Pożegnaj sieci społecznościowe – oto nadchodzi Mastodon.social

W czasach absolutnej wszechobecności i zależności od Internetu, paradoksalnie coraz trudniej jest obecnie znaleźć osobę, z którą da się przeprowadzić merytoryczną dyskusję na temat samej jego istoty. Jeszcze kilka lat temu (czyli pewnie ponad dekadę, bo przecież życie przecieka mi przez palce i nie potrafię szacować upływu czasu) nie miałbym problemu z uzyskaniem odpowiedzi na pytanie „co jest fundamentalnym założeniem funkcjonalnym internetu?”. Jasnym jest bowiem, że mowa tu o decentralizacji: sieć działa nawet, gdy duża jej część ma awarię. Wynika to z mrocznych początków internetu, wszak był to projekt wojskowy, stąd też założenie, że sieć ma być odporna na awarie, bo ową „awarią” może być na przykład wojna nuklearna, zamieniająca serwery w poskręcaną kupę żelastwa, której nie pomoże nawet restart.

Swego czasu, wszystkie protokoły w internecie budowano z zachowaniem wyżej wymienionych pryncypiów. Było to naturalne dla twórców nowych usług, jako, że wynikało z intuicyjnie rozumianej estetyki technicznej. Najlepiej znanym przykładem projektu zgodnego z założeniami jest DNS. Serwery DNS dokonują propagacji i ciągłej, wzajemnej synchronizacji. Dzięki temu, gdy nasz serwer nazw przestanie działać, jego rolę przejmą alternatywy. A jeżeli serwer, z którego korzystamy nie spełnia naszych oczekiwań, bo np. działa zbyt powoli, zawsze możemy wybrać inny. Nigdy nie znajdziemy się w sytuacji, w której wyłączenie serwera nazw doprowadzi do paraliżu. To wspaniały i niezwykle wartościowy efekt kuli śniegowej: raz uruchomionej usługi nie da się „zamknąć” ani wyłączyć. Reszta sieci, mimo utrudnień, zawsze będzie dążyć do utrzymywania wspólnego, jednolitego stanu.

Istnieją jednak lepsze przykłady od DNS, nienależące do samego szkieletu technicznego, a dostarczające rzeczywistą funkcjonalność. Weźmy na przykład IRC. Dalej popularny protokół czatu, zaczynając od jednego serwera, w ciągu roku rozrósł się do światowej sieci czterdziestu węzłów. Co prawda połączenie się z serwerem IRC będącym na elektronicznych peryferiach prowadziło czasem do niedostępności niektórych kanałów i/lub gigantycznych opóźnień, ale w akceptowalnym procencie pozwalało na uczestnictwo w rozproszonej sieci o wspólnym stanie i niskim narzucie. To doskonała metoda walki z cyfrowym wykluczeniem: jeżeli lokalne środowisko nie ma zasobów lub potencjału na utworzenie społeczności, możliwe jest dołączenie do już istniejącej sieci, a tym samym do cyfrowej społeczności, dla której nie ma znaczenia lokacja geograficzna.

Przy takiej architekturze usługi w dalszym ciągu jest możliwe uruchamianie własnych, niezależnych serwerów IRC, a nawet tworzenie wieloserwerowych sieci niebiorących udziału w Tej Głównej Wielkiej Sieci (EFNet jest zresztą obecnie cieniem tego, czym był w przeszłości). W ten sposób operują np. polski PIRC, programistyczny FreeNode i wiele innych sieci lokalnych. Wystarczy spojrzeć na okno wstępnej konfiguracji HexChat, by przekonać, jaką elastyczność gwarantuje opisywana architektura. Poza IRC jest kilka innych przykładów usług operujących w ten sposób, ale chciałbym je pozostawić na inną okazję. Mam zresztą na ich temat co nieco do powiedzenia. Muszę tylko nabrać nieco odwagi.

WWW

Powstały jednak usługi, które funkcjonują zupełnie w poprzek owego modelu, na pierwszy rzut oka wpisując się w architekturę Internetu bez większych problemów. Mam tu na myśli oczywiście World Wide Web, konstruujące swoją sieć zależności w dramatycznie odmienny od usług internetowych sposób. Sieć WWW nie opiera się już na utrzymywaniu wspólnego stanu. Zależności między dokumentami są wyrażane w formie hiperłączy opartych o uniwersalne URL, ale nie należy się nabierać na decentralizację: to, że URL działa z dowolnego miejsca w sieci to nie zasługa WWW, a tego, co jest pod spodem. WWW działa z kompletnie różny sposób: każdy dostawca dokumentów WWW jest odpowiedzialny za dostępność swoich materiałów. Nie ulegają one magicznej replikacji w sieci. Oznacza to, że gdy serwer „zdechnie”, wraz z nim zniknie dokument przez ów serwer dostarczany. Istnieje więcej niedogodności: niemożliwe jest stworzenie katalogu. W przeciwieństwie do „klasycznych” usług internetowych, nie da się wywołać zbioru dostępnych materiałów, nie da się również zajrzeć do archiwum. Są to nierozwiązywalne z definicji ograniczenia sieci WWW, które obecnie przezwycięża się jedyną dostępną drogą, a więc „na siłę”. O ile kiedyś istniały wyszukiwarki internetowe, do których chętne strony rejestrowały się, jak do książki telefonicznej, obecnie katalog sieci Web jest tworzony dynamicznie przez gigantycznego „pajączka” crawlerów, przemierzających sieć celem indeksowania opublikowanych dokumentów. Archiwum jest tworzone, bardzo wybiórczo, przez boty należące do projektu Wayback Machine, a wszech-katalog utrzymują boty należące do korporacji Google.

Właśnie, Google. Istnienie wyszukiwarki Google to apogeum postawienia internetu na głowie. Rozwiązano problem nieprawidłowej decentralizacji poprzez dokonanie ponownej centralizacji – ale już na zasadach jednej firmy. Obecnie nie jest możliwe stworzenie własnej wyszukiwarki, którą następnie podepnie się do bazy Google i Yahoo celem synchronizacji. Skończyłoby się to pozwem i bardzo prędkim ukróceniem takich praktyk. Poza wykorzystaniem skrzętnie pilnowanego podzbioru publicznego API, „podkradanie” funkcjonalności Google jest zakazane. Obecnie działają tak wszystkie większe strony internetowe. Google i Bing nie wymieniają ze sobą danych: są zażartą konkurencją, oddzieloną od siebie cyfrowymi zasiekami. Wybór jednego z rozwiązań kończy się niemal zamknięciem w rezerwacie, w którym okazjonalne korzystanie z usług konkurencji staje się zaskakująco bolesne. Owe rezerwaty oddalają się od siebie coraz dalej: Google ubił bramę do swojego Hangouta dla usługi Jabber (rozproszonego, jak IRC, komunikatora internetowego). To samo zrobił Facebook dla swojego Messengera, a Microsoft w ogóle wyrzucił swój komunikator do kosza i kupił firmę Skype. Zatem co z tego, że internet dalej będzie działać, jeżeli zatopimy któryś z kontynentów, gdy przy okazji przestanie działać Google i Facebook?

Skupienie władzy nad Internetem w rękach korporacji to scenariusz denerwująco nieunikniony. Sieć nie mogła być nieskończenie skalowalna, jeżeli nie mogła na siebie zarabiać. W przeciwnym wypadku nigdy nie udałoby się internetowi wydostać ze środowiska akademickiego. Forsowanie rozproszonej topologii, w ramach walki z monopolem i centralizacją władzy byłoby możliwe w ramach państwowej legislacji, ale skoro obecnie władza (nie tylko na terenie Układu Warszawskiego, ale i tam, gdzie jest cywilizacja) jest niewyobrażalnie i zatrważająco niekompetentna w elementarnych kwestiach związanych z digitalizacją, strach pomyśleć, jak było 30 lat temu. Teraz jest oczywiście na to wszystko o wiele za późno.

Przestań grać w komputer!

Nie chodzi tylko o biznes. Obecna młodzież została wychowana przez Facebooka (który dla obecnych dzieci jest starodawnym obciachem). Mając monopol na informację, Facebook stał się istotnym czynnikiem kształtującym relacje społeczne. Gdy Facebook dostaje czkawki, świat zamiera. Kontakt z ludźmi staje się masowo niemożliwy, a strumień opiniotwórczych informacji zostaje wstrzymany. Dla niektórych, głównie tych głośno krzyczących „a ja nie mam fejsa!” (a także „jestem wege”, „studiuję prawo” i „tylko Linux”), jest to dowód na upadek cywilizacji, apokalipsę i globalne uzależnienie od internetu. Spieszę z dowodem, że to nieprawda. Zmienił się wyłącznie nośnik. O ile obecną młodzież wychowuje Facebook, mój rocznik został wychowany przez telewizję. W całości. „Gdzie są rodzice?” No jak to gdzie? W pracy są. „Co ze szkołą?” Nie rozumiem – do dwunastego roku życia, więcej niż szkoła uczyły mnie reklamy w telewizji. Potem było trochę trudniej, ale głównie była to przechowalnia. Podobnie, jak 20 lat temu niemożliwe było wyłączenie telewizji, dziś niemożliwe jest wyłączenie Facebooka.

Problem dostrzegam zatem w innym miejscu. Jestem w pełni świadom, że u większości nie uda się wygonić z życia sieci społecznościowych. Podobnie, jak kiedyś nie dało się z niego wygonić telewizji. Bez niej po prostu była pustka: można było najwyżej wyjść na dwór i biegać za piłką do 21:00 jak bezpański pies. Dziś bez sieci społecznościowych ludzie byliby pozbawieni środków, na których oparli swoją interakcję społeczną. Nie można tu „po prostu wyłączyć monitora i iść się spotkać” ze znajomą z Indonezji ani „nie wrzucać tych swoich durnych zdjęć, tylko zrobić jakąś wystawę”, na którą nikt przecież nie przyjdzie. Zwyczajnie nie stać nas tu na reformę.

Należy się zająć inną kwestią– narzędzia komunikacji należą do podmiotów, nad którymi nie mamy najmniejszej kontroli. Sieci społecznościowe, których nieodzowność została udowodniona przez fakty, powinny podlegać polityce społecznej. Dbającej o to, by nie były wyłącznie domeną gigantycznych korporacji, realizujących przede wszystkim swoje interesy. Innymi słowy, należy powrócić do klasycznych założeń projektowych internetu i skorzystać z nich, by tworzyć zdecentralizowaną sieć społecznościową. Taką z możliwością dołączania własnych serwerów, wzajemnie synchronizujących się w celu zachowania wspólnego stanu. Realizując politykę społeczną, oraz w myśl metodyki„technical means to a social end”, taka sieć powinna być oczywiście oparta o Wolne Oprogramowanie.

Welcome to the fediverse!

Dlaczego nic takiego nie powstało? Ależ coś takiego istnieje już od lat – nazywa się GNU Social (swoją drogą niedawno sam to wykopałem i strasznie mi się spodobało). Dlaczego zatem jest niepopularne? Och, to bardzo proste pytanie. Zatem: dlaczego w latach 90tych nie można było „po prostu wyłączyć TV i zająć się czymś innym”? Bo bez tego nie miało się wspólnego języka z rówieśnikami. A jak z kimś nie ma czym rozmawiać, to jest dziwny i niemodny. Należy bowiem koniecznie pamiętać o dwóch, tak naprawdę całkiem oczywistych, kwestiach: po pierwsze, większość ludzi nie ma żadnych zainteresowań; po drugie – nie ma nic gorszego od bycia niemodnym. Wie to każdy nastolatek: żadne nieszczęście, kataklizm, fizyczna krzywda i wycieńczająca niedola nie są w stanie przebić owego faktu swą istotnością. Dlatego, aby alternatywna sieć społecznościowa nie przyciągała jedynie „dziwadeł” i nudnych nieudaczników, fantazjujących każdego dnia o rozstrzelaniu swoich tzw. kolegów ze szkoły (guilty!), należy ją posypać czarodziejskim pudrem hipsterstwa. I chyba właśnie się udało.

Przestawiam mastodon.social, zdecentralizowaną sieć społecznościową, będącą w rękach społeczności. Piszę o niej, zanim świat o niej zapomni, ale coraz więcej wskazuje na to, że może tak prędko nie nastąpić. Wszak temat podniosły już Wired, The Verge i Mashable. Mastodon staje się w coraz szerszych kręgach najnowszym krzykiem mody, a korporacyjna konkurencja, jak Twitter, swą nieudolną polityką wydaje się jedynie mu pomagać. Mastodon jest rozwijany przez społeczność, administrowany przez takową, ale również przez nią moderowany. To będzie naprawdę ciekawa sprawa. Sieć staje się coraz popularniejsza wśród bogatej, zachodniej, liberalnej młodzieży, co może prędko doprowadzić do wojen zaimkowych i przezabawnie nadużywanej cenzury. Może, ale nie musi. Od kilku dni, podczas których przyglądam się sieci Mastodon, jest zaskakująco spokojnie. Z drugiej strony, pamiętajmy, że Fidonet, IRCNet i Usenet przeżywały, zaskakująco pełne dramatyzmu, rozłamy, schizmy i reformacje, które nie zawsze kończyły się dobrze dla społeczności. Nie uchroniła przed nimi decentralizacja, wbudowana wszak w projekt od podstaw. A Mastodon jest zbyt kruchy, by pozwolić sobie na rozłamy. W przeciwnym wypadku skończy jako kolejne „cute, nice try”, w stylu większości Linuksów.

Zdecydowanie jednak zachęcam i zapraszam. Można mnie znaleźć tutaj. Główny serwer obecnie nie przyjmuje nowych rejestracji, ale można wybrać dowolną inną instancję. To znaczy, że gdy założymy konto na mastodon.cloud, w dalszym ciągu będziemy mieli dostęp do użytkowników z serwera unixorn.xyz, ponieważ należy on do sieci Mastodon. Coś takiego jest niemożliwe nigdzie indziej. Wszak portale stanowią dla siebie konkurencję. Ze względu na mniejszą społeczność, główny feed (Federated Timeline) zawiera wszystkie aktualności, a nie tylko informacje od osób, które śledzimy. Tak jest – Mastodon wykazuje największe podobieństwo do Twittera. Nie jest kombajnem do wszystkiego. Nie wrzucimy tu albumu 200 zdjęć ani wpisu blogowego (wiecie, że na Facebooku da się prowadzić bloga!? Dlaczego oni tego nie reklamują! Byliby naprawdę uniwersalnym portalem!). Nie ma też komunikatora, acz jeżeli chcemy stosować rozproszone rozwiązania w stylu Mastodon, należałoby założyć sobie konto Jabbera w jakiejś lans-domenie, np. dobreprogramy.im. Jabberem kiedyś dało się pisać ludźmi z Google Hangouts. I z Facebooka. Oczywiście, już się nie da. Because download our app today!

Mastodon umożliwia nawet uruchomienie dwuskładnikowego uwierzytelniania przez QR do Google Authenticatora. Oczywiście, nie podaje się tu numeru telefonu, bo sieć Mastodon nie ma własnych central SMS, opłacanych z zysków z reklam. Ale przy tej okazji przyłapałem się na myśli „czy na pewno chciałbym wpisać tam swój numer telefonu?”. Jasne, byłby niewidoczny, ale niezwykle zabawnym jest założenie, że Facebook i Google są mniej groźne z moim numerem telefonu, niż jakiś garażowy projekt w domenie „.xyz”. Bo przecież pozwy, GIODO i kwestie wizerunkowe…

Nie wiem, czy to powiew świeżości, czy rzeczywista ulga od obecnych interfejsów Facebooka i Twittera. Niemniej, podobają mi się założenia techniczne składające się na sieć Mastodon i mam, zapewne nieco naiwną, nadzieję, że projekt będzie się rozwijał i zdobywał coraz więcej użytkowników. Ma bowiem potencjał społeczny i etyczny, a wiele osób w branży cierpi na chroniczne problemy z myśleniem w owych kategoriach.

Update #1:

Mastodon okazuje się zaskakująco prędko zdobywać użytkowników we francuskim internecie. Są już na nim Le Monde i TV5, oraz kilka ich fejkowych aliasów :)