Strona używa cookies (ciasteczek). Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianach ustawień. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.    X

Gadu-Gadu: co się stało ze słońcem?

Mimo wieku „dwadzieścia kilka”, jestem już tak stary, że jakaś część mojego umysłu dalej od czasu do czasu klasyfikuje komunikatory internetowe jako „ten nowy” wynalazek. Za naturalne w internecie metody komunikacji uznaję pocztę elektroniczną i IRC. Wszak kiedyś większość z nas korzystała z internetu dial-up i nie byliśmy „dostępni” non stop. Komunikatory internetowe uległy popularyzacji właśnie wtedy, gdy zaczęło się to zmieniać, a więc na początku obecnego wieku. Wtedy powstało nasze rodzime Gadu-Gadu.

Od zawsze uznawałem GG za zły pomysł. Mimo, że konkurencja to dobre zjawisko, Gadu-Gadu zamknęło Polaków w rezerwacie. Cały świat gadał przez IRC i ICQ, a my używaliśmy GG, którego poza nami nie używał absolutnie nikt. Twierdziłem, że takie podejście jest nieświatowe i szkodliwe, przy okazji punktując szereg innych wad, jak przydzielanie ludziom numerków, co trąciło dla mnie dystopijną przyszłością, w której miasta zostały zniszczone przez potwory. Mocno znęcałem się też nad oficjalnym klientem GG, przypominając o mrugających reklamach i olbrzymich problemach z bezpieczeństwem. Promowałem wśród nadmiernie cierpliwych znajomych alternatywne rozwiązania, jak Jabber. Wszystko to jakąś dekadę temu. Dziś żyjemy w zupełnie innej rzeczywistości, co skłoniło mnie do zrewidowania zdania na temat Gadu-Gadu. Doszedłem do wniosków, które nieco mnie zaskoczyły. Najpierw może jednak przypomnijmy sobie nieco o tym komunikatorze, bo w ciągu ostatnich kilku lat zdążył on wyparować z mainstreamu, zupełnie, jak nasza-klasa.

Pierwsze pogadanki

Pierwszy raz z GG spotkałem się pod koniec 2001 roku i już wtedy, rok od powstania, używała go cała internetowa Polska. Ci mniej świadomi technicznie twierdzili, że po prostu nie ma alternatywy, ci nieco bardziej po prostu mieli tam wszystkich swoich znajomych i brak było im woli/sił/inicjatywy, by ich ewangelizować. Byłem pod wrażeniem tego wynalazku, nie ze względu na możliwości (znałem już ICQ), a raczej z powodu bijącej od niego prowizorki. Wyglądał po prostu ohydnie. Rozpikselowane ikonki rysowane chyba w Paint’cie, okno w kolorze agresywnej pomarańczy, kontrolki w oknach rozrzucone, niewyrównane. I te dźwięki…. Była to wersja 3.1. W dalszym ciągu pozwalała na wysyłanie SMSów, więc w pasku stanu znajdował się numer telefonu. Najczęściej był to numer poprzedniego klienta kawiarenki internetowej. Ludzie byli jednak niewrażliwi na te problemy, a ich zmysłu estetycznego nie raziły ani koślawe ikony (wliczając w to również logo), ani szalone dźwięki, ani mrugające reklamy, rysowane za pomocą wbudowanej w system Windows 98 kontrolki Macromedia Shockwave Flash 5. Przecież to tylko program komputerowy! Faktem jest, że ICQ również nie był piękny (a co dopiero mIRC!), ale GG naprawdę było niezłym straszydłem.

r   e   k   l   a   m   a

Komunikator wszystkich Polaków

Kolejne spotkanie z Gadu nastąpiło rok później i z tamtych czasów właśnie pochodzi mój, dalej posiadany, sześciocyfrowy numer GG. Numer wersji podskoczył o jedno oczko (tym razem było to 4.6), ale funkcjonalnie program był, z mojej ówczesnej perspektywy, identyczny. W międzyczasie izraelski ICQ zaczął powoli dostawać opuchlizny i jego paczka instalacyjna rosła, ale działo się w akceptowalnych granicach. Na przełomie lat 2002/2003 Gadu-Gadu było już w Polsce standardem de facto i w opinii wielu (w tym mojej) miał już takim pozostać na zawsze, zadomawiając się w świadomości użytkowników na równi z Windows, Internet Explorerem 6, e-mailem i Wordem. Wtedy też nastąpiła inwazja lokalnej konkurencji. Eksperyment z narodowym komunikatorem udał się tylko w Polsce, więc zaczęły tu panować inne prawa. Dzięki temu powstały programy, jak Tlen, czy WP Kontakt, ale i inne kwiatki, na przykład kosmiczny Onet Komunikator (OK). Wszystkie konkurencyjne programy zostały porzucone i jedynym narodowym komunikatorem pozostało GG, aczkolwiek proces wymierania konkurentów trwał wiele lat.

Powoli jednak narodowy rezerwat komunikatorowi zaczynał coraz mocniej doskwierać osobom bardziej „światowym”. Znajomi z zagranicy sugerowali wymianę kontaktów komunikatorowych, ale nigdy nie słyszeli o czymś takim, jak Gadu-Gadu. Cały świat korzystał bowiem z ICQ albo… z MSN. GG na tyle rozpieściło polskich użytkowników, że o popularyzacji jego międzynarodowych kolegów nie było mowy. ICQ nie było dostępne po polsku, a do komunikatora MSN Messenger Polacy podchodzili z niechęcią, wywołaną nierzadko lękiem przed używaniem komunikatora Microsoftu na kradzionym Windows XP. Na naszym lokalnym podwórku GG był bezkonkurencyjny i w tamtych czasach nic nie mogło mu zaszkodzić. Wtedy właśnie twórcy Gadu-Gadu popadli w coś, co Grecy nazywali hybris.

GG7 is the New Coke

W roku 2006, a więc jeszcze przed wkroczeniem na polskie komputery głównych morderców GG, firma SMS Express, przemianowana na Gadu-Gadu sp. z o.o., wydała niesławną wersję 7 swojego komunikatora, prawdziwy New Coke wśród komunikatorów. Pozornie był to krok w dobrą stronę, dowód na dynamiczny rozwój programu i ciągłe wzbogacanie go o nowe funkcje. W praktyce jednak całkiem spora grupa użytkowników zdecydowała się nie aktualizować programu i pozostać przy wersji 6.1, przez lata uznawaną później za „tę normalną”. Nie stało się to bez powodu. Już sam rozmiar instalatora sugerował, że program mocno przytył. Z dawnych 500KB urósł do 4.5MB! Wraz ze wzrostem rozmiaru wzrosły wymagania sprzętowe. Problem „za słabego komputera” w odniesieniu do komunikatora internetowego był zupełnie obcy użytkownikom, zwłaszcza w Polsce. Przycinanie programu podczas wymiany reklamy oraz inne symptomy „ciężkości” natychmiast dyskwalifikowały go u wielu internautów. Wtedy bowiem przez „komputer do internetu” rozumiało się maszynę o przeciętnych możliwościach. Sieć WWW nie była jeszcze zainfekowana superciężkimi skryptami JS, a komunikator Skype, prawdziwy złodziej zasobów systemowych, był jeszcze mało znany w Polsce. Nic więc nie przyzwyczaiło nas do sytuacji, w której komputer może być za słaby dla komunikatora internetowego. Tymczasem GG7 dostarczało w paczce nie tylko ociężały komunikator, ale i gradientowe okna z przezroczystością, wyraźnie większą liczbę reklam (nawet w oknie startowym!), rozmowy głosowe oraz Radio.

Właściciel GG usiłował dokonać ekspansji na inne obszary internetu, oferując radio, portal plotkarski, rozmowy wideo i kilka innych nowości, ale powszechna świadomość użytkowników nie chciała się zmienić, a w niej GG funkcjonowało jako prosty, pomarańczowy program do wysyłania krótkich wiadomości, wydający zabawne dźwięki. Zdecydowanie nie był radiem ani drugim MySpacem. Od rozmów głosowych był telefon oraz, powoli coraz popularniejszy, Skype. Gadu-Gadu zamknęło się w swojej formule i nie mogło z niej uciec. Fakt, trudno wypromować nowe funkcje do programu, który niemal memetycznie został wpisany w życie codzienne jako komunikator tekstowy. Nie pomagała grupa docelowa, która mimo korzystania z komputera, wcale nie jest biegła technologicznie. Ale na pewno nie pomógł ociężały interfejs i problemy ze sprawnością. Siódma wersja komunikatora została po prostu uznana za niepotrzebną. Wszystko przecież działało na poprzedniej. GG7 stało się IM-ową Vistą.

Globalizacja IMów

Formuła narodowego komunikatora zaczęła się wyczerpywać. Ludzie chcieli rozmawiać ze znajomymi z innych części świata, coraz częściej chcieli ich też widzieć. A tymczasem GG usunęło obsługę wideo z powodów licencyjnych… Wzrost popularności programu Skype, metodą kuli śnieżnej, ostatecznie przypieczętował los GG jako komunikatora wideo: owa formuła nigdy się nie przyjęła i nie ma już drogi, by to naprawić. Rzeczywistość zaczęła również kwestionować dotychczasową niezbędność GG. Rozpanoszył się bowiem Facebook. Internauci byli otoczeni coraz większą liczbą urządzeń z dostępem do internetu. Na wielu z nich GG nie było (lub nie działał), a Facebook działał „wszędzie”. Wkrótce potem zaatakowały nas smartfony i Facebook Messenger, o wygodzie równej SMSom. Wtedy też okazało się, że ludziom wcale nie przeszkadzają numerki i pojawił się również WhatsApp oraz inne zbędne okropieństwa. GG nie przespało mobilnej rewolucji, ale nie wypromowało jej dostatecznie. Wersja mobilna GG istniała od dawna i była dołączana do komórek przez operatorów. Ale wtedy były to telefony z Symbianem lub S40 i często nie miały Wi-Fi. Zresztą zasięg Wi-Fi i tak nie był wszechobecny „ od zawsze”. Gdy pojawiły się dotykowe smartfony, wygrał na nich Facebook.

Twórcy Gadu-Gadu potrzebowali dużo czasu, by naprawić serię porażek wersji 7. Dopiero po trzech latach wydano wersję 8.0, nazwaną „Nowe Gadu-Gadu”. Była to ukryta forma przyznania się do tego, że seria 7 była błędem. Od tego czasu Gadu-Gadu, przemianowane na GG, jest rozwijane zaskakująco poprawnie. Istnieją wersje mobilne, program jest wyraźnie żwawszy, oferuje wszystkie funkcje, jakich oczekiwalibyśmy od komunikatora. Kod jest znacznie łatwiejszy w utrzymaniu, wykorzystuje QT, WebKit i XML. Podobnie, jak w ICQ rozwiązano zmorę logowania numerkiem i możliwe jest użycie loginu i e-maila. Wątpię jednak, że ktokolwiek o tym wie. Zabawna jest kwestia reklam. Najnowsza wersja, 12.4, w dalszym ciągu wyświetla reklamy i wykorzystuje do tego komponent Flash. Naczelny argument przeciwko GG w groteskowy sposób stracił na aktualności. Obecnie bowiem Skype również wyświetla reklamy, a Hangouts oraz przede wszystkim Facebook, same w sobie są jedną wielką platformą reklamową.

Podsumowanie

Klęska wersji 7.0 do 7.7 jest niezaprzeczalna, ale trudno ocenić jej rolę w marginalizacji GG. Niewątpliwie czynnikiem o wiele większej sile była globalizacja rynku komunikatorów internetowych, ale gdyby udało się w latach 2006-2009 poprawnie wypromować nowe możliwości rodzimego Gadu-Gadu, może byłby on bardziej odporny na konkurencję? Czy GG było gorsze od innych? Czy może okazało się niepotrzebne, bo konkurencja weszła tylnymi drzwiami? Kilka dużych portali tematycznych rzucało sugestiami dotyczącymi powodów spadku popularności. Poza Facebookiem, który jest jedynie częścią równania, przytacza się kiepskiego klienta oraz zignorowanie telefonów. Sęk w tym, że obie te hipotezy są fałszywe (pamiętam zresztą GG na swojej Nokii 6300). Najrzadziej przytaczaną kwestią jest brak zapotrzebowania na narodowy komunikator. Bowiem globalizacja to nie tylko Facebook.

Pomarzyć można

Tutaj wreszcie mogę dotrzeć do wniosków, o których wspominałem na początku :) Otóż – czy komunikator narodowy to taka zła rzecz? Z jednej strony zamykamy się na ściśle określone, mniejsze grono odbiorców, co jest szczególnie problematyczne, gdy jesteśmy uzależnieni od zysków z reklam. Można jednak na ową kwestię spojrzeć zupełnie inaczej. Podczas, gdy coraz częściej mówi się o dostępie do Internetu jako o prawie człowieka, na równi na przykład z prywatnością, nie łączy się tych praw na wspólnej płaszczyźnie. Międzynarodowe komunikatory, jak Viber, Facebook, Hangouts czy scentralizowany Skype, są międzynarodowe w ramach oferowanej usługi, ale technicznie rzecz ujmując, działają w Stanach Zjednoczonych i „ze” Stanów Zjednoczonych. Operują więc w granicach osobliwie interpretowanego prawa do prywatności, więc ich operatorzy są zobligowani do przepuszczenia ruchu sieciowego przez mechanizmy przeszukujące NSA (ten dokument leży na OneDrive, więc ponownie pozdrawiam! Trump 2016!). Tymczasem narodowy komunikator jest nieco bardziej wolny od takich obostrzeń („nieco”, bo infiltracja przez amerykański wywiad elektroniczny jest potwierdzona w wyciekłych dokumentach, ale kiedy to w Polsce znaleziono ostatnio jakiegoś szpiega…?). Zatem narodowy komunikator dla urzędów państwowych, z wbudowanym szyfrowaniem, brzmi jak całkiem rozsądny pomysł. A może polski produkt dla polskich firm – szyfrowany komunikator dla przedsiębiorstw, z obsługą VPN. Lek na szpiegostwo przemysłowe! Szereg dedykowanych rozwiązań, jak Microsoft Office Lync, Skype for Business i XMPP bardzo często jest ignorowany w firmach, ze względu na koszty lub trudność konfiguracji, przez co pracownicy piszą do siebie przez czat Facebooka. To brzmi jak luka rynkowa. Jasne, że istnieją konkurencyjne rozwiązania, a ten problem został już rozwiązany i w kilku miejscach skutecznie wdrożony. Ale konkurencja używa żarówek, a my mamy prawdziwe, zdrowe słońce! A skoro już fantazjujemy, to pomyślmy dalej – konto użytkownika w narodowym szyfrowanym end-to-end komunikatorze, dla każdego obywatela (byleby jako loginów nie używać numerów PESEL! :D ), niezależnie od infrastruktury światowej. Nie słyszałem o takim rozwiązaniu (może za słabo słucham?), ale nie zaszkodzi być w czymś pierwszym. A nuż stalibyśmy się wzorem do naśladowania.

Być może twórcom GG zabrakło inwencji do szukania rozwiązań w biznesie i (czemu nie) instytucjach publicznych? Podejrzewam jednak, że świadomość techniczna miłościwie nam panujących jest na tyle mikra, że nie pozwala zrozumieć ani wad obecnego rozwiązania (czytaj: braku jakiegokolwiek) ani potencjalnych zalet innego. Cierpliwości. Może za 300-400 lat będzie lepiej :)

Wczoraj usunąłem z listy kontaktów Infobota i Lecha Wałęsę.

Cheers!
 

oprogramowanie internet

Komentarze