Strona używa cookies (ciasteczek). Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianach ustawień. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.    X

Zapomniane cuda: polski edytor tekstów TAG

Ponownie w przeszłość

Zanim dostałem swojego pierwszego peceta, lat temu szesnaście, polowałem na książki informatyczne. Uczyłem się z nich "analogowo" obsługi wielu programów, dzięki czemu, gdy udawało mi się dopaść jakiś komputer, wykazywałem biegłość wtedy dość rzadko spotykaną u osobników w wieku jednocyfrowym. Z chomikowania książek został mi nawyk zwracania uwagi na detale (dlatego byłem w raju, oglądając z lupą zrzuty ekranu Komputer ŚWIATa z lat 1999-2002) oraz pokaźny zasób wiedzy o oprogramowaniu dziś już dawno zapomnianym.

Jedną z wielu książek, jakie z uwagą studiowałem, było legendarne "ABC... komputera" (Dec, Konieczny). Jest to tytuł wznawiany i aktualizowany od wielu lat, acz chyba coraz wolniej (znamienne) - nie spotkałem wydania nowszego, niż 2012. Mój egzemplarz pochodził z roku 1995 i składał się z następujących rozdziałów:


  • budowa komputera PC (z adnotacją o nadchodzących wielkich rewolucjach, jak standard ATX i procesor i80586, o nazwie kodowej "Pentium")
  • System MS-DOS 6.22
  • Menedżer plików Norton Commander
  • Środowisko Windows 3.11
  • Microsoft Word 6.0 (w którym to napisano ową książkę)
  • Microsoft Excel 5.0 (z wyszczególnionymi różnicami między wersjami 4 i 5)
  • Arkusz Lotus 1-2-3 (ha!)
  • Edytor tekstów TAG

Z całkiem słusznych powodów, zaraz za spisem treści widniało ostrzeżenie "Drogi czytelniku - jeżeli od momentu wydania tej książki do chwili, w której trzymasz ją w ręce, minęło ponad 10 lat, potraktuj ją nie jako poradnik, lecz jako przewodnik po historii informatyki!". Jest to szalenie trafiona uwaga: rozdział dotyczący budowy komputera opisuje zawiłości różnych typów napędów dyskietek, naświetla różnice cenowe (i obciążenie dla oczu) między monitorami kolorowymi, szarymi i monochromatycznymi (bursztynowe i zielone ^^). Rozdzielczość 1024x768 została nazwana wystarczająco dużą, by konkurować z detalizmem ludzkiego oka, rozpływano się też nad zaletami drukarek igłowych, nęcono trójprzyciskowymi myszami (bez rolki). Opisywane oprogramowanie obecnie wygląda zupełnie inaczej (Windows, Word, Excel) lub w ogóle wymarło: MS-DOS pożegnał się z mainstreamem już dawno (i o wiele za późno), Norton Commander i Lotus 1-2-3 nie są już nikomu potrzebne... ale co to jest ten TAG?

r   e   k   l   a   m   a

Edytor tekstów made in Poland

Nigdy tego programu wcześniej nie widziałem, nikt wokół mnie go nie używał ani nawet nie miał, nie pisała o nim prasa komputerowa, w sklepach komputerowych również go nie było. Program-widmo. Było mi przykro, że nie udało mi się go nigdzie znaleźć, wskutek selektywnej amnezji rzesz ludzi, a powód był niezwykle poważny. Otóż bardzo spodobało mi się logo - jest fantastyczne! I z tym naprawdę ciężko się kłócić, proszę zobaczyć ;)

Oprawa graficzna zdecydowanie była moją najsilniejszą motywacją, ale program TAG był znacznie ciekawszy i oferował rozwiązania nieznane w innych edytorach tekstu. Zatem po kolei - czym był TAG?

TAG to edytor tekstu, stworzony w Polsce w 1988 roku. Działał w systemie MS-DOS i przez kilka lat, bez cienia przesady, z tego programu korzystała cała skomputeryzowana Polska. Został wyparty niemal w jedną noc przez program Microsoft Word 6.0, przez co uległ ekspresowemu wymarciu - mimo, że Word nie potrafił otwierać plików TAGa.

Jak wyglądała praca z TAGiem? Na początku edytor wita nas obszarem wyboru pliku do edycji, możemy też założyć nowy plik. Obsługiwane są wyłącznie pliki we własnym formacie TAGa, oczywiście binarne. Jest możliwa konwersja czystego tekstu w obie strony, za pomocą dołączonych poleceń, spoza poziomu edytora. O tym za chwilkę. Stworzenie i wybranie nowego pliku aktywuje boczny panel, opisujący rozmiar, datę utworzenia i modyfikacji pliku, ale także czas pracy nad nim oraz wersję. Kolejne edycje zwiększają numer podwersji, numer główny zmienia się gdy... zmodyfikujemy strukturę, czy też hierarchię tekstu.

Tutaj ukazuje się nam pierwsza, unikalna cecha szczególna TAGa: podział na warstwę hierarchii i warstwę edycji. Możemy pisać nasz dokument "jednym cięgiem", oczywiście, ale możemy też skorzystać z warstwy hierarchii do podzielenia naszego tekstu na rozdziały i podrozdziały. Wtedy każdy z nich będziemy mogli edytować oddzielnie, jako podzbiór dokumentu. Takie rozróżnienie formy i treści jest osobliwe - edytory WYSIWYG zazwyczaj traktują bowiem swoją formułę dość dosłownie i pozwalają na redagowanie struktury sekcjami i stylami - na ich podstawie można wygenerować spis treści i indeks.

Z kolei środowiska składu pośredniego, jak LaTeX, wykorzystują dyrektywę include do wstawiania podplików do pliku głównego. Zazwyczaj takie podpliki kryją kolejne rozdziały. Obie te metody są wymienne - zarówno Word obsługuje podpliki, jak i LaTeX - style, trudno jednak spotkać się z mieszanym rozwiązaniem, jakie oferuje nam TAG. Istniały oddzielne narzędzia do edytowania formy, znane jako "outline editors" - dziś jest to pojęcie zupełnie zapomniane, a podejście rozdziału formy i treści zostało zdominowane przez XML i pochodne mu WordProcessingML (polecam wyszukać), OOXML i ODF.

Takie skupienie na formie ma swoje zalety, o czym mogłem się boleśnie przekonać kilka lat temu, podczas pisania prac dyplomowych (inżynier i magister) - wielu moich kolegów miało elementarne problemy z tworzeniem dłuższych tekstów, podziału myśli i prowadzenia konsekwentnego wywodu w tekście naukowo-technicznym. Obecnie nikt tego najwyraźniej nie uczy, a pisać każdy może, ale nie każdy umie. Zwłaszcza, jak w życiu przeczytał 4 książki i 2 foldery reklamowe z LIDLa. Niestety jednak, powód wyszczególnienia warstwy edycji w TAGu jest nieco bardziej prozaiczny i smutny: chodziło o pamięć.

Ponownie chodzi o czasy, które dawno już minęły (całe szczęście), czyli o lata panowania systemu MS-DOS. Ten spartański system pracował w trybie rzeczywistym procesora i posiadał górną granicę obsługiwanej pamięci: 640KB. Kilobajtów, tak jest. Było to idiotyczne ograniczenie frustrujące inżynierów już wtedy, czemu próbowano zaradzić na wiele nieskutecznych i spóźnionych sposobów, takich jak LIM EMS, CEMM, Multitasking DOS, DOS5 (OS/2), czy wreszcie Windows 3.0 i OS/2 3.0 (NT). Stworzonego potworka nie był w stanie zabić nawet jego właściciel i udało mu się to dopiero w 2000 roku.

Granice technologiczne dalej jednak są zbyt podniosłym usprawiedliwieniem - w praktyce chodziło o to, że pamięć jest po prostu droga. W pierwszej połowie lat 90tych w Polsce, rozszerzanie pamięci RAM w domowym komputerze raczej nie znajdowało się na topie listy zakupów. W efekcie Polacy często pracowali na nieziemskim złomie. Optimus przybliżył ludzi do technologii, ale zrobił to niezwykle tanio. Dlatego ładowanie całego pliku do pamięci uchodziło za fanaberię, toteż pracowało się na buforach - zachęcanie do dzielenia tekstu na rozdziały wynikało z obaw, że program "zapcha się" przy większych blokach tekstu. Ale wyjdźmy już z hierarchii tekstu i spróbujmy wreszcie coś napisać! Enter.

To już zdecydowanie bardziej przypomina edytor tekstu - rozejrzyjmy się trochę. Mamy linijki do odstępów i tabulacji, justowanie, czcionki, kroje... Zatem edytor jak edytor, tak? Nie do końca, znowu musimy włączyć myślenie sprzed dwóch dekad. Zacznijmy od tego, że nie ma czegoś takiego, jak schowek. To zasługa systemu MS-DOS, gdzie tego typu buforowanie wymagałoby programu TSR. Przenoszenie tekstu między rozdziałami i w obrębie jednego segmentu jest proste: służy do tego menu F5: Blok. Z tekstem z pozostałych źródeł też będzie problem, musimy użyć kreatora wstawiania plików tekstowych. Należy tu koniecznie zwrócić uwagę na fakt, że kopiowanie i przenoszenie tekstu uchodzi za fundamentalną funkcjonalnosć, bez krótej nie wyobrażamy sobie dziś pracy. Zdecydowanie wygrywa tu zatem Word 6.0 i jego obsługa Schowka (oraz OLE).

A jak czcionki? Również słabo: mamy podział na czcionki i kroje, ale jesteśmy ograniczeni do ubogiego zestawu oferowanego przez TAGa.

Wraz z edytorem dostarczony jest edytor czcionek, ponownie niespotykana rzadkość (ktoś się kiedyś zastanawiał, jak w ogóle tworzy się czcionki?). Edytor TAGER, czyli wspomniany edytor czcionek, ukazuje kolejny poważny problem z fontami TAGa: są rastrowe. Czyli powiększanie odpada, bo zacznie robić się kanciato. Brzmi to niewątpliwie zniechęcająco, ale w istocie obsługa fontów przez TAGa jest po prostu genialna - jak na swoje czasy. Czcionki (w formacie binarnym H&E) zawierają opis dla ekranu i dla drukarki, co pozwala osiągnąć wyższą rozdzielczość wydruku. Przede wszystkim jednak, rozwiązano kolejny, zupełnie nam obecnie nieznany problem - kodowanie znaków! Dziś bowiem wszyscy używamy Unicode i ewentualnie będzie nam brakować jakichś egzotycznych znaczków. Wystarczy jednak cofnąć się o kilka lat i oto wróci do nas legendarny problem kodowania, czyli utraty polskich znaków, które zastępują tak zwane "krzaki": był to efekt błędnego kodowania znaków w systemach "wiele bajtów na jeden znak". TAG musiał się zmierzyć ze starszą wersją tego problemu, czyli ze "stronami kodowymi" z czasów jednego bajtu na jeden znak. Wyjaśnienie tutaj. Takie to bowiem nasze nieszczęście, że zanim polskie literki doczekały się standardowej strony kodowej numer 852, dzielni Polacy stworzyli własne kodowania znaków, jak np. Mazovia.

Dokumenty tworzone przy pomocy odmiennych kodowań zastępowały polskie znaki innymi symbolami, co sprawiało, że należało pilnować, jakiego kodowania używał autor. Wiele lat zajęło zniwelowanie tego problemu, ale zdecydowanie pomógł tutaj Windows. TAG wyprzedził czasy Windowsów, tworząc własne tablice konwersji ASCII-TAG. Trudny do docenienia geniusz techniczny autorów, zapomniany wraz z rozwojem rozwiązań mniej bolesnych od poprawiania DOSa. Podobnie genialnym pomysłem jest też dostarczanie własnych sterowników ekranu, aby uruchomienie TAGa było możliwe nie tylko na monitorach VGA, ale także EGA, CGA i Hercules. Tego problemu nie trzeba było rozwiązywać, gdy używało się Windowsów...

Jakie jeszcze niespodzianki kryje TAG? Poza naturalnymi w pozostałych polskojęzycznych edytorach korektą pisowni i zbiorem synonimów, TAG oferował coś jeszcze - coś nieobecnego nigdzie indziej: pomoc językową. Podręczną ściągawkę z reguł poprawnej polszczyzny, zawierającą informacje o interpunkcji, łącznikach, pisowni "razem-osobno", możliwą do wywołania w każdym momencie pisania tekstu.

Ciekawy dodatek, brakujący w Wordzie. Jest to kolejne rozwiązanie właściwe dla swoich czasów, a dziś kompletnie zbędne - internetowe zasoby Słownika PWN są na wyciągnięcie ręki, w dodatku są aktualizowane (a język wszak ewoluuje). Wbudowana w edytor ściąga nie jest obecnie żadnym szczególnym walorem, dziś od tych programów wymagamy znacznie więcej...

Renowacja staroci

Gdy po kilku latach wreszcie znalazłem w internecie instalkę TAGa (w wersji 3.12, z polskiej sceny abandonware), natychmiast rozebrałem ją na czynniki pierwsze, z planem przeniesienia jego funkcjonalności w obecne czasy. TAG był przecież doskonałym programem, korzystała z niego cała Polska! Niestety, TAG był "dobry" tylko w określonym kontekście - nie ma programów dobrych bezwzględnie. TAG rozwiązywał problemy właściwe dla swoich czasów, później jednak każdy z owych problemów stał się nieaktualny. Ponadto, wszystkie funkcje TAGa są obecnie realizowane lepiej przez każdy popularny procesor tekstu. GUI jest na dzisiejsze normy naprawdę toporne. Binarny format TAGa jest koszmarny, ale oczywisty.

W dodatku powstały odpowiednie konwertery, dołączone zresztą do samego TAGa. Mimo, że TAG był urzekającym produktem, szczególnie z mojego punktu widzenia, przez wzgląd na dzieciństwo, dziś niewiele z niego pożytku. Nie ma po co go forkować ani robić remake'ów. Do ocalenia pozostaje tylko logo... i czcionki.

Właśnie, czcionki! Wtedy przyszedł mi do głowy zaiste szatański pomysł: wydobyć czcionki z TAGa i przerobić je na format zgodny z Windows, by móc pisać dokumenty wyglądające, jak osiedlowe gazetki z 1992 roku. Byłoby to źródło wielu punktów techno-hipster-lansu. Postanowiłem zatem zanurkować w format pliku czcionki TAGa. Niestety, poniosłem klęskę - nie należę do osób, które umieją czytać pliki binarne (acz mam takich kolegów - potrafią pisać konwertery nieudokumentowanych formatów drogiego, specjalistycznego softu), nie udało mi się zrozumieć, jak TAGER tworzy i modyfikuje te pliki. Potrzebowałem innego podejścia. Postanowiłem zmusić TAGa do wydrukowania wszystkich czcionek do pliku PNG. Wtedy miałbym format, z którym da się pracować, a co dalej - wymyśliłbym później. Jednak TAG powstał w czasach sprzed drukarek USB i wirtualnych print-to-PDFów. Konieczna była emulacja portu równoległego w DOSBoksie. Pogrzebałem w konfiguracji dosbox.conf i okazało się, że porty szeregowe i owszem, ale równoległych DOSBox nie obsługuje. To było zaskoczenie - ale najpopularniejszy emulator DOSa nie ma obsługi dla drukowania. Zatem znowu do Google'a.

Nie ja jeden miałem dziwne pomysły, więc na temat braku obsługi LPT można było sporo przeczytać. Udało mi się odnaleźć fork DOSBoksa, o przebojowej nazwie teawoong/ykhwong/yootaewo. Obsługiwał on emulację portu LPT i jako wyjście można było wyprowadzić nawet prawdziwą drukarkę! Mnie interesował eksport wydruku do PNG. Tak wygląda efekt:

Teraz czas na ciąg dalszy: zmapować otrzymany plik PNG i przerobić go na plik ASCII zawierający zera i jedynki - zero dla białej kartki, jedynka dla czarnego piksela na kartce. W tym celu posłużyłem się skryptem perla swojego autorstwa oraz biblioteką GD. Tak stworzony plik ASCII wykorzystałem jako input dla programu mkwinfont autorstwa Simona Tathama - konwertuje on plik ASCII do pliku FON, czyli pliku rastrowej czcionki Windows. Z takich plików korzystają okienka DOS oraz środowisko Windows sprzed wersji 3.1. Pliki FON są obsługiwane w Windows do dziś, ale niestety program Word wymaga, by czcionka była w formacie wektorowym: OpenType lub TrueType. Zatem to dalej nie koniec mojej zabawy.

Konwersja między formatem FON i TTF jest możliwa za pomocą programu FontForge. Fenomenalną funkcją tego narzędzia jest możliwość oskryptowania go. To przydatne, zważywszy, że nie chciałem ręcznie edytować wszystkich czcionek TAGa. Szybki skrypt fontforge, wykorzystujący funkcje wektoryzacji AutoTrace() oraz zapisu do TrueType Generate($1:r + ".ttf") pozwolił automatycznie kazać mu wypluć pliki TTF, gdy nakarmi się go plikami FON. Dokonałem kilku ręcznych poprawek, przyznaję, ale w efekcie końcowym otrzymałem czcionkę, której mogę użyć w Wordzie. Praca w toku, będzie potrzebne jeszcze kilka mniejszych zmian, ale jak najbardziej możliwe jest wykorzystanie tak otrzymanych fontów:

Nazwa TAG jest zarejestrowanym znakiem towarowym, więc wygenerowane czcionki nazwałem "GutenTAG". Jeżeli ktoś jest zainteresowany - umieściłem fonta w bibliotece Open Font Library . Gdy będę miał chwilę, wrzucę pozostałych przedstawicieli rodziny :) Jeżeli zaś kogoś interesują szczegóły procesu generowania tych czcionek z TAGa, można się zapoznać ze stworzonym przeze mnie narzędziem.

We need to go deeper...

Nie wspomniałem jednak o jeszcze jednej kwestii: samych nośników instalacyjnych. Otóż przez lata spotkałem wiele wersji TAGa, z serwerów FTP i sceny abandonware: 2.02, 2.04, 2.07; plik README TAGa wspomina o wielu innych wersjach, począwszy od 2.11. Najstarszą znaną wersją (obecnie unobtainium ;) ) jest wersja 1.21 - sprzedawana w 1988 roku. Ostatnią wersją TAGa jest numerek 3.16, jak podaje Wikipedia. I długo nie wiedziałem, skąd w ogóle ten numer wersji, wszak ostatnim TAGiem, jakiego można znaleźć jest 3.12. Prób upolowania ostatniego TAGa zaniechałem kilka lat temu, aż tu niedawno w serwisie OLX ktoś zaoferował na sprzedaż właśnie ostatnią wersję 3.16 - którą natychmiast zakupiłem! Przyszła do mnie po dwóch dniach, komplet oldschoolowego pudełka, z kartą rejestracyjną, licencją, papierowym podręcznikiem i kompletem trzech dyskietek. Oto one:

Uruchamianie 16-bitowego kodu na Windows Server 2012 R2 Datacenter raczej nie wchodzi w grę, więc postanowiłem zacząć nie od prób uruchamiania, a od zrobienia obrazów IMG dysków instalacyjnych. Bez programu dd trzeba się wspomagać różnymi protezami, na przykład antycznym programem RawWriteWin - początkowo nie wykrył on nawet kontrolera FDD, ale szczęśliwie pomogło uruchomienie jako administrator. Uruchomiłem zrzucanie surowych obrazów dyskietek... i zaczęło się robić naprawdę ciekawie :)

Otóż nagle oburzył się Windows Defender (!), informując mnie jednocześnie, że na dysku nr 2 znajduje się wirus, o wdzięcznej nazwie DOS/Stoned_Spirit. Niekoniecznie przejąłem się dyskietkowym wirusem, więc postanowiłem zobaczyć, co też takiego ciekawego na tej dyskietce siedzi - zachowałem więc obraz surowy oraz jego wersję po "leczeniu" ze strony Defendera. Nie sądziłem, że dostąpię dzięki temu "nerdvany" - odkrycia były interesujące. Na swój sposób.

Przede wszystkim dość zabawna jest skuteczność Defendera w wykrywaniu wirusów MS-DOS, zwłaszcza na 64-bitowym systemie. W dodatku zagrożenie otrzymało etykietkę "Severe"... Ale co on tak naprawdę wykrył? Co to w ogóle jest "Stoned" albo "Spirit"? Wizyta w bibliotece F-Secure zdradza, że jest to dość podstępny wirus, infekujący bootloader. Dobrą wiadomością jest to, że poza tym jest w zasadzie nieszkodliwy - tylko się replikuje. Kategoria "Stoned", wskazująca na pokrewieństwo z legendarnym Michelangelo to jednak nieco mylący trop. Cechą szczególną Spirita ma być umieszczenie na dysku ciągu "SPIRIT (c) MW" - w istocie coś takiego znajdowało się na drugim dysku.

Jak poradził sobie z tym Defender? Cóż, wyciął bootloader i zastąpił domyślnym MBR dyskietki MS-DOS 5.0. Nie sądziłem, że to potrafi. Rozwiązanie to jest proste i skuteczne, ale faktem jest, że Dysk 2 na pewno nie jest już "oryginalny" - został zmodyfikowany przez Spirita. Zresztą wystarczy porównać obrazy - nagłówki Dysku 1 i Dysku 3 są identyczne (różnią się numerem seryjnym), natomiast Dysk 2 ma w nagłówku.... Ha. A tu nowa niespodzianka.

...and deeper

Zapewne mało kto w ogóle zwraca uwagę na tak niesamowicie marginalne detale - lecz mimo to przyjrzyjmy się nagłówkowi obrazu Dysku 1 i 3, czyli pierwszym 10ciu bajtom. Zawierąją one unikatowy (no, unikalny - wszak to tylko 72057594037927936 kombinacji ;) ) ciąg oraz sygnaturę "IHC". Te pierwsze 10 bajtów to identyfikator dostawcy, zazwyczaj jest to "MSDOS5.0", a więc tak, jak na dysku 2... A dlaczego na pozostałych mamy IHC? Odpowiedzią jest mechanizm znany jako "koszmar kolekcjonera". Otóz Windows 95 znakował wszystkie dyskietki (!) nadpisując ich identyfikator ciągiem "CHIcago" + Volume Tracker. Stąd ciąg bajtów + IHC. Dzięki temu, każda niezabezpieczona przed zapisem dyskietka, odczytana w Windows 95 od razu przestawała być "oryginalna" - nie zawierała już danych identycznych z tymi od dostawcy, bo system zastępował je bezużyteczną etykietką.

Co to oznacza w tym przypadku? Otóż albo TAG 3.16 został nagrany na komputerze z Windows 95, albo... mój zestaw zapakowanych dyskietek wcale nie jest oryginalny! Jeżeli prawdą jest opcja pierwsza, wnioski są jeszcze ciekawsze - oznacza to bowiem, że dyski z TAGiem fabrycznie zawierały wirusa :)

To jednak dalej nie koniec - postanowiłem sprawdzić obrazy dysków TAGa 3.12 (nigdy nie miałem oryginalnych dyskietek tej wersji) i porównać je z powyższym "znaleziskiem". Byłem dość mocno zdziwiony, gdy okazało się, że... Dyski 1 i 3 mają sygnaturę IHC. TAG 3.12 powstał pół roku przed premierą Windows 95. Dysk 2 natomiast... miał identyfikator MSDOS5.0. Brzytwa Occhama? Dysk 1 i 3 były niezabezpieczone podczas wduszania ich do komputera z Windows 95, lata po premierze, a Dysk 2 nie był. Wersja spiskowa? Dysk 2 TAGa w wersji 3.xx powstawał w firmie InfoService na innym komputerze, niż pozostałe... i komputer ten był zarażony Spiritem :) Ponieważ jednak był niegroźny, pozostało to niezauważone, podczas wszystkich wydań. A obraz wersji 3.12 został oczyszczony antywirusem, zupełnie, jak ten mój. Ta urokliwa hipoteza ma jednak pewną lukę - Spirit powstał dopiero około marca 1996. Niemniej jednak, przeprowadzone dochodzenie uznałem za całkiem interesujące. No i dalej nie wiem, jak na fabrycznym dysku mógł wylądować Spirit...

Z innych pseudociekawostek: wariantem wirusa Stoned jest Angelina. String na końcu kodu: "Greetings for ANGELINA !!!/by Garfield/Zielona Gora". To starszy kolega Spirita - listopad 1994. Za F-Secure: "In October 1995 it was found on new Seagate 5850 (850 MB) IDE hard disks." :D

Podsumowanie

Jak mawiał mój nauczyciel WF-u (nie lubiłem człowieka, bardziej, niż samego WF-u) "najważniejszy jest uśmiech dziecka"! Spełniłem zatem swoje dziecięce plany i dopadłem TAGa! Jak widać, miałem z nim trochę zabawy. Polecam zapoznać się tym produktem, to niezwykle interesujący element naszej rodzimej historii techniki. Poza niniejszym tekstem sugeruję również YouTube. Na koniec warto także dodać, że w przygotowaniu był też TAG dla Windows, ale ekspansja Worda była znacznie szybsza, niż rozwój tego projektu - swoją drogą, ciekawe, jak wyglądał... Podjęto zatem próby walki z Microsoftem, ale bez sukcesu. Zaznaczam jednak, że w porównaniu z TAGiem, Word 6.0 był po prostu lepszym produktem - nie był to efekt monopolistycznych zagrywek giganta. A panów autorów można odnaleźć na LinkedInie - niewątpliwie stworzenie najważniejszego polskiego edytora tekstów znacząco pomogło im w późniejszej karierze :)

Cheers!

Addendum

Jak zwracają uwagę szanowni komentatorzy, istniał produkt o nazwie MiniTAG - był poważnie okrojoną wersją TAGa, ale dostarczał łatwy w użyciu i prosty edytor dla MS-DOS. Bardzo mało się można dziś dowiedzieć o MiniTAG-u, źródła to głównie wspominki z Usenetu, dotyczące (najwyraźniej jedynej) wersji 1.01. Wiemy następujące rzeczy:


  • był Shareware'owy (30 dni)
  • kosztował 10 PLN
  • miał kartę rejestracyjną :)
  • istnieją co najmniej dwie binarki wersji 1.01, różnią się etykietą "SHAREWARE"
  • był rozpowszechniany z pismem "CD Magazyn" (powodzenia)

A teraz, wyłącznie tutaj, jedyny screen programu MiniTAG w całych internetach:


 

oprogramowanie hobby inne

Komentarze