Dlaczego mimo starań nie mogę zostać niewolnikiem wielkiej korporacji

W ciągu ostatnich kilku lat, spora część mojej pracy przeniosła się, jak to teraz brzydko mawiają, „w chmurę”. Początkiem tego procesu nie była rosnąca popularność usług chmurowych, a czasy nieco wcześniejsze. Około roku 2006 na topie było określenie „Web 2.0”. Dziś już nieco zapomniane i niemodne, ale to właśnie ono opisywało podwaliny techniczne Internetu w dzisiejszym kształcie.

SaaS

Sam szkielet cyfrowy byłby jednak nieistotny bez modelu jego wykorzystania. Web 2.0 był więc metodą dostarczenia (mocno zmodyfikowanego na przestrzeni lat) modelu „oprogramowania jako usługi” (software-as-a-service, SaaS). Dopiero obecność owego oprogramowania doprowadziła do upowszechnienia usług chmurowych. O wprowadzeniu SaaS marzyło wiele firm, sam Microsoft już przy okazji prac nad pakietem Office 2002 eksperymentował z wprowadzeniem licencji subskrypcyjnych, a rok później wprowadzał wędrujące dokumenty w ramach usługi SharePoint (dlatego też nikt o tym nie wie). Dopiero Google magicznie rozwiązał, marketingowo banalny, problem popularyzacji chmury. W 2007 roku pisałem o tym, że coraz więcej pracy wykonuję w przeglądarce internetowej, dzielnie korzystając z wersji beta Google Documents oraz z komunikatora Meebo, internetowego arcydzieła pożartego przez Google. Dziś krajobraz dość mocno się zmienił, nie wszystko, czym się zajmuję, siedzi na kartach przeglądarki internetowej (całe szczęście). Używam szeregu aplikacji tradycyjnych, ale wszystkie są mocno zależne od chmury. Używam Thunderbirda do poczty, komunikatora, RSS i IRC. Pliki wędrują za mną wraz z kontem OneDrive, poczta razem z dwoma kontami Google, dokumenty tworzę w pakiecie Office podpiętym do usługi 365, terminarz i kalendarz spotkań przechowuje ponownie konto Google, spięte z telefonem, trochę muzyki leży na koncie iTunes, a projekty z pracy wiszą na tajniackim GitHubie.

reklama

Problemy pierwszego świata

Owszem, taka wyliczanka sprawia, że to wszystko brzmi niemal przerażająco. Od razu na myśl przychodzi lodowata krytyka i punktowanie zależności od usługodawców-monopolistów. Co prawda, gdyby Internet nagle przestał działać, do wszystkich wymienionych rzeczy miałbym dostęp dzięki aplikacjom lokalnym, puli cache oraz kopiom zapasowym, ale odebranie mi dostępu np. do map Google, przy mojej legendarnej orientacji w terenie, skończyłoby się bardzo niedobrze.

Nie chcę jednak marudzić na rosnącą (acz nie całkowitą, sprawdzałem) zależność od usługodawców chmurowych. W kość daje mi coś innego. Otóż niedawno uświadomiłem sobie, że męczy mnie pewien problem pierwszego świata. Można go opisać wieloma słowami, od pedanterii aż po serwilizm, przez co tym bardziej ciekawi mnie, czy jestem odosobniony w swych rozterkach.

Niedawno rozważałem migrację na Windows Phone/Mobile/10/itp. Przezornie sprawdziłem listę niezbędnych aplikacji i stwierdziłem, że w uboższym ekosystemie Windows niespecjalnie będzie mi czegokolwiek brakować. Android coraz mocniej wyprowadza mnie z równowagi, względem Windowsa w dalszym ciągu stosuję jeszcze naiwne myślenie życzeniowe i wmawiam sobie, że wkrótce wszystko będzie już w porządku.

Porzuciłem jednak ten plan, ponieważ synchronizacja kalendarza i kontaktów między Androidem a Windows Phone wcale nie działa, jak należy. Kontakty z nieznanych przyczyn duplikują się lub znikają, kalendarz Google miesza się z kalendarzem konta Microsoft, niektóre wydarzenia się nie importują, jedno dostało błędną godzinę(!), a w dodatku całość trzeba synchronizować ręcznie, bo czasem łącze przestaje działać. Dzieje się to np. za każdym razem, gdy pulpitowy Outlook pobierze sobie pocztę. Ale tylko w weekendy, choć ostatnio problem był też w środę. Całość przypomniała mi katastrofę, jaka nastąpiła po migracji z MSN Messengera na Skype. Odbyła się ona przymusowo, doprowadziła do absurdalnych problemów, a jakość usługi od tego czasu ulega sukcesywnemu pogorszeniu.

Może w drugą stronę...?

Zrażony nieudaną próbą używania usług Google w środowisku Microsoftu, wypróbowałem odwrotną ścieżkę, czyli wykorzystanie usług MS na Androidzie. Podpięcie poczty było całkowicie bezproblemowe, ale na tym mój spokój się skończył. Zdecydowałem się bowiem dotknąć tandemu OneDrive + Office. Początkowo byłem przekonany, że powszechnie chwalony Office dla Androida będzie spisywał się świetnie, bo przecież mam subskrypcję Office 365. Wypróbowałem go więc z wykorzystaniem plików, które trzymam na OneDrive. Pulpitowy Office w wersjach 2010, 2013, 2016 oraz 2016 dla komputerów Mac działa wyśmienicie z OD. Office Upload Center wydaje się nieco nadmiarowy względem „ikonki z chmurką”, która dba o synchronizację plików, ale wszystko jest sprawne i niezawodne. Działa nawet praca grupowa nad jednym dokumentem! I wcale nie jest to nowa funkcja Office 2016, podłączyłem się do wspólnego dokumentu wersją 2010 i jakoś wszystko było OK. Tymczasem na tablecie…

Aplikacje mobilne, przynajmniej teoretycznie, likwidują przycisk „Zapisz”, stosując przezroczysty autozapis. Dokumenty Google były pierwsze z tym rozwiązaniem i zawsze działało to fantastycznie. Microsoft Office Online może i jest ciężki i czasem dostaje „czkawki”, ale również radzi sobie bez żadnych kłopotów z automatycznym zapisem. Natomiast Office dla Androida wyczynia jakieś niesamowite cuda, zapisując część zmian, w dodatku bez żadnej logiki. Parokrotnie zdarzało mu się zduplikować plik na OneDrive, w jednym arkuszu Excela bawi się ze mną w uroczy sposób, notorycznie przywołując starszą wersję pliku, twierdząc, że „dokument został edytowany poza programem Excel”. Oczywiście owym arkuszem jest dziennik ocen moich studentów i cokolwiek wpiszę do niego tabletem, kolejne uruchomienie poskutkuje wywaleniem wpisu i pobraniem antycznej wersji pliku. Wymuszenie synchronizacji przez OneDrive nic nie daje, ukazując w dodatku szereg innych, ukrytych problemów, jak na przykład pobieranie wszystkich plików z katalogu (ponad 50), poza jednym. Bo nie. Kliknięcie na „dowiedz się więcej o tym błędzie” prowadzi do strony, na której otrzymuję ofertę zakupu pakietu Office, w którym to przed chwilą stworzyłem dokument. Office-cepcja.

Universal Crapps

Ponieważ Dokumenty Google działają fantastycznie na Androidzie pomyślałem, że może Office będzie działał lepiej na Windows Phone. Okazało się, że owszem, działa lepiej, ale umie mniej. Microsoft „pracuje nad tym” i wkrótce wyda pakiet Office w wersji uniwersalnej. Przetestowałem go, na Windows 10 na PC. Byłem wstrząśnięty porażająco niską jakością całego zestawu uniwersalnego Office’a. Nie jest zoptymalizowany ani dla pulpitu, ani dla dotyku. Nie wyobrażam go sobie na telefonie. Autozapis co prawda działa dobrze, ale okazuje się, że tutaj da się przesadzić w drugą stronę. Każda chwila poświęcona na pracę z nowym Wordem kończy się automatycznym zapisaniem kopii roboczej dokumentu. Dzięki czemu na dysku OneDrive mam teraz wesołą gromadkę plików „Dokument 1”, „Dokument 1 (1)”, „Document 1” oraz tajemnicze „Dokument 2”. Usuwając je, przez przypadek usunąłem tekst nad którym rzeczywiście pracowałem, ale ponowne uruchomienie Worda przywołało usunięty plik, wydobywając jego treść spod ziemi. Byłem naprawdę pod wrażeniem. A zbiór plików „Dokument” nie powstał przez zamykanie edytora. Aplikacja po prostu zamknęła się samoczynnie, dwukrotnie wysypując się na jakiejś elementarnej akcji typu przeglądanie czcionek, a raz zniknęła samoistnie, po kilku minutach bezczynności.

Powoli zacząłem nabierać przekonania, że żadna usługa nie działa poprawnie i wszyscy po prostu się do tego przyzwyczaili. Zniechęciłem się zupełnie do zmiany telefonu i zająłem się analizą porównawczą pozostałych usług, oferowanych przez głównych graczy. Mam przecież w życiu bardzo dużo wolnego czasu i zero obowiązków.

Gadu?

Rzuciłem więc okiem na kwestię komunikatora. Byłem już wystarczająco rozbawiony krajobrazem, jaki nakreśliły mi pozostałe usługi, ale groteska bijąca od komunikatorów sprawiła, że uśmiałem się jeszcze bardziej. Zarówno Google, jak i Microsoft zdają się miotać w nieskoordynowany sposób między szeregiem pomysłów, bez jakiejkolwiek strategii. Najpierw Skype. Swego czasu doskonała aplikacja typu peer-to-peer do prowadzenia rozmów tekstowych, audio i wideo z użyciem komputera PC. Zgodnie z uniwersalnym prawem inżynierii oprogramowania, każdy duży projekt w pewnym momencie osiąga stadium, w którym jakakolwiek zmiana może już tylko coś popsuć. W przypadku Skype’a była to wersja 3.8. Kolejne wersje prowadziły do drastycznego wzrostu wymagań sprzętowych, przy jednoczesnym spadku stabilności i upośledzeniu interfejsu. Potem było już tylko gorzej: implementacja backdoora NSA (pozdrawiam boty przeszukujące OneDrive pod kątem słów-kluczy!), rozmontowanie infrastruktury p2p, integracja z Facebookiem… A to wszystko tylko w wersji desktop! Wersje mobilne przeżywały jeszcze gorsze mutacje. Porzucona wersja na Symbiana, jedyny rozsądny system mobilny, dysfunkcyjna wersja dla Windows 8, wydanie dla systemu Android ważące dziesiątki megabajtów…. A to wszystko przy ciągle spadającej jakości usługi! Ostatnio nie dało się nawet zalogować do sieci Skype, bo „something happened” i przez cały dzień program nie działał.

A Skype nie jest nawet prawdziwym komunikatorem Microsoftu! Był nim bowiem MSN Messenger. Jego historia to temat na oddzielny wpis, ale faktem jest, że działał on lepiej, niż obecnie Skype. Faktem jest również, że działał znacznie gorzej, niż Skype kilka lat temu, ale degradacja jakości to powszechny trend. Dotyczy nie tylko technologii, ale i ludzi. Decyzja o porzuceniu komunikatora MSN, wbudowanego w Windows 8 (ale nie 8.1!) ewidentnie wytworzyła w Microsofcie wewnętrzną opozycję i walki frakcyjne. Można to zobaczyć w Office Online, gdzie kontrolki dostępności w sieciach w dalszym ciągu wyświetlają logo MSN na równi ze Skype i LinkedIn. Migracja do Skype została wymuszona i przebiegła w fatalny sposób, wywołując falę niezadowolenia. Ponadto, „genialny pomysł” marketingowców obnażył wewnętrzną zależność produktów MS od infrastruktury komunikatora Messenger. Do tego stopnia, że sieć MSN w dalszym ciągu działa, mimo, że została rzekomo wyłączona 2 lata temu. Najwyraźniej nie da się porzucić działających rozwiązań w imię „reorientacji strategii”. W konsekwencji Microsoft dysponował trzema komunikatorami, a obecnie żaden z nich nie działa poprawnie. Oficjalnym i najbardziej promowanym pozostaje Skype, ale na pewno sytuacji nie poprawia fakt, że oficjalny klient komunikatora MS zwyczajnie nie istnieje, bo nie został jeszcze ukończony. To jest po prostu fantastyczne. Kwestii połączenia Skype’a z komunikatorem Google nie ma, ponieważ w ogóle nie jest to możliwe. (tak naprawdę to jest i łatwo się o tym przekonać, ale ja już nic nie mówię).

Let's hang out!

Google radzi sobie lepiej, ale też podjęto tam szereg zupełnie bezmyślnych decyzji. Najpierw był bowiem Google Chat. Działał. Gadał z XMPP. Nawet wideo działało. Stał się bardzo popularny wśród geeków, dalej mam tego dowody w swoim rosterze na koncie z 2005 roku. Potem ktoś wpadł na pomysł „kręgów”, Chat został przekuty w Hangouts, a oficjalny klient zniknął. To główny powód, dla którego Hangouty nie są popularne: jedyny dobry klient jest programem na Androida. Pecety muszą zastosować wtyczkę do Chrome, o której mało kto wie, a jak ktoś już ją znajdzie, to odkryje, że istnieją dwie. W dodatku są równolegle aktualizowane i nikt nie widzi w tym nic złego. Wmuszenie Hangoutów jako aplikacji do SMSów sprawiło, że mnóstwo osób od nich uciekło, a brak oddzielnego programu do rozmów, mimo, że usługa mocno (i poprawnie) integruje się z Chrome sprawia, że nie trafiają one do przeciętnego użytkownika z taką siłą, jak Skype, oraz pozostałe, zbędne potworki, jak WhatsApp, czy Viber. Mimo, że Hangouty działają świetnie, rozmowy wideo są rewelacyjne, synchronizacja rozmów tekstowych działa niezawodnie, a bramki XMPP, mimo ogłoszeń, nie zlikwidowano. Ośmielę się wręcz stwierdzić, że Google Hangouts to najlepszy komunikator na rynku, ale nikt o tym nie wie. Bo synonimem rozmów wideo jest Skype, a do czatu jest WhatsApp albo „po prostu” Facebook.

W kwestii komunikatora Google więc zdecydowanie wygrywa, ale jednocześnie zadbał o to, żeby to zwycięstwo nie miało żadnego znaczenia. Uparte forsowanie Google+ ukazało, że Google tak naprawdę nie rozumie aplikacji „społecznościowych”, bo nie potrafi docenić ani wypromować Hangoutów, które nadają się do tego idealnie. Windows nie ma swojej platformy społecznościowej, ale podobnie, jak w przypadku Google, i tak nikt by jej nie używał, bo przecież jest Facebook. Aplikacje FB na obu platformach są zresztą podobnie okropne.

Nic nie wspomniałem o Apple, z którym niedawno miałem niezłą przeprawę. Ale wynika to z tego, że próbowałem usług chmurowych Apple i bardzo szybko się poddałem. Bez iPhone’a są mocno wybrakowane. Wbudowane w OS X aplikacje zupełnie do mnie nie przemówiły, brak obsługi MTP (i w konsekwencji zupełne zignorowanie podpiętego telefonu z Androidem) wywołał jedynie stłumione parsknięcie, a połączenie z kontami Google i Microsoft sprawiało wrażenie nieco wybrakowanego: nie zaufałbym importowanemu kalendarzowi, na przykład. Mimo, że program Mail nie został jakoś szczególnie zbluzgany w testach systemu El Capitan. Przygoda z Apple skończyła się jednak porzuceniem Apple ID i instalacją Chorme’a, Firefoksa, Thunderbirda, Skype’a, Office’a i OneDrive’a. O dziwo, wszystkie działały tak samo dobrze, jak na pecetowym Windowsie. Zatem mój MacBook jest bardzo ładny, ale do ciężkiej pracy niekoniecznie się nadaje. Zupełnie, jak niektóre moje znajome z liceum.

To jeszcze nie to

A więc moim Wielkim Problemem ™ jest fakt, że żaden z usługodawców, mimo wielu lat ciągłego rozwoju, nie oferuje ekosystemu, na który dałoby się przemigrować w całości. Powierzenie wszystkiego w ręce jednej firmy nie brzmi, jak najmądrzejszy pomysł na świecie, ale właśnie do tego zdają się nakłaniać zarówno owe firmy, jak i zwykła wygoda. Ale okazuje się, że lata mijają, a jest to dalej tak samo niemożliwe. Pójście w stu procentach w kierunku Google oznacza wybrakowany pakiet biurowy (polecam slajdy! Elementarnych funkcji brakuje od lat i jakoś nikt nie spieszy ich dodać), sieć społecznościową, do której należy siedem osób na świecie oraz brak komunikatora, którego ktokolwiek by używał. Jestem przekonany, że dzięki smartfonom i Chromebookom więcej osób ma zainstalowane Hangouty, niż Skype’a, ale jakimś cudem jest to zupełnie nieistotne. Zresztą smartfony z Androidem mają datę ważności i po pewnym czasie są jedynie generatorami frustracji, działającymi na (niewymienną) baterię. Microsoft oferuje rewelacyjne rozwiązania firmowe (Active Directory!), podejrzanie dobrze działający pakiet biurowy oraz bardzo dobry dysk chmurowy, ale Windows Phone i w ogóle aplikacje uniwersalne to jakiś ponury dowcip. Gdyby aplikacje pulpitowe były tak niefunkcjonalne i niestabilne, nikt nie traktowałby ich poważnie. Najwyraźniej jednak wydania mobilne w obecnym stanie przechodzą testy jakości i są bez żenady dodawane do systemu. Ciekawi mnie zatem, jak musi działać ten uniwersalny komunikator dla Windows 10, skoro jeszcze go nie wydano. Plusem jest Skype, który jest synonimem rozmów wideo, dzięki czemu porozmawiamy z całym światem, ale jakość usługi dramatycznie odbiega od Hangoutów, których z kolei nikt nie używa. Mimo, że są dostępne na najpopularniejszej platformie mobilnej na świecie (Android). Microsoft oferuje też rozwiązania dla Androida, ale są one niegodne zaufania… zupełnie, jak wydania na ich własną platformę mobilną (która w dodatku tak naprawdę jeszcze nie istnieje). Wybranie Apple to z kolei zbiór niekompletnych usług dla mniej wymagających użytkowników, niemal zmyślone rozwiązania korporacyjne (jak centralnie zarządzanie) oraz sprzęt w cenach odpowiadających biżuterii (do której zdecydowanie zalicza się MacBook oraz iPhone). W dodatku interoperacyjność między wspomnianymi światami pozostawia wiele do życzenia, mimo, że każda ze stron utrzymuje, że jest łatwa i bezproblemowa. Innymi słowy, każdy z gigantów oferuje rozwiązania, które są w stanie pokryć najwyżej 80% potrzeb.

Nic już nie działa

Poszukiwania jednolitej platformy przy okazji ukazują jeszcze inny problem: wszystkie rozwiązania są kosmicznie niestabilne i niedokończone. Wszystkie mobilne wydania i usługi, znajdujące się w fazie ciągłego rozwoju i niemal codziennych aktualizacji, w dalszym ciągu usiłują bezskutecznie osiągnąć poziom, jaki aplikacje tradycyjne osiągnęły dekadę temu. Co gorsza, rozwój aplikacji mobilnych odbywa się kosztem tych „zwykłych”, a więc sprawnych. Frustrującym doznaniem jest obsługa systemu z dwoma panelami sterowania, lub praca z upośledzoną wersją pakietu biurowego, podczas gdy wydanie pulpitowe otrzymuje po trzech latach nową wersję bez nowych funkcji. Wygląda to jak wymyślanie koła na nowo i zwykła strata czasu.

Jakimś cudem udało się przeforsować brak oczekiwań względem oprogramowania mobilnego, w imię postępu i szybkich aktualizacji. I mimo, że ów postęp w istocie się dokonał i naprawdę pracujemy inaczej, niż 8 czy 10 lat temu, trudno mi oprzeć się wrażeniu, że w którymś momencie coś poszło bardzo nie tak.
 

oprogramowanie urządzenia mobilne
reklama

Komentarze