Przewodnik Hipstera — ironicznym okiem na elektronikę

Od lat nie kupujemy elektroniki, żeby rozwiązać jakiś doraźny problem techniczny. Pięcio-, ośmio-, a czasem nawet dziesięcioletnie pecety okazują się zupełnie wystarczające do codziennych zastosowań, a odkąd smartfony przestały makabrycznie zwalniać po kilku miesiącach, nie musimy nawet wymieniać telefonów. Informacje o krytycznych lukach bezpieczeństwa, wynikających z niedopatrzeń projektowych samego sprzętu, również nie przemawiają do ludzi na tyle, żeby zmotywować ich do wymiany urządzeń. Wspomniane zagadnienie ma po prostu za wiele sylab, nie ma szans na awansowanie do rangi „wiedzy powszechnej”. Jest tak mniej więcej z tego samego powodu, dla którego ludzie w zasadzie nie potrzebują komputerów. 

Czasem jednak je kupują. O ile laptopy (jeszcze) kupuje się, bo robią za maszyny do pisania, to nowe telefony to w zasadzie biżuteria. Musimy się z tym pogodzić jako branża, wszak nie jest to aż tak zła wiadomość. Mnóstwo ludzi nie potrzebuje elektroniki, ja prawdopodobnie też. Gdy hobbyści kupują kolejne komputery z powodu swojego hobby, niechże tak zwany „przeciętny odbiorca” będzie mógł kupić coś z powodu mody.

Trudna do zaspokojenia potrzeba przynależności, identyfikacji, a także moda i nieśmiertelna nuda – to wszystko sprawia, że elektronika pełni rolę narzędzia autoekspresji. Jestem w stanie to zrozumieć. Tak długo, jak nie chodzi o desperacką próbę pokazania światu „patrzcie, dorobiłem się iPhone’a”. Dlatego na przykład strasznie podoba mi się nadchodząca Nokia 8110 (3310 była wszak głębokim rozczarowaniem). Ale jak powiada Mick Jagger – „everything worth doing is also worth overdoing”. Dlatego zabawmy się w jeszcze większą hipsteriadę. Wymaga to przekroczenia wyższych poziomów hipsterstwa. Pierwszym jest oczywiście iPhone + MacBook. Drugi to Windows Phone + Surface RT. Dopiero trzeci poziom pozwala na obcowanie z zestawem absurdalnych, zapomnianych urządzeń, których użycie wymaga niezłego żonglowania wyrzeczeniami i wymówkami. Właśnie tam zmierzamy.

Zacznijmy od mikrolaptopa Toshiba Libretto 50ct. Doprawdy urocze urządzenie. Ma niewątpliwy potencjał memetyczny, a przede wszystkim jest szalenie fotogeniczne. Zatrzymajmy się przy nim na chwilę. To prawdziwy antyk! Wyprodukowany w 1997 laptop (netbook?) z bezwiatrakowym Pentium 75 MHz, wyposażony w całe 16MB pamięci i… talerzowy dysk, na szczęście łatwo wymienny na kartę CF, co czyni z kompletu urządzenie całkowicie bezgłośne. Działa pod kontrolą Windows 95.

Ma rozmiary mniej więcej kasety wideo. Przyciski na górze klapy to lewy i prawy przycisk myszy, a ten duży punkt obok ekranu to joystick-trackpoint. Sterowanie kursorem wymaga chwili przyzwyczajenia, ale jest zaskakująco skuteczne. Laptop jest zaopatrzony w stację dokującą, dość skromną, ale za to wkręcaną! Łączność bezprzewodowa jest oferowana przez port podczerwieni. Gwarantuje to całkowite bezpieczeństwo. Nie trzeba pilnować wyłączania Wi-Fi ani Bluetooth.

Powyższe urządzenie niemal idealnie wpisuje się w estetykę „hipsterskiego” komputera. To powinno zapalić czerwoną lampkę. Wszak gdy coś jest typowe, przegrywamy pojedynek na wyjątkowość, który toczy się przecież w życiu nieprzerwanie od momentu przejścia z „chcę być jak wszyscy inni” do „chcę się czymś wyróżniać”. Trend pchania się w analog, stare komputery, kasety magnetofonowe i VHS został już zidentyfikowany jako szkodliwa tendencja i powierzchowne obcowanie z estetyką. Zdecydowanie nie jest on nostalgią, bowiem aby móc coś rozpamiętywać nostalgicznie, należy mieć z tym choć raz rzeczywisty kontakt. Dzisiejszy rocznik 1999 zazwyczaj ma nędzną możliwość pamiętać słuchania muzyki na boomboksach karmionych kasetami CC. Jeżeli więc nie jest to nostalgia, musi to być moda. Można ją bronić wyłącznie wzornictwem, bo na pewno nie ergonomią. 

Oczywiście, hipsterstwo implikuje sporą dozę „ironicznego” obcowania z rzeczywistością, przez co siermiężne elektroniczne starocie mają być wykorzystywane właśnie z powodów ironicznych. Problemem jest jednak niezaprzeczalny fakt, że łatwo tu o śmieszność. Praca na głośnym, powolnym komputerze z epileptycznym kineskopem i tą przeklętą myszką kulkową jest na dzisiejsze standardy torturą tak silną, że żadne wyrażanie ironii nie jest w stanie tego obronić. Konieczne są zatem inne wymówki.

W przypadku Libretto jest o nią bardzo łatwo. Wystarczy obwieścić, że celem obrony kreatywności, stosujemy narzędzia pomagające walczyć z przeładowaniem bodźcami. Nie da się sprawdzić Facebooka na Libretto podczas podróży autobusem, bo jedyną łącznością jest IR, a samo urządzenie dostąpiłoby zawału przy takiej ilości JavaScriptu na centymetr kwadratowy pamięci. Dlatego pełni ono rolę maszyny do pisania, celem maksymalnego skupienia na pracy twórczej. Oczywiście, pęd do ironii powinien wymuszać stosowanie prawdziwej, fizycznej maszyny do pisania, ale podobnie, jak z myszami kulkowymi i kineskopami, maszyny do pisania do ciężka, głośna, męcząca i awaryjna tortura. Elektroniczna maszyna do pisania nadaje się o wiele lepiej, zwłaszcza że akumulator (trzy szeregowo złączone ogniwa AA) potrafi trzymać nawet dwie i pół godziny. Aby najlepiej zadbać o wycinanie zbędnych bodźców, wskazane jest korzystanie z Edytora Tekstów TAG. Na następnie, rzecz jasna, kopiowanie stworzonych materiałów przez podczerwień, kabel RS-232 lub Telnet. 

Kłania się tu kolejna wymówka – bezpieczeństwo. Ponieważ megakorporacje, rząd światowy i reptilianie prześcigają się w sztuce inwigilacji i zdobywania wiedzy o naszej duszy, wysoce wskazane jest przebywanie „off the grid”: łączenie się tylko w pożądanych momentach i w ściśle dobranych miejscach. Szesnastobitowa karta PCMCIA z modemem i kontrolerem Ethernet jest właściwym wyposażeniem dla takiego podejścia. 

Ale dlaczego nie zaszaleć nieco bardziej i kontrkulturową niechęć do inwigilacji posypać cyberpunkowym lukrem? Modem komutowany nadaje się do tego fantastycznie: to obecnie najskuteczniejsza i zarazem najbardziej chora metoda połączenia z Internetem… i otrzymania publicznego adresu IP! Karta Xircom (nie mylić z Xyrcon) jest wyposażona w modem o maksymalnej prędkości 56 kilobitów na sekundę. Pamiętam, jak 15 lat temu próbowałem osiągnąć taką prędkość przy użyciu osiedlowej sieci telefonicznej. Ponieważ telewizja kablowa nie oferowała jeszcze wtedy usługi internetowej, a Telekomunikacja Polska odmawiała podłączenia Neostrady za względu na brak infrastruktury (centrum Katowic!), byłem skazany właśnie na modem. Zresztą Neostada (słynne neoplus.adsl.tpnet.pl) kosztowała wtedy 180 złotych miesięcznie! Ten sam problem, który uniemożliwiał mi podpięcie Neostrady sprawiał, że negocjowane połączenie było dalekie od 56kbps i oferowało 33.8 kilobita. A znajomy blok obok nie mógł się nawet rozpędzić powyżej 28.8…

Ogólnopolski numer 202122 działa do tej pory, co jest z wielu powodów światowej skali ewenementem. Rozwój infrastruktury ADSL i ogólnie pojęty postęp techniczny, a wraz z nim takie wynalazki, jak kompresja programowa, pozwalają dziś osiągnąć na łączu modemowym oszałamiającą prędkość 115 kilobajtów na sekundę! Oznacza to, że Libretto potrafi połączyć się z siecią telefoniczną o takiej samej prędkości, jak maksymalna szerokość komunikacji przez jego złącze podczerwone. What a time to be alive! Ponieważ sieć WWW będzie działać morderczo powoli, wysoce wskazane jest korzystać z usług alternatywnych. Usenet nadaje się do tego aż nadto. Specyficzny klimat panujący na grupach dyskusyjnych kojarzy się niezmiennie z międzygalaktyczną kablówką z serialu „Rick and Morty”. Zresztą któż z nas nie chciałby w marcu 2018 pokłócić się z obcymi ludźmi o to, czy kiszenie i kwaszenie to to samo, jak to ma właśnie miejsce na alt.pl.kuchnia…? Outlook Express i pewna doza technicznej ostrożności pozwolą dołączyć do owych dyskusji nawet dziś. 

Moda wymaga widowni. Dlatego od czasu do czasu potrzebne jest prawdziwe urządzenie komunikacyjne. Wiemy już, że iPhone jest zbyt mainstreamowy. Ale przecież taki Windows 10 Mobile jest dalej obsługiwany i dostaje aktualizacje! Lumia 640 nie tylko doskonale działa z klawiaturami, monitorami i pakietem Office. Działa na niej również Instagram (zapraszam). A czymże byłoby życie w dzisiejszych czasach bez przejściowego, ulotnego poklasku znudzonych nieznajomych z pierwszego świata? Estetyka Lumii jest nieskończenie ciekawsza od spowszedniałej, przewidywalnej formuły iPhone’a, a pstrokato jaskrawe obudowy z taniego plastiku jeszcze podbijają efekt. Jeżeli jednak z telefonu mamy nie korzystać codziennie, potrzebna jest jakaś forma zegarka. Te bowiem stały się niepotrzebne wraz z popularyzacją komórek. Klasyczne zegarki wskazówkowe są zbyt banalne i konformistyczne, a smartwatche nie przyjęły się jako moda (szok!), należy więc wybrać zegarek elektroniczny. Wybór powinien sprowadzać się do jednej z trzech kategorii.

Pierwsza to naturalnie typ „O MÓJ BOŻE CZY TO JEST KRÓLIK/KOTEK/JEDNOROŻEC CO JEST Z TOBĄ NIE TAK CZŁOWIEKU” – idealny na oficjalne okazje, rozmowy kwalifikacyjne, ślub itp. Druga to zwykły zegarek elektroniczny, jak Casio W-59. Albo F91-W, który miałby wartość dodaną w postaci bycia najpopularniejszym zegarkiem wśród terrorystów osadzonych w Guantanamo (poważnie). Najlepiej jednak wybrać coś, co przy okazji stanowi drwinę ze smartwatcha. Casio Databank to doskonały wybór właśnie na taki scenariusz. Nie jest to co prawda ten sam model, co w „Powrocie do przyszłości”, ale za to posiada możliwość zapisania do dwudziestu pięciu notatek (8 liter + 15 cyfr) i konwerter walut, a nie tylko sam kalkulator. Potencjał serii Databank odkryło samo Casio i to już kilka lat temu, choć odstręczająco oczywista kampania reklamowa na szczęście już się skończyła. Naturalnie najlepszym wyborem byłby półlegendarny HP-01, ale znaleźć sprawny, nieporysowany model w rozsądnej cenie jest dziś naprawdę trudno. 

Jest jeszcze ostatnia rzecz, którą tracimy, rezygnując z telefonu: przenośna platforma do grania. Można ją oczywiście zastąpić Nintendo 3DSem, ale to zbyt proste. Z polityką redukcji bodźców lepiej współgra oryginalny Game Boy Color (to dziadostwo nie miało podświetlanego ekranu!), ale być może należy podejść do zagadnienia nieco inaczej? AVGN wspomina o zaletach oryginalnej konsoli Atari 2600: jej morderczo ograniczone możliwości wideo sprawiały, że o wiele bardziej wykorzystywaliśmy wyobraźnię w porównaniu z grą np. na Xbox One. Idąc tą drogą, można pokusić się o wydzielenie rzeczywistego, elementarnego źródła radości z gier. Prowadzi to do jedynego możliwego rozwiązania: Brick Game.

Tak zwane „gierki”, sprzedawane na przełomie wieków za grosze, dziś już niemal całkowicie wymarły. Tu i ówdzie pojawiają się „remake’i” Brick Game w postaci mobilnych aplikacji np. w Sklepie Play, ale obcowanie z ekranem dotykowym nijak ma się do operowania na kiepskiej, krzywo odlanej klawiaturce z taniego plastiku. Lata dziewięćdziesiąte obfitowały w szeroką gamę różnych form Brick Game. Co szczególnie interesujące, dziś w sprzedaży jest dostępny w zasadzie tylko jeden model. Różne inkarnacje dzisiejszych Brick Game różnią się od siebie wyłącznie obudową, w środku składają się z tej samej płytki z tym samym układem zalanym żywicą. Spędziłem wiele godzin przeczesując Allegro, Ebay i Aliexpress pod kątem innych wariantów, ale znajdowałem wyłącznie różnice w obudowach. Różnorodność całkowicie zaginęła, ponieważ wspomniana klasa urządzeń, wraz z rozwojem m.in. telefonów, ostatecznie przeniosła się do kategorii „kompletna taniocha”. Można naturalnie brnąć w temat jeszcze głębiej i wykopać na przykład Tamagotchi (oryginalne lub w wersji 20th anniversary, przymierzam się do wpisu o nim), które nota bene kompletnie wymiotło z Allegro, i przypiąć jako breloczek do klucz lub plecaka. To zawsze lepsze, niż otwieracz do piwa… 

Podsumowanie

Rozróżnienie mody od nostalgii wydaje się oczywiste, ale w głównym nurcie światowych trendów, powyższe pojęcia są okropnie pomieszane. W praktyce bowiem nie wszystkie technologie wyginęły, bo zastąpiono je gorszą, ale tańszą masówką. W branży elektroniki użytkowej pojedynki typu Betacam kontra VHS stanowią raczej wyjątek, niż regułę. Magnetyczne dyskietki, kasety wideo, monitory kineskopowe, kulkowe myszy wymarły bo były obiektywnie gorsze. Nie zastąpiono ich zbędnie skomplikowanym skokiem na kasę, a zwyczajnie lepszym rozwiązaniem. A robienie czarno-białych zdjęć absolutnie nie obala powyższej tezy. No ale zawsze można się pobawić. Aczkolwiek i tak nie wypełni to egzystencjalnej pustki i poczucia marności ;)