Strona używa cookies (ciasteczek). Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianach ustawień. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.    X
NewsImage

Ostatni tydzień upłynął pod znakiem upałów - ciepły front wymusił co prawda gdzieniegdzie opady deszczu, ale w ostatecznym rozrachunku pogoda raczej sprzyjała aktywnym formom wypoczynku. Nie wpłynęło to jednak w żaden sposób na aktywność naszych użytkowników, którzy wręcz zasypali blogi ciekawymi wpisami.

Nasze podsumowanie tradycyjnie zaczynamy od tematów sprzętowych, a konkretnie od porównania dwóch komputerów przenośnych Lenovo Y580 i Clevo W350ET, recenzji Lenovo Yoga 13 (1, 2, 3) oraz Dell XPS12 Duo (1, 2) i wpisów o SSD autorstwa deepone i Ziendal7. Polecamy również napisany przez Lucasa test kamery internetowej Samsung HMX-QF20 (1, 2, 3, 4, 5, 6) oraz równie obszerną recenzję Ave5 dotyczącą smartfona ZTE Grand X IN (1, 2, 3, 4, 5). Fanom miniaturowych komputerków polecamy zaś kolejne wpisy o Intel NUC autorstwa Pangrysa i FaUsta. Z pozostałych publikacji warto wymienić recenzję tabletu Asus VivoTab Smart i Lenovo IdeaTab A2107a oraz opis płyty głównej Intela dla LGA 1155 a także relację z podkręcania procesora Intel Core i7 3770k. A na zakończenie akapitu proponujemy poradnik o sprzęcie pokazujący, jak wymienić pamięć RAM w netbooku i garść uwag dotyczących projektu uważanego za następcę Raspberry Pi.

W części softwarowej niniejszego podsumowania warto zapoznać się z pierwszym wpisem z cyklu porad dotyczących Adobe Photoshop, krótkim poradnikiem dotyczącym Sharepointa, księgą życzeń dla nadchodzącego Windows 8.1 i felietonem poświęconym popularności Windows XP. Fani Linuksa mogą zaś poczytać, jak dostosować system do swoich preferencji, dowiedzieć się, co nowego wnosi nadchodzący Linux Mint 15, zaś bardziej zaawansowani mogą spróbować swoich sił z językiem skryptowym BASH. Użytkowników smartofnów odsyłamy zaś do ciekawej aplikacji dla Androida - Buzz Launcher. Jeżeli zaś planujecie migrację na Windows Phone, zapoznajcie się z tą relacją z migracji i recenzją Nokii Lumii 720. Jeżeli zaś żaden z aktualnie dostępnych systemów operacyjnych Was nie przekonuje, możecie śledzić jutrzejszą premierę telefonu Sailfish OS - duchowego następcy Nokii N9. Z pozostałych tematów poruszanych na naszych blogach ciekawa wydaje się recenzja Fire Emblem The Sacred Stones, wpis wyjaśniający aferę zbożową na Wykopie i relacja Norbitora z jego praktyk zawodowych.

Na koniec polecamy kolejny już wpis poświęcony sztuce reklamacji towaru, informację o zmianach w usłudze darmowego dostępu do Sieci (Aero2), kolejny wpis z serii specjalista ds. teleinformatycznych i mały przegląd logotypów używanych przez pakiet OpenOffice. Tradycyjnie odsyłamy Was także do kolejnego opisu sprzętu Apple - tym razem macminik wziął na warsztat nowego Maca Mini. Zapraszamy do lektury!

r   e   k   l   a   m   a

Czy masz w swoim domu szpiega? Szpiega, który informuje strony trzecie o wszystkim co piszesz, wszystkim co mówisz, wszystkim co cię interesuje? Pewnie jeszcze nie masz. Jeszcze nie ma powodów, by wierzyć, że komputer, który stoi na twoim biurku, może posłużyć nieznanym ci osobom do prześwietlenia twojego życia. Jeszcze można wierzyć w dobre intencje Microsoftu, Apple'a czy Google'a, nie mówiąc już o nieskazitelnej Mozilli. Jeszcze nie ma powodów, ale – to się może zmienić i pewnie w końcu się zmieni.

Wycieczka do USA wiązać się może z wieloma przygodami, niekoniecznie miłymi. Nigdy nie wiesz, czy laptop, który ze sobą zabrałeś, nie wzbudzi zainteresowania agentów TSA i nie będziesz musiał im dowodzić, że wcale nie ma na nim dokumentów Dżihadu. Ja na lotnisku w San Francisco musiałem w każdym razie zademonstrować, że laptop się włącza – i same na nim nudy (czytaj: uruchamia się Windows). Gdyby uruchamiało się coś innego, to kto wie, jaka byłaby reakcja agentów? Komunikaty startującego jądra Linuksa wyglądają jak coś z arsenału cyberterrorysty – po co budzić podejrzenia? Niejedna osoba została poproszona o hasła logowania do swojego komputera. Wszystko w zgodzie z prawem najpotężniejszego państwa na świecie, którego roli zignorować, gdy zajmujesz się IT, po prostu nie możesz.

Za prezydentury Clintona uchwalono ustawę pod szumnym tytułem (amerykańskie ustawy zawsze mają takie szumne tytuły) Communications Assistance for Law Enforcement Act (CALEA). Ustawa zainspirowała później wiele innych państw Zachodu, gdyż znacznie ułatwiała zadania organów ścigania i służb specjalnych. Zmusiła oto producentów sprzętu telekomunikacyjnego i dostawców usług telekomunikacyjnych do takiego zmodyfikowania swoich produktów, usług i ośrodków, by maksymalnie ułatwić prowadzenie nadzoru komunikacji elektronicznej, w tym ruchu VoIP, poczty elektronicznej i komunikatorów. Miłujące prawo firmy amerykańskie oczywiście szybko się wzięły za dostosowywanie wszystkiego co oferują, do wymogów CALEA, albo same instalując niezbędne sondy, które mogłyby dostarczyć śledczym informacje, albo też zapewnić ich zgodność ze specjalnie produkowanymi w tym celu przez firmy trzecie („Trusted Thirt Parties”) sondami. W zamian otrzymują dopuszczający na rynek certyfikat zgodności ze szpiegowską ustawą.

W końcu pomysł dotarł i do Polski. Ustawa z 16 lipca 2004 r. Prawo telekomunikacyjne nakłada na operatora publicznej sieci telekomunikacyjnej oraz dostawców publicznie dostępnych usług telekomunikacyjnych obowiązek zatrzymywania i przechowywania danych na własny koszt. Jakie to dane? Oficjalnie dotyczą one informacji billingowych – adresu w sieci i lokalizacji urządzenia końcowego, terminów połączeń i rodzajów połączeń. Do tego dochodzi jednak całkiem imponująca lista przestępstw, w których dopuszczalny jest podsłuch bez zgody sądu, wśród nich m.in. uprawianie stręczycielstwa, kuplerstwa i sutenerstwa czy przygotowywanie zamachu na konstytucyjny ustrój państwa (np. chcielibyśmy obalić parlamentarną demokrację, by na jej miejsce wprowadzić hedonistyczną technokrację).

Oczywiście hedonistyczni technokraci i im podobny niebezpieczny element ma dziś wiele narzędzi, pozwalających utrudnić życie specom od podsłuchów. W latach 90 zeszłego wieku dżinn uciekł z butelki, kryptografia jest w praktyce dostępna dla każdego w miarę inteligentnego użytkownika. Co gorsza wiele produkujących komercyjne oprogramowanie firm szczyci się wbudowywaniem w systemy operacyjne mechanizmów szyfrujących, które pozwalają zachować poufność komunikacji. Gdy w 2011 roku w Londynie doszło do niespotykanych wcześniej pod względem rozmiarów zamieszek, władze obwiniały za to co się dzieje m.in. producenta telefonów BlackBerry, kanadyjskie Research In Motion, którego szyfrowany komunikator chętnie wykorzystywany był przez uczestników zamieszek do koordynowania swoich działań.

Nie ma co zaprzeczać – CALEA i jej podobne regulacje prawne tak pasują do współczesnego świata jak dostawcze żuki z silnikiem na korbę czy szpulowe magnetofony. FBI jest tego świadome, więc zdecydowało się przygotować ulepszoną wersję ustawy. Chce, by już niedługo Kongres uchwalił rozszerzenie całego zakresu działań wymaganych przez CALEA wobec dostawców usług telekomunikacyjnych także na producentów oprogramowania. W praktyce to oznacza, że wszyscy producenci oprogramowania zabezpieczającego i szyfrującego będą musieli umieszczać w nim furtki, pozwalające służbom na łatwy dostęp do zabezpieczonych treści. Działać trzeba szybko – gdyż jak argumentuje FBI, ruch w Sieci staje się niewidzialny, a służby tracą możliwość przeprowadzania podsłuchów.

Autorzy inicjatywy ulepszenia CALEA wiedzą, o czym mówią. Chcą zarówno dostępu do oprogramowania działającego na serwerach dostawcy (jak np. Gmaila), jak i do komunikacyjnych technologii P2P, niemożliwych do przechwycenia przez zainstalowanie odpowiedniej sondy na serwerach producenta. W takim kliencie Skype'a trzeba byłoby więc umieścić furtkę, pozwalającą na zdalny monitoring komunikacji użytkownika.

Programiści, specjaliści od bezpieczeństwa i obrońcy prywatności łapią się za głowę. Niedawno opublikowany raport czołowych 20 amerykańskich informatyków przedstawia całą listę zagrożeń, do których doprowadzi wejście w życie ustawy CALEA II. Obowiązek wbudowywania w oprogramowanie podatności, umożliwiających zdalną inwigilację to spełnienie marzeń cyberprzestępców – będą mogli cieszyć się exploitami korzystającymi z dziur w systemach, których producentom nie wolno załatać. Do tego dochodzą kwestie kosztów, jakie ponieść będą nawet mali deweloperzy, związanych z zapewnieniem odpowiedniego poziomu ochrony przechwyconych za pomocą ich oprogramowania danych.

Największym problemem jest jednak nieskuteczność nakazu wbudowywania takich furtek, związana z istnieniem oprogramowania Open Source. O ile Microsoft, Google czy Apple, jeśli tak im zostanie rozkazane, odpowiednie modyfikacje w kodzie swoich produktów wprowadzą (by osiągnąć to tak kochane przez korporacyjnych decydentów compliance), to raczej trudno będzie nakłonić nerdów rozwijających Debiana (nie mówiąc już o OpenBSD), by wkompilowali do komunikatorów i przeglądarek wymarzone przez FBI łatki szpiegowskie. Co w tej sytuacji zrobić? Obym okazał się złym prorokiem – ale przecież normalny użytkownik nie potrzebuje żadnego Open Source. Każdy, kto korzysta z nieamerykańskiego, niezgodnego z CALEA II oprogramowania, zapewne ma coś sumieniu. Może w ogóle zabronić obywatelom posiadania otwartego kodu? W końcu w XXI wieku kod może być równie niebezpieczny jak broń, a jak wiadomo, nic dobrego z posiadania broni przez obywateli przyjść nie może.

Administracja prezydenta Obamy chce, by Kongres zajął się zmianami w ustawie jeszcze w tym roku. Jeśli pomysły te zainspirują inne kraje, tak jak było z oryginalną wersją ustawy, to pewnie będziemy mieli jakieś 10 lat, zanim i u nas zmodernizowana wersja Prawa telekomunikacyjnego nie wprowadzi podobnych wymogów.

Cieszcie się więc wolnością w Sieci póki można – to coś, co tak szybko może odejść...

Przeskocz

Army Rage na weekend

17.05.2013 22:33, Autor: Kategoria: News

W ramach cotygodniowej rozrywki weekendowej proponujemy Army Rage - darmową sieciową strzelankę osadzoną w klimatach II Wojny Światowej. Gra od niedawna dostępna jest w języku polskim, a wraz z ostatnią aktualizacją wzbogacono ją o mapę z wydarzeniami zbrojnymi z Warszawy z sierpnia 1944 roku, a także, jeśli chodzi o uzbrojenie, w polski pistolet maszynowy MORS.

Do dyspozycji graczy oddano spory i wiernie odwzorowany oręż wojenny odpowiadający ówczesnym realiom. Żołnierz posiada możliwość kierowania pojazdami bojowymi zapewniając sobie nie tylko bezpieczny transport, ale przede wszystkim zwiększając własne zdolności bojowe. W razie potrzeby może zawezwać wsparcie powietrzne celem zbombardowania wybranych miejsc.

W Army Rage występują dwie główne strony konfliktu – państwa Osi kontra Alianci. Biorący udział w zabawie (do 24 graczy) podzieleni zostają zasadniczo na 6 zespołów po 4 osoby. Każda osoba może wybrać swoją klasę. Strzelec korzysta z mocarnych karabinów i celnie rzuca granatami, Zwiadowca wymiata ze snajperką chroniąc swój zespół z ukrycia, żołnierz wsparcia wykorzystuje w walce miotacze ognia oraz rakietnice, a także jest zdolny dostarczać medykamenty i amunicję. Saper zaś jest od niszczenia ciężkiego sprzętu, ale sam również może budować stacjonarne działa oraz osłony.

W grze dostępne są następujące tryby gry: Team Deathmatch czyli wybijanie się w drużynach, Blitz - niszczenie lub obrona wyznaczonych punktów na mapach oraz King of the Hill, gdzie walczymy o kontrolę nad flagą, którą należy odbić i za wszelką cenę później utrzymać. W walce zdobywamy doświadczenie oraz specjalne monety, które potem pożytkujemy w sklepie na różnorakie przedmioty dozbrajając i unowocześniając swój arsenał. Bliska współpraca z kompanami ładuje nam punkty zespołowe, dzięki czemu możemy sami ustalać miejsce odrodzenia po zgonie. Trzeba jednak uważać, by wróg nie znalazł i nie zniszczył go zbyt szybko.

Army Rage cechuje się wysoką dynamiką akcji i energiczną rozgrywką. Oprócz ciągłej strzelaniny i nieustannego dążenia do zniewolenia wrogich jednostek, zetkniemy się w niej również z elementami taktyki i strategii. Dzięki bardzo dobrej oprawie audiowizualnej i wysokiej grywalności tytuł z pewnością dostarczy wiele godzin dobrej zabawy.

Grę Army Rage można pobrać w dziale: Po godzinach -> Gry -> FPS.

Zapraszamy do zabawy!

Rodzime City Interactive, producenci niespodziewanego hitu Sniper: Ghost Warrior, rozkręca się coraz bardziej. Do ogłoszonego niedawno dzieła RPG Lords of the Fallen, a także wojennej gry akcji Enemy Front, firma dorzuca zapowiedź kolejnej strzelanki — Alien Rage. W korzystającym z technologii Unreal Engine 3 projekcie wcielimy się w uzbrojonego po zęby komandosa przyszłości. Wcześniej dzieło nosiło tytuł Alien Fear, ale nazwę zmieniono na coś bardziej chwytliwego. W tym jeszcze roku pojawi się na cyfrowych rynkach PC, Xbox Live i PlayStation Network.

Twórcy zapowiadają porządną oprawę graficzną, masę ciekawych broni oraz czystą radość z obserwowania, jak kule wchodzą w przeciwników. Nie dorabiają ideologii do mordowania kolejnych zastępów wrogów — będziemy przeć przed siebie, częstując nieprzyjaciół tonami ołowiu, nie zwalniając nawet na chwilkę, aby poszukać kluczy do drzwi czy odnaleźć terminale odblokowujące drogę dalej. Tylko grając z kimś w trybie współpracy napotkamy na zagadki wykorzystujące fizykę świata, wymagające nieco pogłówkowania. Otoczenie ma być wielce podatne na zniszczenia. W większości działania prowadzić będziemy w rozległych, dopracowanych lokacjach.

To nie będzie opowiadanie fantastyczne. Na łamach Dallas Observer pojawił się reportaż ze szkoły w Knox City (320 km od Dallas) w Teksasie, gdzie robot pojawia się na lekcjach zamiast dotkniętego chorobą ucznia.

Robot wyprodukowany przez firmę VGo Communications to samobieżne urządzenie telekonferencyjne. Tom Ryden i Grinnel More z iRobot (producent autonomicznych odkurzaczy Roomba) połączyli siły z Timem Rootem, który pracował wcześniej w PolyCom, i zbudowali własne urządzenie zapewniające „zdalną obecność”. Pierwszy prototyp można było przyrównać do sterowanej przez WiFi Roomby ze Skype, ekranem i plątaniną kabli… Takich maszyn jest na rynku kilka (na przykład InTouch Health dedykowane do szpitali) i marketingowcy sceptycznie podchodzili do pomysłu, ale ta miała być tania (w porównaniu do innych — cena tego robota zaczyna się od 6 tysięcy dolarów) i prosta. Kiedy produkt był gotów, szczęśliwym zbiegiem okoliczności dowiedziała się o nim jedna z nauczycielek chorującego Lyndona, która uważała, że zdalne połączenie z komputerem to za mało, aby zapewnić mu zdrowy udział w życiu szkoły.

Z materiałów prasowych VGo
Z materiałów prasowych VGo

Dzięki temu mający obecnie 17 lat Lyndon Baty może brać czynny udział w lekcjach i rozmawiać z rówieśnikami nie wychodząc z domu. Lyndon urodził się 6 tygodni za wcześnie, cierpi na wielotorbielowatość nerek i po tym, jak jego organizm odrzucił jeden przeszczep, wymaga niemal ciągłej opieki lekarskiej. Poważnym zagrożeniem dla jego życia jest spędzanie codziennie kilku godzin w pełnej drobnoustrojów szkole.

Reakcje innych uczniów były bardzo pozytywne, kiedy sterowany przez Lyndona robot z obrazem jego twarzy na ekranie pierwszy raz wyjechał z pomieszczenia gospodarczego szkoły, gdzie przebywa poza lekcjami podłączony do stacji dokującej. Obecnie wszyscy w szkole zachowują się tak, jak gdyby Lyndon był w tam osobiście. Sterowanie na początku nie było najlepsze i reprezentacja często wpadała na drzwi lub osoby w szkole, nie ma też możliwości szeptania. Robot ma jednak mnóstwo zalet — może korzystać z zoomu obiektywu kamerki i robić zdjęcia tablicy do późniejszego wykorzystania, a przede wszystkim zapewnia choremu kontakt ze środowiskiem szkolnym i daje motywację do nauki dużo większą, niż codzienna dostawa prac domowych. Lyndon myśli już o pójściu na studia.

Robot się sprawdził. Firma VGo wyprodukowała i wysłała do szkół już prawie 30 sztuk takich urządzeń, które pomagają uczniom w różnym wieku uczęszczać do szkoły i kontaktować się z rówieśnikami. Roboty z czasem dorobiły się łączności LTE i pilotów. Zainteresowanym tematem polecam pełny reportaż.

Niejeden użytkownik telefonu z Androidem, kupionego raptem rok czy dwa lata temu, ze złością słucha o kolejnych aktualizacjach tego mobilnego systemu. Powód jest całkiem prosty: tych aktualizacji na swoim telefonie nigdy nie zobaczy, chyba że pobawi się w hakowanie zabezpieczeń i w końcu zainstaluje któryś z dostępnych na forum xda-developers obrazów systemowych, modląc się przy tym, aby telefon po całej operacji ponownie się uruchomił. Czasem modły nie pomagają, i wówczas dla większości osób telefon staje się gustownym przyciskiem do papieru. Większość więc nie ryzykuje, woli zostać przy przestarzałym Androidzie 2.2 czy 2.3.

Google winą za ten stan rzeczy obarcza producentów telefonów, którzy nie potrafią jakoś (albo nie chcą) na czas dostarczyć aktualizacji dla sprzedawanych przez siebie modeli. Producenci telefonów skarżą się na problemy techniczne i samą monolityczną architekturę Androida, czyniącą proces aktualizacji trudnym i ryzykownym. Dziennikarze zacierają ręce, rozpisując się o katastrofalnej fragmentacji Androida, wskutek której pisanie aplikacji na ten system to zajęcie niewdzięczne. Programiści nie mają wyjścia i często muszą budować swoje aplikacje pod najpopularniejsze wersje systemu – za wcześnie bowiem, by skoncentrować się tylko na linii 4.x.

Podejrzewano, że tegoroczne Google I/O przyniesie prezentację kolejnego Androida, w wersji 4.3. Oficjalnej prezentacji systemu jednak się nie doczekano, mimo że plotki chodzą, że system ten pojawić by się miał już w czerwcu, wraz z ekskluzywną wersją białego Nexusa 4. Nikt jednak nie był w stanie powiedzieć, co ta aktualizacja miałaby przynieść – sugerowano rozbudowane wsparcie dla Bluetootha i debiut OpenGL ES 3.0, ale to trochę za mało, jak na nową wersję systemu.

A mimo to tegoroczne Google I/O pokazało bardzo dużo zmian w Androidzie, które tym razem nie wymagały nowego rdzenia systemu. Nowe Mapy, z mechanizmami pozwalającymi na wykorzystanie ich bezpośrednio w aplikacjach, nowy interfejs programowania dla gier, ale przede wszystkim nowy interfejs programowania dla Google Play, który działać ma nawet na starych Androidach 2.2 Froyo.

To jest najsprytniejszym posunięciem w rozwoju Androida od niemal samego początku prac nad systemem. Lekka, działająca w tle biblioteka kliencka daje ustandaryzowany dostęp do wszystkich usług Google'a, a wbudowany system uwierzytelnienia pozwala na logowanie się do nich z danymi użytkownika. APK-a biblioteki dostarczana jest przez sklep Google Play, a więc jest całkowicie niezależna od działań operatorów telekomunikacyjnych i producentów sprzętu: można ją zainstalować na każdym telefonie, bez względu na to, czy ma dostęp do roota czy nie.

W ten sposób zrealizowany zostaje w Androidzie pomysł na to, co wymyśliła Mozilla dla Firefox OS-a – rozszczepić system operacyjny na kilka warstw, które mogłyby być aktualizowane niezależnie od siebie. Warstwę najbliższą użytkownikowi, najczęściej aktualizowaną, można by wówczas dostarczać poprzez standardowe mechanizmy aktualizacji aplikacji, bez konieczności reinstalowania całego OS-a. W najbliższym czasie pozwoli to na dostarczenie ponad 98% użytkowników urządzeń z Androidem takich zmian jak aktualizacje usług działających w tle, aplikacji systemowych (np. Gmaila czy Map), czy wreszcie nowych interfejsów (np. wspomnianego API dla gier). Jedynie bowiem niespełna 2% użytkowników wciąż korzysta z telefonów z systemami 2.1 i wcześniejszymi.

Oczywiście nie wszystkie nowości da się w ten sposób udostępnić starszym wersjom. Pierwsze tablety z Androidem 3 nie dostaną obsługi wielu profili użytkowników, a telefony z Androidem 2.3 wciąż będą miały stary interfejs użytkownika. Nie będzie się też w ten sposób dało dostarczać aktualizacji bezpieczeństwa dla jądra czy maszyny wirtualnej. Niemniej dla większości użytkowników to powinno wystarczyć, gdy będą czekali na oficjalne aktualizacje systemu od swoich operatorów.

Czterech członków hakerskiej grupy LulzSec — Ryan Cleary, Jake Davis, Ryan Ackroyd i Mustafa al-Bassam — zostało skazanych w Wielkiej Brytanii za serię ataków przeprowadzonych w 2011 roku. Sędzia Deborah Taylor uznała, że to, co hakerzy uznawali za niewinną zabawę, miało w rzeczywistości poważne konsekwencje. Nie zrobiliście nic, by chronić prywatność postronnych osób, ale za to zrobiliście wszystko, by ukryć własną tożsamość — zgromiła ich podczas ogłaszania wyroku.

Ryan Cleary otrzymał najwyższy wymiar kary w historii brytyjskich procesów dotyczących hakerstwa. Za dostarczenie oprogramowania do przeprowadzania ataków i włamanie do komputerów sił powietrznych w Pentagonie został skazany na 32 miesiące więzienia. To jednak nie koniec jego problemów, bo w trakcie przeszukania policja odnalazła na dysku twardym w jego komputerze dziecięcą pornografię, za którą Cleary będzie odpowiadać podczas innej rozprawy. Co ciekawe, według prokuratury Cleary nie był członkiem LulzSec, choć rzekomo bardzo tego chciał. Nieco krótszy wyrok otrzymał Ryan Ackroyd, który za kierowanie atakami, kradzież poufnych informacji z Sony i działanie na szkodę gazety The Sun spędzi w więzieniu dwa i pół roku. Główny rzecznik prasowy hakerów, Jake Davis, został skazany na dwa lata pozbawienia wolności w ośrodku dla młodocianych przestępców. Ostatniego z oskarżonych, Mustafę al-Bassama, za publikację skradzionych danych skazano na 20 miesięcy więzienia w zawieszeniu na dwa lata i 300 godzin prac społecznych.

Dwa lata temu LulzSec przeprowadziło szereg ataków wymierzonych m.in. w CIA, Sony, Nintendo, Electronic Arts, News International, National Health Service czy Serious Organized Crime Agency. W ich trakcie wykradziono dane osobowe obejmujące adresy e-mail, hasła i numery kart kredytowych, które potem w niezaszyfrowanej formie zostały opublikowane w Sieci.


Aktualizacja, 17.05.2012 16:51

Jake Davis zgodził się wystąpić przed kamerą. Materiał o LulzSec, w którym znajdują się fragmenty wypowiedzi, można zobaczyć na łamach BBC Technology.

Międzynarodowy Dzień Muzeów, który przypada na 18 maja, został ustanowiony przez Międzynarodową Radę Muzeów w 1977 roku. W tym roku z tej okazji w wielu miastach Polski w sobotni wieczór będzie trwać Noc Muzeów i wiele innych, towarzyszących jej imprez. Jak to zwykle bywa w takich przypadkach, jeśli ktoś nie chce lub nie może jutro ruszyć się z domu, z pomocą przychodzi Google Art Project i Google StreetView.

Od kilku dni na Google+ na profilach Google Maps i Google Art Project pojawiają się informacje o najciekawszych muzeach z całego Świata, które można oglądać podczas wirtualnego spaceru, które można znaleźć również pod tagiem #museumview.

Przejdźmy do konkretów. Google proponuje między innymi wycieczki do: Muzeum Dziedzictwa Narodowego w Petersburgu (StreetView), atralijskiego Muzeum Narodowego w Canberze (StreetView), Muzeum Reina Sofia w Madrycie, Metropolitan Museum of Art w Nowym Jorku (StreetView), Muzeum Narodowym Iraku w Bagdadzie czy Musée d'Orsay w Paryżu (StreetView). Jeśli nie chcemy opuszczać kraju, na Google Art Project można obejrzeć kolekcje Muzeum Sztuki w Łodzi i Pałacu w Wilanowie.

Wrocławiaków może zainteresować opisywany przez nas w ubiegłym roku pokaz wideomappingu. Zaplanowane zostały 4 pokazy co godzinę (od 20:00 do północy).

Przeskocz

Prywatność w dobie Google Glass

17.05.2013 14:35, Autor: Kategoria: Felieton

Wiemy już, że Google Glass nie nadają się do romantycznej randki w restauracji. Problem jednak sięga znacznie głębiej — wraz z upowszechnieniem i miniaturyzacją okularów, społeczeństwo chcąc nie chcąc stanie w obliczu permanentnej inwigilacji. Nikt z nas nie będzie miał pewności, czy w danym momencie nie jest nagrywany, a co za tym idzie, czy jego wypowiedź nie zostanie później wykorzystana przeciwko niemu. To zaś jawnie godzi w prawo do prywatności, które przysługuje obywatelom w wielu państwach na całym świecie. Trudno w tym momencie oprzeć się wrażeniu, że jeśli Google Glass wylądują w każdym domu (może jeszcze nie dziś, ale za dziesięć lat — kto wie?), wykreowana przez Philipa K. Dicka w Raporcie mniejszości wizja przyszłości stanie się aż nadto realistyczna.

Niewątpliwie Google ma pod tym względem twardy orzech do zgryzienia, zwłaszcza, że na okulary zwrócili już uwagę politycy. Interesuje nas, czy ta nowa technologia może naruszyć prawa przysługujące typowemu Amerykaninowi — pytają w liście do Larry'ego Page'a członkowie organizacji Congressional Bipartisan Privacy Caucus, która za cel stawia sobie edukację kongresmenów Stanów Zjednoczonych w tematach związanych z ochroną prywatności. Głównym powodem do niepokoju jest brak informacji o tym, czy Google ma zamiar wprowadzić ograniczenia, które będą chronić osoby postronne. Czy właściciel okularów, wykorzystując mechanizm rozpoznawania twarzy, może w ten sposób zbierać informacje na temat spotykanych ludzi? W jaki sposób koncern chce rozwiązać kwestię gromadzenia danych bez zgody nagrywanych lub fotografowanych osób? Czy każdy człowiek może zastrzec prywatne informacje tak, by nie były one prezentowane w wynikach wyszukiwania? Te pytania póki co pozostają bez odpowiedzi, ale prędzej czy później Google będzie musiało się z nimi zmierzyć. Obawy budzi też fakt, że koncern na podstawie okularów może zbierać całą masę danych o ich właścicielu, które z pewnością będą stanowić łakomy kąsek dla reklamodawców.

W dyskusji na temat Google Glass nie brakuje kwestii, których ustalenie byłoby łatwe i przyjemne dla obu stron. Choć Larry Page póki co nie przygotował oficjalnej odpowiedzi na list, podczas wystąpienia na konferencji Google I/O nawiązał do zadanych mu pytań. Na świecie istnieje wiele ekscytujących rzeczy, które człowiek chciałby wypróbować, ale nie może tego zrobić z powodu restrykcji prawnych. Technolodzy powinni mieć wyznaczone miejsca do wypróbowywania wynalazków, by móc ocenić ich wpływ na społeczeństwo bez konieczności wprowadzania produktu na rynek — stwierdził. Członkowie Congressional Bipartisan Privacy Caucus czekają na szczegółową odpowiedź do 14 czerwca.

Wersja beta przeglądarki Firefox, oznaczona numerkiem 22.0b1, trafiła do odpowiedniego kanału dystrybucji. Najważniejszą ze zmian jest wprowadzenie pozostałych elementów standardu WebRTC — do znanego od kilku miesięcy (Firefox 18) getUserMedia dodano obsługę PeerConnection, które umożliwia nawiązywanie transmisji audio-wideo w czasie rzeczywistym, oraz DataChanels, pozwalające udostępniać niemal każdy rodzaj danych (pliki tekstowe, wideo, strony HTML, dane gier sieciowych) w czasie rozmowy i poza nią. Obie funkcje są domyślnie włączone.

Oprócz tego Mozilla zwiększyła wydajność przeglądarki dzięki zastosowaniu OdinMonkey, modułu optymalizującego pracę asm.js — dobrym przykładem zastosowania tej technologii był pokaz Unreal Engine 3 uruchomionego w Firefoksie. Przeglądarka w wersji 22.0b1 oferuje też funkcję Font Inspector, która wyświetla listę czcionek użytych na oglądanej stronie internetowej. Ponadto Firefox dla Windows wprowadził obsługę HiDPI, dzięki czemu automatycznie skalowany tekst na wyświetlaczach oferujących wysoką rozdzielczość będzie wyglądać lepiej. Mozilla zwraca również uwagę na Web Notifications API, dzięki któremu programiści mogą wysyłać proste powiadomienia z aplikacji webowych.

W testowej wersji przeglądarki zabrakło natomiast domyślnie włączonej blokady ciasteczek pochodzących z witryn, których internauta nigdy wcześniej nie odwiedził — jak tłumaczy Brendan Eich z Mozilli, moduł ten wymaga jeszcze dopracowania.

Mozilla zapowiada, że w kolejnych wydaniach możemy spodziewać się m.in. wsparcia dla technologii TURN, która pozwoli nawiązywać połączenia WebRTC nawet w przypadku, gdy obie strony wykorzystują NAT. Oprócz tego Mozilla planuje poprawić jakość rozmów audio-wideo.

Firefox Beta 22.0b1 jest już dostępny do pobrania z naszej bazy w wersji dla Windows, Linuksa i OS X.

Najbliższe wydarzenia
20.06
GigaCon DevCon (Wrocław)
22.08
GigaCon DevCon (Łódź)
24.09
GigaCon DevCon (Kraków)
19.11
GigaCon DevCon (Poznań)