Żenada na Rynku, czyli krakowski protest przeciwko cenzurze internetu

Głosem "konserwatystów", eurosceptyków i skrajnej prawicy, Komitet Aktów Prawnych umożliwił dalsze prace nad Dyrektywą dot. Praw Autorskich, w praktyce tworząc w ramach UE mechanizmy prawne pozwalające na filtrowanie i cenzurowanie treści w Internecie. Podobnie jak z amerykańskim systemem absolutnego podsłuchu, nie ma znaczenia, że owe mechanizmy powstają w dobrej wierze (hint: nie powstają), chodzi o ryzyko stworzenia puli narzędzi wpływających na przepływ informacji, niepodlegającej żadnej kontroli. A z tym jest jak z wyścigiem zbrojeń: nikt nie zmieni broni jądrowej na maczugi, bo będzie się tłumaczyć, że źli ludzie obok też mają atomówkę i trzeba ich odstraszyć. Podobnie nikt nie zrezygnuje z narzędzi do kontrolowania treści, bo... nie wiem, Rosja. Albo Chiny. 

W przeciwieństwie do protestów dot. ACTA kilka lat temu, niniejszy proces legislacyjny, nie mniej złowrogi i napędzany interesami sprzedawców treści, przechodzi w Polsce bez echa. Debata publiczna w Polsce została porwana przez porażająco nędzne tematy, poziom jej głębi i kultury zdumiewa swoim fatalnym stanem, w przyszłość nie nastraja optymistycznie. Jest to zresztą trend światowy, u nas po prostu zafundowany z obowiązkową dawką dodatkowego paździerzu. 

Jednak gdy sprawy zaczęły brnąć daleko, polski internet zaczął się organizować. Wiele twórców treści, jak blogi, komiksy, fanfiki oraz wszelakiej pozostałej twórczości, zaczęło pisać do swoich odbiorców o tym, co się święci. Powstała również strona Save Your Internet, która ma pomagać w kontakcie z politykami biorącymi udział w pracach.

Jestem, podobnie jak wielu oddanych internautów, znacznie bardziej skory do kontaktu cyfrowego. Tysiąc razy bardziej wolę napisać, niż się z kimś spotkać. A już za nic w świecie nie każcie mi dzwonić! Dlatego też nie jest to grupa "wychodząca na ulice" szczególnie często. Europosłowie, nieprzyzwyczajeni do interakcji ze swoimi wyborcami na wysoką skalę, byli zdumieni nagłą aktywizacją ludzi. To, jak dużą siłą jest tzw. silent majority, i jak bardzo zapomina się o tych, którzy nie krzyczą i nie demolują ławek wśród dymu rac, dobrze widać w reakcjach na ruch wygenerowany w ramach akcji Save Your Internet:

Stąd też poza ruchem cyfrowym - i wątłą odpowiedzią na takowy - rozpoczęto również organizowanie spotkań "na żywo". W piętnastu dużych polskich miastach odbyły się (i odbędą) protesty przeciwko newralgicznym artykułom 11 i 13, na podstawie których wysnuwane są wątpliwości dot. woli ustawodawców. Protest miał być w zamierzeniu apolityczny. Zdecydowałem się na niego wybrać.

Uczestnicząc w dotychczasowych protestach, nauczony wątłym doświadczeniem, nie postawiłem zbyt wysokich oczekiwań, ponieważ kilka poprzednich okazji głęboko mnie rozczarowało. Protesty zawsze zbierały znacznie mniej osób, niż wynikałoby to ze zdjęć, ludzie są bardzo mało skorzy do inicjatywy, a mikrofon przejmują często losowe ofermy, bo brakuje "mówców", w przeciwieństwie do narcystycznych, marnych wodzirejów. Ponadto, na protestach "w sprawie", jak sądy, Trybunał, propaganda itp. zawsze jest podejrzanie dużo flag partyjnych, tęczowych i innych. Zdecydowanie za dużo jak na inicjatywę rzekomo apolityczną. Ale jestem w stanie to zrozumieć. Nie jest ich więcej, niż uczestników, poza tym zawsze wiadomo, gdzie stanąć.

Tymczasem dziś... dziś było znacznie gorzej, niż podejrzewałem. Nie tylko było bardzo mało osób, ale i większość stanowiła siły libertariańskie i "korwinopodobne". Zebrano chyba wszystkie flagi partii "Wolność", "Kukiz" i "Kongres Nowej Prawicy" dostępne w Krakowie. Efekt był osobliwy:

Co jest szczególnie widoczne, gdy zestawi się z mikrą liczbą uczestników:

Nierzadko uliczni tancerze, fikający w szybki rytm przesterowanych boomboksów, gromadzą większą grupę widzów, niż niniejszy protest. Obok stał radiowóz Policji, ale chyba sami panowie policjanci podzielali opinię wielu, że wezwano ich jednak na wyrost.

Nie mam nic przeciwko obecności środowisk libertariańskich na proteście. Uznaję za całkowicie uzasadnione pojawienie się tam z flagą swojego ugrupowania celem podkreślenia swoich poglądów. Ale nie na taką skalę! Wydawało się z daleka, że wręcz każda osoba stojąca w grupie trzyma flagę którejś z partii. Nie tylko było to zaprzeczenie apolityczności, ale i całość zakrawała na groteskę. Było w tym coś niepoważnego, kojarzyło się z jakimś desperackim parciem na szkło. Roiło się też w dodatku od gimnazjalistów z tiszertami w krzyże, falangi i okrwawione napisy "nacjonalizm". Obecność przedstawicieli akurat tych poglądów jest tym zabawniejsza, że to właśnie te siły (acz wespół np. z ALDE!!) w Parlamencie Europejskim odpowiadają za poparcie Dyrektywy! Zapewne zagrało tu głębokie przekonanie, że Unia to nie my, tylko jacyś "oni" i wszystko, co jest głosowane w PE jest z założenia złe i należy protestować, nawet, jeżeli to jest tabliczka mnożenia.

Czy zabarwienie polityczne podobało się uczestnikom protestu? Ależ oczywiście, że nie:

Moim przekleństwem jest to, że jeżeli gdzieś idę bez słuchawek, to nie umiem nie słyszeć, o czym rozmawia otoczenie. A istotnie, wiele osób zatrzymywało się zobaczyć o co chodzi (paru osobom powiedziałem albo pokazałem stronę), ale można było usłyszeć, że nie chcą stać i robić sobie zdjęć z "korwinistami". A dzięki temu, że otoczyli oni Pomnik Adama Mickiewicza, niestanie obok nich było raczej trudne. Polityczna atmosfera mocno odstraszyła zatem wielu potencjalnych uczestników. 

Protest był więc klapą. A moim zdaniem mógł nią nie być. Choć w polskim internecie zupełnie brakuje debaty na ten temat. Jest albo "zła UE od ryb-ślimaków znowu coś wymyśliła" albo cisza. Obecnie jednak miejsca na ową debatę nie ma. Nie da się dowiedzieć, dlaczego lewica jest przeciwna, a prawica nie. Podział poglądów przebiega tu naturalnie po "linii Snowdena" - odpowiednio za i przeciw są ci sami ludzie, którzy twierdzą że Edward Snowden był zdrajcą albo objawieniem. Chętnie poznałbym argumenty drugiej strony. Niestety, pod dotychczasowymi artykułami na temat planowanych na dziś protestów, dostępnymi po drugiej stronie barykady, toczy się raczej dyskusja, do której nie umiem dołączyć:

Choć tak szczerze mówiąc: kiedy ostatnio udało się komuś wyciągnąć coś wartościowego z komentarzy, niezależnie od "barw klubowych"....? ;)

Cheers!