Strona używa cookies (ciasteczek). Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianach ustawień. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.    X

Dziwny los internetowych komunikatorów

Gdzie się podziały wszystkie IMy?

Skala, na jaką wszystkie usługi są obecnie „połączone” i dostępne „w chmurze” jest tak olbrzymia, że stosowanie owych określeń jest już wręcz niemodne. Zintegrowane usługi trzech głównych graczy – Apple, Google i Microsoftu, zestawione z sieciowymi aplikacjami społecznościowymi, jak Facebook sprawiło, że praca, a przede wszystkim komunikacja, jest obecnie znacznie łatwiejsza, niż jeszcze kilka lat temu. Zachłysnąwszy się ogromem nowych możliwości, często zapominamy, że chmurowy postęp uśmiercił całą paletę komunikatorów internetowych. Jeżeli jednak owa strata jest niedostrzegalna, być może obecne rozwiązania są po prostu lepsze od poprzednich?

Mimo dostarczania niezaprzeczalnie szerszego zbioru funkcji, zdecydowana większość komunikacji dokonywanej przez oprogramowanie typu IM jest bliźniacza w swej formule z rozmowami prowadzonymi jeszcze pod koniec lat dziewięćdziesiątych. Dwuosobowy czat tekstowy rzadko wykorzystuje wbudowane mini-gry, rysowanie na wspólnej tablicy czy nawet przesyłanie plików. Trudno więc dla tak elementarnej funkcjonalności wymyślić cokolwiek nowego. Skąd więc taka zmiana w krajobrazie komunikatorów? Czyżby nieunikniony efekt chmurowej rewolucji? Prawda jest nieco inna. Otóż komunikatory zatoczyły koło i wróciły, pomijając „przybudówki” do swojej okropnej, pierwotnej formy z lat 90tych. Cofnijmy się na chwilę do tych czasów, aby łatwiej było przestawić, co mam tutaj na myśli.

I seek you

Na początku procesu popularyzacji konsumenckiego internetu, globalna sieć była środowiskiem w większości naukowo-geekowskim. Głównym narzędziem komunikacji, poza pocztą i NNTP, był „błyskawiczny” czat masowy, a więc IRC. Opracowany w latach 80tych, był w zasadzie wszystkim, co człowiekowi potrzebne w komunikatorze. Oferował grupowe rozmowy na kanałach, ale i komunikację bezpośrednią miedzy dwoma użytkownikami (query). Problem z IRC polegał na tym, że powstał przed końcem internetowej gorączki bezpieczeństwa. W czasach, gdy łączono się ze zdalnymi serwerami przez telnet i niezaszyfrowany POP3, stworzenie komunikatora, w którym metody autentykacji są jeszcze mniej „poważne” doprowadziło do zupełnego niemal braku weryfikacji tożsamości. Każdy mógł podać się za każdego, a w dodatku zmieniać swój identyfikator podczas swojej obecności w sieci, a to wszystko w ramach założeń funkcjonalnych IRC. „Protezą” pilnującą występowania pod cudzą personą były uslługi serwera IRC (ChanServ), wymagające podania hasła podczas wybierania identyfikatora. W przypadku jego niepodania, użytkownik siłowo otrzymywał inne dane. Nie był to problem dawniej, gdy dostęp do intenretu był ograniczony do posiadaczy komputera i łącza (oraz wiedzy na temat serwera IRC). Szybko jednak nadeszło zapotrzebowanie na znacznie bardziej „osobiste” podejście do komunikacji.

r   e   k   l   a   m   a

Rynkową lukę załatał, będący książkową inkrementacją wobec IRC, komunikator ICQ. Przydzielał on użytkownikowi unikatowy numer, do którego dostęp był chroniony hasłem. Koniec z brakiem jednoznaczności i problemami z ustaleniem tożsamości. W dodatku mogliśmy dodać znane nam numery do lokalnej książki adresowej (która nie synchronizowała się z serwerem). ICQ okazał się strzałem w dziesiątkę: dokładnie takiego programu potrzebowały rzesze nowych, mniej technicznych, użytkowników internetu. Prędko z ICQ zaczął korzystać cały świat. Wkrótce potem powstały serwisy-kopie, w postaci AOL Instant Messengera oraz Yahoo! Messengera. Wygryzły one swój fragment tortu, ale tylko w USA. Nie były zresztą adresowane do osób spoza Stanów Zjednoczonych. Cały świat korzystał wtedy z ICQ, co miało swoje niewątpliwe zalety w postaci braku fragmentacji. Z monolitu, poza USA, wyłamała się tylko Polska, w dodatku na ekstremalną skalę: nasze rodzime Gadu-Gadu w praktyce przejęło cały rynek, a krótka kariera ICQ (których przejął AOL, co ciekawe) prędko skończyła się zupełną marginalizacją.

Warto w tym miejscu przypomnieć o tym, że o swoim komunikatorze zamarzył również Microsoft. Podjął próby w pełni zgodne ze swoim stylem z końca dwudziestego wieku: gdy konkurencji nazywali swoje produkty ICQ (czytane „I seek you”), AIM (czytane „I’m”) lub wykrzykując „Yahoo!”, w Redmond powstał produkt o ekscytującej nazwie „The Microsoft Network (MSN) Messenger Service”. Doprawdy pogratulować inwencji. Jakże zwykłe „masz GG?” mogłoby konkurować z nonszalanckim, młodzieżowym, „czy spiąłeś swoje konto Microsoft Passport z usługą posłańca wiadomości błyskawicznych sieci Microsoft Network?”. MSN miał zresztą z tego tytułu kilka „kryzysów tożsamości”, ale o tym kiedy indziej.

Jaka była największa wada wszystkich komunikatorów internetowych? Otóż, musząc na siebie zarabiać, wyświetlały reklamy. Czasem nieznośne. Czasem głupie. Czasem głupie, nieznośne i wyświetlane w denerwujący sposób (Flash!), prowadzący do złośliwego oprogramowania. Zareagowano na to dość prędko, oddolnie tworząc własne implementacje protokołów komunikacyjnych. Ponieważ największą zmorą był kiczowaty AIM, za niego zabrano się najprężniej. Co zabawne, AOL miał górę pieniędzy i nie musiał, wydawałoby się, walczyć o każdy grosz, by utrzymać się na powierzchni. Co innego taki Mirabilis, którzy mieli na koncie kilka miliardów dolarów mniej. Dlatego dwa zespoły, które inżynierią wsteczną stworzyły alternatywne oprogramowanie klienckie, zostały zaatakowane przez nieustępliwych prawników. Owe zespoły to projekt Gaim oraz… Microsoft, który usiłował zachęcić do swojej internetowej oferty więcej ludzi, instalując domyślnie w systemie nie tylko przeglądarkę, ale i komunikator. Microsoft usunął w końcu swoją bramę do AOL, Gaim usunął jedną z implementacji protokołu oraz zmienił nazwę na mniej kojarzącą się z AIM. Od tego czasu znamy go pod nazwą Pidgin. Powoli, tu i ówdzie, zaczęły powstawać komunikatory oferujące dostęp nie tylko do AIM i ICQ, ale do innych sieci. Jednak to ICQ królowało na przełomie wieków.

Mimo monopolu, ICQ nie był idealny. Każdy z konkurentów (wliczając starszego brata, w postaci IRC) miał jakąś, mniejszą lub większą, funkcję, której brakowało innemu. Ponadto, interoperacyjność między sieciami nie istniała, a gdy była możliwa (jak most AIM-MSN) okazywała się z wielu powodów koszmarem. Dlatego, w myśl słynnego komiksu XKCD, zdecydowano się stworzyć „ostateczny” komunikator, rozwiązujący problemy wszystkich pozostałych. W ten sposób powstał Jabber, a więc protokół XMPP. To kolejny kamień milowy w tej historii, możliwe, że najważniejszy.

Jabber!

Pomijając smutną prawdę, jaką jest, że Jabber również okazał się ograniczony, wiele rzeczy robił jednak dobrze, a kilka z nich – najlepiej, jak tylko się dało. Bez wnikania w detale techniczne, jak S2S, rostery i XML, przyjrzyjmy (szybko) się możliwościom dostarczanym przez XMPP końcowemu użytkownikowi. Przede wszystkim dostawaliśmy do ręki login (JID) w „nowoczesnej” formie, znanej z obecnych rozwiązań chmurowych, przez masy nazywany „e-mailem” lub „wyglądającym jak e-mail”. To oczywiście dobrze i źle, bowiem zdarzały się próby wysyłania poczty na JID, ale było bez wątpienia lepsze, niż numerki, które prędzej nadawały się na dystopijny tatuaż, niż na jakikolwiek login. Drugą zaletą była możliwość współpracy z innymi serwerami Jabbera. Założenie konta np. na Jabsterze nie przeszkadzało w żadnym stopniu w komunikacji z użytkownikami Jabberpl, Undernetu, czy legendarnego polskiego Chrome.pl. Komercyjne komunikatory nie tylko nie oferowały bram do innych sieci, ale i wzajemnie zwalczały się w próbach rozszerzania swojej interoperacyjności.

Nie była to jednak największa potęga Jabbera – były nią, przynajmniej w swoich czasach, transporty. Działały jako usługi w ramach połączenia XMPP i pozwalały na komunikację z siecią spoza Jabbera. Najpopularniejszy w Polsce był oczywiście transport do GG. Wiele serwerów oferowało transporty do innych sieci, przez pewien czas między innymi do MSN i Tlena. Dzięki temu nie trzeba było korzystać z multikomunikatora, jak Miranda albo Pidgin, a wystarczył zwykły klient samego Jabbera. Oczywiście im bardziej zgodnego, tym lepiej. Przez kilka lat, wielu moich znajomych korzystało z komunikatora Psi (lub jego forków), wykorzystując na przykład wbudowaną obsługę kanałów konferencyjnych (MUC).

Jabber był więc „samograjem”, obsługiwał wszystkie dotychczasowe funkcje wszystkich komunikatorów, wydarł potencjalną przewagę nawet IRC’owi, a w dodatku został zaprojektowany tak, by dało się go rozszerzać bez utraty zgodności. Rozpoczęto więc prace nad zaskakująco pominiętym detalem, jak były rozmowy i konferencje wideo. Dzieliłem z moimi znajomymi nerdami przekonanie, że Jabber jest przyszłością komunikacji i zagrozić mu może tylko Skype i jego możliwości wideo (wszak XMPP obsługiwało już przesyłanie plików, które dekadę temu strasznie szwankowało w GG).

Świat zresztą dostarczał mi sporo argumentów za tą tezą. Google Chat działał z wykorzystaniem protokołu XMPP z własnościowymi rozszerzeniami do rozmów wideo (dla komunikatora Google Talk), ale bez problemu można było dostać się do sieci XMPP Google z wykorzystaniem dowolnego klienta. Działała też współpraca z innymi serwerami XMPP, a nawet powiadomienia o poczcie! Porządnym Jabberem okazał się także Tlen, którego ostatnia wersja 7 była już pełnej krasy multikomunikatorem, traktującym swoją macierzystą sieć na równi z innymi protokołami. Jakby tego było mało, swój most do XMPP ogłosił.. MSN Messenger! Całości dopełnil fakt wyprowadzenia API XMPP przez Facebooka, w swoim komunikatorze Messenger. Mogłem więc, wraz z milionami innych ludzi wyznających to samo podejście, korzystać z jednego, lekkiego komunikatora do rozmów ze wszystkimi protokołami. W tym celu używałem albo programu Gajim, do którego mam głęboki sentyment, albo „po prostu” Pidgina, do którego wpiąłem GG, IRC, tuzin Jabberów i… Skype’a który przez wiele lat miał API umożliwiające dogadywanie się z nim przez zewnętrzne programy (protokół był dalej niejawny, czyli gdzieś pod spodem dalej działał Skype.exe, ale nie było go nigdzie widać).

Chmury

W ten sposób dobrnęliśmy z moją dygresją do samego początku obecnego stanu rzeczy. Mniej w roku 2013 rozpoczął się zdumiewający odwrót od zwycięskiego pochodu Jabbera. Mimo, że coraz więcej osób korzystało z alternatywnych komunikatorów, unikając przede wszystkim zbędnej ciężkości, kiczu oraz reklam, powoli przestawało to być możliwe we wszystkich przypadkach. Wydawałoby się, że powrót do własnościowych klientów jest już w zasadzie niemożliwy po uldze, jaką odczuwa się na alternatywach. Podobnie jest z przeglądaniem internetu na przeglądarce bez AdBlocka. Jednak branża wymusiła taki powrót, w dodatku początkowo nie wykazując w tym najmniejszego sensu.

Zaczęło się, przynajmniej z naszej perspektywy, niewinnie. Microsoft zamordował swój komunikator Windows Live Messenger, znany powszechniej jako MSN. Wydawało się to na swój sposób nieuniknione, wszak w 2011 kupił Skype’a. Utrzymywanie obu sieci nie znajdowało głębokiego uzasadnienia. Użytkownikom MSN zaoferowano migrację do Skype’a, która wywołała szereg problemów, jak zduplikowane kontakty lub obcy ludzie w książce adresowej (pozdrawiam panią Santos z Argentyny, która pojawiła się u mnie na liście). Jednak istotniejsze jest to, że Skype wymagał w tym celu dużego dofinansowania, ponieważ promowano go jako Ten Jedyny Komunikator, ubijając zewnętrzne API i udostępniając klienta na każde popularne urządzenie. Sieć została w dodatku przebudowana, na potrzeby innej metody dostarczania wiadomości (totalnie nie chodziło tu przecież o ułatwienia dla systemu Prism). Wiele funkcji, jak masowe wideokonferencje, zostało też udostępnionych za darmo. Wygenerowało to spore koszty, zbliżając Skype’a do modelu stosowanego w wielu aplikacjach smartfonowych. Dlatego też wkrótce potem, Skype zaczął wyświetlać reklamy. Czy liczba jego użytkowników spadła? Przeciwnie! Mimo, że owe reklamy prowadziły nierzadko do wątpliwych zakamarków internetu…

Trzeci w kolejce do golenia ustawił się Google Talk. Co prawda możliwość łączenia się przez most XMPP dalej działa, ale podczas ogłaszania nowego Google Hangouts ogłoszono między wierszami, że jeżeli jakaś nowa funkcja Hangoutów popsuje XMPP, to nie będzie on za wszelką cenę naprawiany. Ową zmianę tłumaczono tym, że Hangouts oferuje więcej funkcji, niż stary Talk. To prawda, obecny komunikator Google działa na podobnej zasadzie do WhatsAppa, co prędko wychodzi na jaw, gdy spojrzymy (przez XMPP) na listę kontaktów. Możemy na nich dostrzec osoby komunikujące się przez komunikator (talk.google.com) lub przez „numer telefonu” (public.hangouts.google.com), a więc tak jak w WhatsApp. A przynajmniej tak, jak próbuje się to wmówić użytkownikom. Bowiem to żaden numer telefonu, a rozwiązanie pod spodem jest o wiele bardziej burackie. Mimo pozostawienia mostu XMPP, Google wykazał się jednak sporą dozą bezczelności, nie udostępniając żadnego oficjalnego klienta Hangouts dla komputerów PC. Dedykowaną aplikacją jest bowiem Google Chrome(!!), co jest krokiem jeszcze śmielszym, niż Skype i jego reklamy. Czy pojawiły się głośne protesty? Tak. Prędko ucichły, bo przecież z Google nie ma dyskusji.


Następny na liście okazał się niestety Facebook. Zarżnąwszy w Polsce GG (z którego dało się korzystać bez reklam), stał się bezapelacyjnie najważniejszą platformą komunikacyjną dla codzienności. Oferował przez wiele lat możliwość podpięcia do siebie komunikatora zgodnego z XMPP i, co ciekawe, działał z tym całkiem nieźle (znacznie lepiej, niż ze Skype’m). Rok temu ogłoszono jednak, że brama XMPP zostanie zamknięta, a użytkownicy będą obowiązkowo musieli korzystać z mobilnych aplikacji. Co z komputerami PC? No cóż – strona internetowa Facebooka! Skype musiał prędko usuwać swoją integrację z Facebookiem, którą kilka lat wcześniej tak głośno promował, wiele komunikatorów zgłaszało błąd uwierzytelniania, a w panelu Kont Online w GNOME (i OS X) obok integracji komunikatora pojawiał się wykrzyknik. Facebook połączył obie poprzednie formy bezczelności, nie tylko wymuszając własnego klienta, ale i odsyłając do platformy, która jest jednym wielkim kombajnem do data miningu i ukierunkowywania reklam.

Problem oczywiście da się obejść „na siłę”. Niech Kaworu mnie poprawi, ale z tego, co pamiętam, Jego komunikator dalej działa z Facebookiem, przez przez port 443, a nie 5223. A więc nie przez Jabbera, a przez HTTPS. W uproszczeniu więc, cichcem ładuje pod spodem stronę Facebooka, pobiera z niej to, co dzieje się w polu czatu i wkleja do własnego okna komunikatora. Nieźle. Nie przyglądałem się temu, jak naprawdę to wygląda, ale wysnuwam swoje podejrzenia bazując na tym, jakimi danymi trzeba się teraz logować i przez jaki port przebiega komunikacja. Zatem owszem, da się to zrobić, ale powinno się to robić po ludzku. Niestety Facebook dołączył do grona chmurowych dyktatorów i zamknął swoją sieć na cudze narzędzia, promując jedyne słuszne, czyli własne.

Nic nowego

Ponownie nie jest to odkrycie z wczoraj. Pojawiało się sporo głosów na ten temat, w większości jednak tłumaczono, że jest to nieunikniony obrót spraw i konsekwencja ewolucji w stronę nowoczesności. Niestety nie zgadzam się z tym. Wskutek pędu do pieniędzy usunięto wszelkie formy elastyczności w dostępnych rozwiązaniach, by serwować jak najlepiej ukierunkowane „treści”. Nie jest to żadna nowoczesność, tylko bezczelny zwrot w tył i powrót do lat 90tych. Tam też reklamy były „ukierunkowane”, bowiem internautom sprzedawano wtedy inne rzeczy, niż pozostałym. Teraz internautą jest każdy. Ponadto, projektanci OS X i GNOME uznali integrację środowiska z komunikatorem na element na tyle istotny, że oba interfejsy pozwalają na podpięcie wielu komunikatorów, poczt i innych usług. Połączenie z Google konfiguruje komunikator, kalendarz, pocztę i dysk. Microsoft robi problemy Skype’a oraz OneDrive’a musimy sobie pobrać sami. A Facebook pozwala obecnie już tylko na włączenie powiadomień na pulpicie. Co również zostanie wkrótce wywalone, bo przeglądarki zaczynają obsługiwać protokół Web Notifications. Zatem GNOME chciał być nowoczesny, ale nowocześni tego świata chcieli inaczej. Ogłoszono, że dziś komunikator jest „platformą” i jego możliwości wykraczają poza uogólniające mechanizmy integracji z systemem. To prawda. El Capitan nie ma własnej implementacji sklepu z emotikonami. Bezwzględnie muszę więc używać Messengera przez stronę. Stan IMów był tak zły, że Allan Day, projektant GNOME, postulował usunięcie ich integracji ze środowiskiem w całości.

Opisane zjawisko okazało się na tyle powszechne, że na moich branżowych Jabberach nastąpiło wyludnienie. Nawet ludzie biegli w technologiach machnęli na to wszystko ręką i używają zamkniętych, dedykowanych klientów. Oczywiście, gdy akurat siedzą przy komputerze, a nie dłubią na telefonie lub tablecie, gdzie nie mają innego wyjścia. Zresztą mieliby – pamiętacie Meebo? Zintegrowany multikomunikator dostępny przez przeglądarkę internetową. Super pomysł. Kupiło ich Google. Gdzie więc toczą się rozmowy z moimi znajomymi nerdami? Otóż... na IRC. Jest to niezwykle symboliczne. Idealnie podsumowuje historyjkę o komunikatorach, której morałem jest, że na końcu zawsze przecież chodzi o pieniądze.
Cheers!

 

oprogramowanie internet

Komentarze