mówić o jakimś połączeniu obu sieci.

Dwa miesiące temu ostatecznie wyłączono część „MSN” sieci Skype. MSN Messenger na zawsze przestał działać. Dopiero teraz. Dotychczas połączenie z siecią MSN było zdecydowanie możliwe, nawet przy użyciu Messengera, po zaaplikowaniu łatki „Messenger Reviver”. Najnowszy Skype korzysta z protokołu łączącego oba rozwiązania, czyli właśnie MSNP24. Mimo wielu lat rozwoju, w dalszym ciągu nie wzbogacono go o umiejętność rozpoznania, że inne urządzenie odebrało przychodzącą rozmowę. Stąd też moja gromadka telefonów drży i brzęczy nawet, gdy już dawno z kimś rozmawiam. Trwają prace nad nową wersją protokołu Skype, opartą o WebRTC. W ten sposób działa obecnie klient na Linuksa. Mimo najskromniejszego zbioru funkcji i wbrew pozorom czynionym przez nowe interfejsy na Androidzie, to właśnie wersja linuksowa wydaje się być dobrym podglądem tego, czym Skype stanie się w przyszłości. Prawdopodobnie wersja WebRTC zastąpi wszystkie dotychczasowe implementacje. Czekam na to z niecierpliwością, wszak najnowszy Skype dalej działa na Windows XP, a aplikacja UWP… niemal w ogóle nie działa. Ale to normalne. Czasy się zmieniają, a aplikacje Metro/TwinUI/WinRT/Modern/UWP to dalej zabawki, które należy natychmiast odinstalować. A tak na marginesie, WebNotifications dalej nie działają. Więdną kilka kwadransów po zamknięciu karty. Świetlana przyszłość przed nami :)

Addendum

A co z alternatywnymi klientami i multikomunikatorami? MSN miał ich mnóstwo, a Skype? Skype nie miał ich prawie wcale, zwłaszcza po zamknięciu API. Niektóre komunikatory, jak Pidgin, stosowały metodę przypominającą okradanie bankomatu „na Polaka”: uruchamiały w tle prawdziwego Skype’a, a następnie ukrywały jego okno i przechwytywały I/O z pól tekstowych. Obecnie istnieje kilka implementacji protokołu MSNP24, ale poza Unią Europejską inżynieria wsteczna może być nielegalna. W takim wariancie dalej istnieją „dresiarskie” wtyczki, wrappujące całą stronę „web.skype.com”.

Cheers!

 

windows internet

Komentarze