Program tygodnia
WinRAR 3.93

Ocena: 8,0
icon
Gorące tematy
Czy w Ubuntu 10.04...
128 komentarzy

Microsoft ujawnia...
106 komentarzy

Blog użytkowników

Przeskocz

Dwa światy?

18.03.2010 14:56 Autor: winter_fresh

Jesteśmy nowoczesnym społeczeństwem. Dziś usunięcie numeru GG jest jak oddanie obrączki. Jesteśmy surfującymi poszukiwaczami mocnych wrażeń, fotelowego delirium doznań. Klikasz na parę linków i budujesz to, z czego składa się twoje życie. Jesteśmy mistrzami internetowych gier międzyludzkich. Internet nas obnażył. Internet pokazał nam, kim tak naprawdę jesteśmy. Przykładowo: jesteśmy jak zawodnicy w grze pod tytułem "odnajdź znajomego". Powinniśmy mieć wszczepione liczniki "przyjaciół", żeby każdy mógł widzieć. Nasze nowe życiowe cele polegają na wysyłaniu zaproszeń i pisaniu komentarzy. W internecie jest nasza druga szkoła, druga rodzina i drugi dom. I nikt nawet przez chwilę nie pomyśli, że to nie tak, że tam po drugiej stronie są ludzie, a nie rozpikselowane ludziki, wirtualne protezy przyjaciół, migające słoneczka z planety migających słoneczek. Jesteśmy przygotowanymi na wszystko, specami od klikania na krzyżyki. Od wyrzucania w niepamięć otworzonych okienek, restartów życia, skanów osobowości. Jesteśmy najnowszą wersją klienta, który wybiera wózek dla dziecka nawet go nie dotykając. Z Internetu stworzyliśmy sobie drugi świat. Swoje miasto niczym z "SimCity". Jesteśmy romantycznymi wirtuozami klawiatury. Tak, to tutaj mejle ociekające szczerością, pisane ze łzami w oczach wyznania, prośby i żale przeplatają się z wiadomościami, w których podteksty są nieraz gorsze, niż kiedykolwiek. Kiedyś byś tego nawet nie włożył do jednej szuflady. I nie zrozumcie mnie źle. Internet to nie inna rzeczywistość. Nie istnieje podział na "internet" i "real". To zwyczajne narzędzie, jak telefon. Tyle, że specyficzne. To my chcemy, by internet tworzył inną rzeczywistość. Bo gdyby okazało się (a tak jest), że za tym wszystkim stoją ludzie: za blogami, za komentarzami, za mejlami; nie potrafilibyśmy sobie z tym poradzić. Dlatego dzielimy rzeczywistość na wirtualną oraz "prawdziwą".

r   e   k   l   a   m   a
 
 
 
 
margo.net
margo.net
blog autora

Ponieważ na moim blogu opisuję programy, które przyciągnęły moją uwagę w sposób pozytywny, nie mogło zabraknąć mojego ulubionego odtwarzacza.

iTunes jest darmowym programem dla komputerów Mac oraz PC, dzięki któremu możemy odtwarzać muzykę i video na komputerze. Bardzo łatwo synchronizuje multimedia z iPhonem czy iPadem. Oko cieszy opcja Cover Flow czyli przeglądanie okładek albumów, osobiście robi to na mnie duże wrażenie. To takie trochę nawiązanie do szafy grającej, gdzie wybiera się konkretną płytę. Między okładkami przechodzi się płynnie i jest to naprawdę dopracowane.

Bardzo lubię również opcję poboru podcastów, można subskrybować serię lub pojedyncze odcinki naszych ulubionych audycji lub programów. Od razu zostają oczywiście dodane do biblioteki i mamy szybki dostęp do materiałów. Ponieważ często słucham audiobook-ów, to, to co oferuje iTunes jest dopasowane do tego rodzaju multimediów. Mianowicie, chodzi o to, że zazwyczaj książka w formie audio źle brzmi, kiedy podczas odtwarzania słychać przerwy pomiędzy następującymi po sobie plikami. Może drobiazg, ale dla mnie ważny. W iTunes mamy możliwość połączenia plików w taki sposób, aby zostały zaimportowane z CD jako jeden długi utwór, odtwarzany bez przerwy. Oprócz standardowego słuchania utworów muzycznych czy radia możemy oglądać nagrania video lub nagrywać płyty.

Istnieje również możliwość konwertowania plików, iTunes od razu konwertuje WMA na AAC poprawiając, jakość. Nie ma jednak żadnego problemu, aby w kilka sekund przerobić plik na MP3. Jedyną wadą jest brak polskiego App Store, ale to chyba kwestia braku oddziału polskiego Apple (stąd również ceny Maców zazwyczaj wyższe niż na zachodzie). Pewnie kwestia czasu, ale na dzień dzisiejszy brakuje tego. Podsumowując: lubię iTunes za jego schludny, metaliczny design oraz za dużą wygodę podczas korzystania z multimediów.

Przeskocz

BluePoint Security 2010 Personal

17.03.2010 16:28 Autor: Eru
 
 
 
 
Eru
Eru
blog autora

Chciałbym przedstawić mało znany w Polsce program antywirusowy BluePoint Security 2010 Personal.

Działa on trochę na zasadzie HIPS'a - (jednak ma też możliwość skanera antywirusowego - pełny skan i szybki skan systemu oraz jest bardziej bezobsługowy niż normalne HIPS'y) - wygląda to tak, że analizuje on uruchomiony program i jeśli wykryje, że jest on wirusem to zablokuje go automatycznie bez naszej ingerencji, niemniej czasami będzie konieczna ingerencja z naszej strony - wtedy mamy do wyboru dwie opcje - Block czyli blokowanie uruchomienia danego programu albo Allow czyli dopuszczenie do uruchomienia danego programu. Niestety program może pytać czy zezwolić czy zablokować uruchomienie takich aplikacji jak IE, notatnik, WMP.

Program korzysta z bibliotek .NET Framework więc jeżeli nie mamy ich zainstalowanych to program sam je dociągnie i zainstaluje - ten etap może potrwać dłuższą chwilę. Po zainstalowaniu .NET Framework uruchamia się właściwy instalator - ten etap trwa dosłownie chwilkę (co widać na zamieszczonym poniżej teście).

Po instalacji program pyta czy ma pokazywać powiadomienia o zagrożeniach czy ma działać w trybie cichym przeprowadza także 6 krokowe sprawdzenie bezpieczeństwa systemu - które także trwa chwilę - wymagany jest też restart systemu.

Program ma prosty interfejs, składający się z 4 zakładek:
1. Status
2. Scan (opcje skanowania)
3. Settings (ustawienia)
4. History (mamy tu listę znalezionych zagrożeń, oraz kwarantannę)

Powyżej po prawej stronie mamy także ile zagrożeń znaleziono, ile przeniesiono do kwarantanny i ile usunięto, oraz opcję aktualizacji, pomocy i wsparcia (niestety pomoc i wsparcie są tylko w języku angielskim jak na razie). Program jest bardzo skuteczny co pokazują testy, np.: ten (ten sam 2 część) - z uwagi na to, że działa częściowo jak HIPS. BluePoint Security 2010 Personal jest płatny - kosztuje 34,99$ za 12 miesięczną licencję. Wersję testową można pobrać - stąd - po podaniu adresu e-mail.

Polecam ten program głównie bardziej doświadczonym użytkownikom, niemniej mniej doświadczeni też oczywiście mogą z niego korzystać jeśli chcą.

I jeszcze na koniec test skuteczności przeprowadzony przeze mnie:

Przeskocz

Prywatność w internecie

17.03.2010 8:55 Autor: hnt
 
 
 
 
hnt
hnt
blog autora

Prywatność zbędna

Nastały czasy, gdzie dla wielu ludzi prywatność nie jest 'trendy'. Brak prywatności natomiast - już tak. Przeglądając profile poszczególnych osób na różnych portalach społecznościowych (o ile mamy możliwość pełnego wglądu w profil) możemy dowiedzieć się masy rzeczy - jak się ubierają, gdzie jeżdżą na wakacje, z kim są, jakiej muzyki słuchają, jakie mają poglądy. Sam szef Facebooka stwierdził, że ludzie nie chcą już prywatności. To chyba jest niestety prawdą. Sukces portali społecznościowych i dynamiczny rozwój blogów tylko to potwierdzają - Twitter, Nasza-Klasa, Facebook i wiele, wiele innych tylko utwierdzają w przekonaniu, że gro ludzi uznaje prywatność za coś zbędnego. Pokłóciłeś się z partnerem? Napisz na Facebooku, ustaw smutny opis na komunikatorze. Zakończyłeś związek? Oczywiście trzeba się 'pochwalić'. Tylko czym? Co jest takiego w ujawnianiu tak prywatnych rzeczy? Chwilowe zainteresowanie?
Idąc dalej, urodziło Ci się dziecko? Jeżeli tak, trzeba założyć mu profil na Naszej-Klasie, a na swoim koncie umieścić tysiąc zdjęć bobasa! Chociaż niektórzy idąc z duchem czasu nie czekają do porodu... bo i po co. Takie sytuacje można wymieniać w nieskończoność. Ludzie zaczęli stawać się rozrywką dla innych, szukając poklasku, uwagi i... sam nie wiem czego jeszcze.
Zaraz wracam, ustawię tylko opis, że wstawiłem nową notkę. I że zrobiłem kupę.

Nie wszystkim pasuje

Nawet tak duża korporacja jak Google tworząc portal społecznościowy Google Buzz chyba wyszła z założenia, że ludzie nie cenią już swojej prywatności w sieci, domyślnie udostępniając kontakty użytkownika z poczty Gmail. Innym przykładem może być komunikator Xfire, który śledzi w jakie gry jego użytkownik gra i w czasie rzeczywistym przesyła te dane na serwer, zapisując godziny na stronie. Każdy mógł wejść na profil takiego delikwenta i dowiedzieć się w jakie gry grał, jak długo i w co grał ostatnio. O ile na początku była to zaleta tego komunikatora (oczywiście obok tej największej - możliwości otwierania okna komunikatora w czasie gry, nie minimalizując jej), to z czasem wielu użytkowników rejestrowało się w sieci Xfire dla swoich znajomych, którzy przez większość czasu byli dostępni tylko tam. I to chyba właśnie im najbardziej przeszkadzało wywlekanie ich informacji w świat. Nie wiem dokładnie kiedy, ale jakiś czas temu Xfire wprowadziło możliwość zablokowania wyświetlania tych danych. Jak Google w usłudze Buzz.

Przez kabel łatwiej

Cóż, jeżeli głębiej się nad tym zastanowić, można dojść do wniosku, że czasem łatwiej jest otworzyć się przed nieznajomymi w sieci. Nie widzicie się nawzajem, więc czujesz większy komfort. No i siedzisz w domu, pijąc kawę i słuchając ulubionej muzyki. Nie musisz szukać, zaczepiać na ulicy - wchodzisz na czata i bum, jest rozmówca. Otwierasz swój komunikator i piszesz ze znajomymi - nie jednym, a z kilkoma. Czy w realnym świecie udałoby Ci się tak nadążać? Pierwsze okno - smutek, drugie - radość, trzecie - głębokie rozważania. Pisząc z kimś nie wiesz nawet, czy na prawdę ta druga osoba dostatecznie się skupia na rozmowie z Tobą.

Zresztą, żaden tekst czy emotikona nie zastąpi maślanych oczu, miny pełnej niezrozumienia czy szczerego, radosnego uśmiechu. Niestety, nie wpadłem na to pierwszy, bo stworzono kamerę internetową. Co będzie następne? Może zapach! (chociaż myślę, że akurat na brak moich bąków nikt nie narzeka:)

Nie jestem hipokrytą

To nie jest tak, że ja sam nie korzystam z żadnego portalu społecznościowego - wręcz przeciwnie! Jestem aktywnym użytkownikiem Facebooka, Twittera i Last.fm. Korzystam z Xfire i udostępniam publicznie moje informacje tam zawarte. Korzystam również z Naszej-Klasy, ale za tym portalem specjalnie nie przepadam. Jednakże to, że korzystam nie oznacza, że tym żyję, że upubliczniam moje intymne sprawy i czekam na aprobatę innych (ale nikt mi nic nie napisał o mojej kupie :( )

W moim PocketPC Twitter, Facebook, Last.fm, w konsoli XBOX360 - podobnie, tyle, że bez Last.fm. Świat poszedł w takim kierunku, a producenci oprogramowania, chcąc wyjść naprzeciw potrzebom swoich klientów implementują takie rozwiązania. I ludzie korzystają. Ja nie jestem wyjątkiem - dla mnie to wielkie ułatwienie i na prawdę to doceniam. Zresztą, spójrzcie na niedawny news na DP.

Czytając komentarze pod nim widzę, że nie wszyscy rozumieją intencje portali społecznościowych. Biorąc na przykład Facebooka - jego użyteczność nie kończy się tylko na wysyłaniu do siebie wiadomości, wstawianiu zdjęć i zbieraniu znajomych. To tak, jakby męski narząd rozrodczy służył tylko do oddawania moczu:) To są elementarne funkcje, ale nie jedyne. Dla mnie tego typu portale stały się źródłem informacji i rozrywki. Dzięki Last.fm poznałem wiele świetnych zespołów, na których normalnie w życiu bym się nie natknął. Dowiaduję się o koncertach w mojej okolicy, mogę przejrzeć trasę koncertową lubianego artysty. A to wszystko w jednym miejscu, pod ręką! Facebook? Ciekawe linki znajomych, informacje 'z ich świata', kontakt offline, zabawa;) Twitter? Mikroblog - gdzie bym nie był, mogę zamieścić krótkie info, link etc. SZYBKO I ŁATWO. Ogrom możliwości wykorzystania:)

Już kończę, spokojnie

Portale społecznościowe zmieniły nieco nasze nawyki. Problem w tym, że niektórym zmieniły też sposób życia - w większym lub mniejszym stopniu, ale zastępują życie poza domem. A nie o to tutaj chodzi - ideą jest szybsza komunikacja, frajda z zupełnie innego wymiaru kontaktu (również grupowego) i inne rzeczy urozmaicające nasz czas. To tak jak z bronią - można jej użyć w różny sposób, prawda?

grafika grafika grafika

 
 
 
 
Monczkin
Monczkin
blog autora

Do napisania paru słów zainspirował mnie news o SETI O ile czytanie o kolejnej wojnie użytkowników W. wyładowujących swoje frustracje na użytkownikach L., uważających siebie za coś gatunkowo lepszego od użytkowników W., gdzie razem plują jadem pod kierunkiem użytkowników M., tyle samo jadu otrzymując z powrotem, czy o kolejnych ewangelicznych tekstów Rycerzy spod litery O., o piractwie nie wspominając, to autentycznie zaciekawiła mnie ta wiadomość.

Nasuwa się kilka pytań i wątpliwości.
1) Czy uda się nam wykryć życie? Zapewne tak.
2) Czy uda nam się wykryć inteligentne życie? Istnieje takie prawdopodobieństwo.
3) Czy uda nam się porozumieć lub spotkać? Wątpię, choć nie wykluczam.

1) Problem polega na tym, że tak naprawdę trudno jest zdefiniować czym jest życie. Definicje, które je opisują mają tę wadę, że nie znamy innych przykładów niż, to co z ziemi, więc tak naprawdę nie wiemy czy nasze przemyślenia są słuszne. Jak mamy zdecydować czy to co znajdziemy jest żywe w naszym rozumowaniu, skoro nie potrafimy odpowiedź na pytanie czy ziemski wirus jest organizmem żywym. Jakie warunki mają być spełnione żeby powstało życie? W dużym uproszeniu - miła i przyjazna gwiazda, jak nasze Słońce, odpowiednia odległość – wszak Wenus jest gorącym piekłem, a Mars, zimnym odludziem, woda w stanie ciekłym, węgiel, tlen. A co z organizmami, które zostały odkryte u wylotu kominów hydrotermalnych? Wszak, nie potrzebują energii słonecznej do życia, wykorzystując reakcje chemiczne, żyją w ekstremalnych temperaturach, w zabójczej mieszańce siarkowodoru, metali ciężkich, pod bardzo wysokim ciśnieniem. Dlatego też, zaczynamy szukać oznak życia na innych ciałach układu słonecznego. To co do niedawna uważano za jałowe, może okazać się tętniące życiem. I takie życie zapewne wkrótce odnajdziemy.

2) Definicji inteligencji jest chyba ze 20. Generalnie inteligencja nie jest tylko cechą gatunku Homo sapiens. Na ziemi pełno inteligentnych stworzeń. Przedstawiciele naczelnych, delfiny, orki, ptaki… w zależności od potrzeb i wybranej definicji, możemy dowolnie żonglować i klasyfikować. Mimo to, uważam, że możemy odkryć organizmy poza Ziemią, które będą przejawiać cechy inteligencji w naszym rozumowaniu.

3) Z tym może być gorzej. Problem polega na tym, że na całość patrzymy z „ludzkiego punktu widzenia” (bo z jakiego innego?), więc zakładamy, że istoty inteligentne będą podobne do Nas. Czy słusznie zakładamy? Uważam, że nie. Dlaczego? Przypomnijmy sobie, jak wyglądały kontakty kulturowe pomiędzy cywilizacjami występującymi na ziemi. Kompletnie nie rozumiano się wzajemnie podczas kontaktów. To co dla nas wydawało się barbarzyństwem, dla barbarzyńców było naturalne i w ich kodeksie moralnym całkowicie okey. Dlaczego składanie ludzkich ofiar wśród ludów prekolumbijskich miało być gatunkowe gorsze od ukrzyżowania Jezusa? A przecież dla ludzi wychowanych w kręgach kultury chrześcijańskiej, nie jest to nic ohydnego. Ci, co na lekcjach historii nie spali, przypomną sobie opowieści o pierwszych kontaktach białych europejczyków z czerwonymi amerykanami. Nie dość, że myśleli, że są w Indiach (stąd Indianie), to jeszcze uważali ich za pół-zwierzęta. Reszty dokonała chciwość, zarozumiałość i choroby. Pismo egipskie, zostało odczytane tylko dlatego, że udało się znaleźć oryginał i tłumaczenie (Kamień z Rosetty). Gdyby nie to, to zapewne znaczenie tych znaków, było by takim samym poziomie jak wiedza o Kipu.

Środowisko w którym rozwinęła się obca cywilizacja, zapewne tak różni się od naszego, że jest mało prawdopodobne, żeby powstały doświadczenia, które mogłyby by być nicią porozumienia. Dodając do tego obcy światopogląd, który będzie totalnie abstrakcyjny dla Nas, może spowodować, że nie będziemy w stanie go zrozumieć, nawet, gdybyśmy chcieli, i vice versa. Skoro mieliśmy problemy z porozumienie i zrozumieniem własnego gatunku, który rozwinął się na tej samej planecie, w odmiennych warunkach, o odmiennej religii. To sami sobie odpowiedzcie – czy to możliwe z gatunkiem istoty żywej z innej planety? A czy istnieje możliwość, że zostaniemy potraktowani podobnie, jak traktowaliśmy pół-ludzi? Dlaczego nie? Dlaczego mamy zakładać, że istoty wyżej rozwinięte od nas, mają dla nas być dobre? Wszak pokazaliśmy coś zupełnie odwrotnego.

To nie koniec problemów. Odległość. Kosmos jest tak niewyobrażalnie wielki, że mamy z kłopot żeby ogarnąć jego całość. Do pomiaru odległości używamy jednostki – rok świetlny. Czyli odległość jaka pokonuje światło z prędkością 299 792 458 m/s w ciągu roku. Odległość Słońca od Ziemi to 8 minut świetlnych. Czyli Słońce, które widzimy teraz, jest przeszłością sprzed 8 minut. Co porusza się z taką prędkością? Niewiele „rzeczy”. A już na pewno nie obiekty posiadające masę większą od zera. Im obiekt cięższy tym potrzebna większa energia do jego rozpędzenia. Generalnie nigdy się nie zbliżymy do prędkości, które pozwoliłby nam na „swobodny” kontakt w najbliższej okolicy (powiedzmy 20 lat świetlnych). Załóżmy, że wykrywamy sygnał obcej cywilizacji, na naszym poziomie (wszystko poniżej i powyżej naszego poziomu stwarza dodatkowe problemy) z odległości 200 lat świetlnych. Dotarcie tam zajmie wieki, nawet jak błyśniemy światłem, to odpowiedź otrzymają za 200 lat. Nie wyobrażam sobie rozegrania partii szachów. Zresztą, zanim sygnał dojdzie tam i z powrotem, to okaże się, że cywilizacja zniknęła z powierzchni planety.

Kiedyś przeczytałem świetny komentarz w tej sprawie, niestety nie pamiętam gdzie i przez kogo te słowa zostały wypowiedziane, nie zacytuję ich również w oryginale Są dwie hipotezy. Jedna zakłada, że życie w kosmosie istnieje. Druga zakłada, że jesteśmy zupełnie sami. Obie są równie niesamowite. Dlatego warto go szukać. Może więc, zamiast używać łącza do moralnie wątpliwego ściągania muzyki i filmów, czy wręcz przestępczego pobierania komercyjnych programów komputerowych, zamknijmy program p2p i pozwólmy swojemu komputerowi, w chwili wolnej, na zrobienia czegoś pożytecznego. A nóż, widelec, to na naszym komputerze zostanie wykryty sygnał, na który czekamy już 50 lat?

grafika 

 
 
 
 
freeq52
freeq52
blog autora

Rynek przeglądarek internetowych pęka w szwach. Kto by pomyślał, że w roku 2010 będziemy mieli tak szeroki wybór tychże programów? Że każdy z nas będzie mógł wybrać nie jedną, a kilka przeglądarek spośród kilkunastu dostępnych? 10 lat temu mieliśmy wybór praktycznie pomiędzy dwiema – Internet Explorer bądź Netscape Navigator. Ba, wtedy nie było aż takiego problemu jak dziś – co wybrać? Nie liczyło się, jaką masz przeglądarkę, liczyło się, że posiadałeś dostęp do Internetu – wtedy to było coś. Jednak czas mija nieubłaganie. Internet Explorer wyparł Netscape’a z rynku i zaczęły się rządy, które trwają do dziś. Mimo, że pojawił się Firefox i IE zaczęło tracić pole, nadal posiada on prawie 2/3 udziału. Po dziś dzień powstała tak wielka ilość przeglądarek, że każdy z nas może znaleźć coś dla siebie. Wybór do niedawna prosty – IE czy Firefox, wcale nie jest jedynym. Na rynku istnieją wszak Google Chrome, Opera, Safari, sporą popularność mają Flock, K-Meleon, Lunascape, Maxthon czy Seamonkey, chociaż nie są to przeglądarki, które liczą się w rankingach. Od niedawna posiadamy tzw. okno wyboru przeglądarki, które zostało wprowadzone przez Microsoft dzięki KE. Od teraz nie mamy narzuconej danej przeglądarki, teraz możemy wybrać ją sami.

Wojna trwa na dobre. Producenci prześcigają się w pomysłach, aby wprowadzić coś nowego, coś, co zaskoczy konkurencję i sprawi, że będzie ona daleko w tyle – sprawi, że po produkt sięgną nowi konsumenci. Dlaczego tak się dzieje? Przeglądarki internetowe są w naszym życiu obecne od dawna. Praktycznie jest to najczęściej przez nas otwierany program komputerowy. Każdy, kto posiada Internet uruchamia swoją przeglądarkę kilkanaście razy dziennie i korzysta z niej nawet po kilka godzin. Stała się ona integralną częścią komputera, bez której w dzisiejszych czasach nie sposób funkcjonować. Dziś nie wybieramy programu do przeglądania stron internetowych. Dziś wybieramy aplikację, dzięki której będziemy to robić szybko, sprawnie i wygodnie – dzięki której przeglądanie stron nie będzie tylko możliwością, a prawdziwą przyjemnością. Ale warto sobie zadać pytanie – czy przeglądarka internetowa to tylko program czy już coś więcej? Możliwości, które nam oferują są przecież już ogromne! Klient poczty, serwer, notatnik, słownik, odtwarzacz audio i wideo, mini konsola do gier – to i o wiele, wiele więcej możemy zrobić na większości przeglądarek internetowych. Czy to jeszcze tylko program? Czy żarty o praniu i gotowaniu są aż tak mocno przesadzone?

 
 
 
 
margo.net
margo.net
blog autora

Z PDF – XChange Viewer zetknęłam się przypadkiem, szukając w Internecie czegoś zupełnie innego. Ponieważ lubię wszystko sprawdzić sama zanim wydam opinię ściągnęłam i zainstalowałam. Program bardzo miło mnie zaskoczył mnogością funkcji. Poza standardowymi jak przeglądanie plików PDF, drukowanie, przeszukiwanie znalazły się na pasku menu narzędzia do edycji. Możemy pisać, dorysowywać ramki, zaznaczać wybrane bloki tekstu, kopiować, dodawać komentarze, rozwijalne notatki czy kolorowe stemple (FINAL, EXPERIMENTAL, DRAW, itp.). Pliki są grupowane na belce w formie zakładek, mamy również możliwość zapisania pliku do formatu graficznego BMP czy JEPG. Aplikacja ta działa bardzo szybko, jest spolszczona i integruje się z przeglądarkami WWW, pliki w związku z tym są wyświetlane w oknie przeglądarki. Istnieje również wersja portale.

Przyznaję, że to jedyny program, który okazał się na tyle dobry, że zrezygnowałam z Abdobe Readera. Funkcjonalność i lekkość sprawiają, że nawet największa maruda, przyzna że jest to kawał dobrej roboty. Trudno jest mi wskazać lepszy program (do czytania i edycji plików PDF) z tych dostępnych za darmo. Warto spróbować, polecam.

 
 
 
 
MaRa
MaRa
blog autora

Ostatnio w wielu krajach jest coraz silniejszy lobbing do wprowadzenia prawa "trzech ostrzeżeń". Polega ono na odcinaniu od Internetu użytkowników notorycznie łamiących prawa autorskie. Ci, co je lansują, najwyraźniej nigdy nie przeczytali żadnej książki o zasadach stosowania prawa (wiadomo, studia nie są po to by czytać książki :)

Oto dwie z tych zasad:
1) Przepis szczególny wyłącza stosowanie przepisu ogólnego.
2) Nie można wielokrotnie karać za jedno przestępstwo.

Przepis o odcinaniu piratów jest przepisem szczególnym, dotyczącym użytkowników Internetu, którzy jednocześnie są piratami. Przepis o piractwie, zarówno programów jak i innych dzieł objętych prawem autorskim, jest wobec powyższego przepisem ogólnym, mówiącym o piractwie w ogólności. Powyższy przepis szczególny go wyłącza, jeśli pirat jest użytkownikiem Internetu.

Wniosek z tego taki, że osoba udostępniająca w świecie rzeczywistym bez zezwolenia twórcy programy (czyli np. sprzedawca na targowisku) podlega karze więzienia z kodeksu karnego oraz odszkodowania z kodeksu cywilnego, jednak jeśli będzie udostępniał nielegalne kopie przez internet, przepisy takie nie mają zastosowania, podlega pod przepisy szczególne, które przewidują co najwyżej odcięcie od Internetu.

Kiedy serwer znajduje się poza jurysdykcją danego państwa, nie ma żadnej odpowiedzialności, gdyż do danego czynu nie można zastosować przepisów z różnych paragrafów wedle woli strony oskarżającej, tak jak do wypadku samochodowego stosuje się przepisy kodeksu drogowego, nigdy karnego o próbie zabójstwa.

Czyli można pobierać z Internetu do woli, a nawet udostępniać, groziłaby za to co najwyżej kara zerwania umowy z operatorem, zamiast dotychczasowej odpowiedzialności karnej (więzienia).

Przeskocz

DualWAN dla ubogich!

13.03.2010 14:19 Autor: misiek440v2
 
 
 
 
misiek440v2
misiek440v2
blog autora

W świecie routerów do domowego zastosowania sporo się zmienia, jednak niektóre funkcje przez producentów sprzętu zostały zakwalifikowane dla wyższej półki, gdzie najtańszy sprzęt możemy znaleźć od 700 zł w górę. Niejednokrotnie zastanawiałem się jak rozwiązać problem Load Balancingu bez użycia serwera opartego o Linuksa. Jak do tej pory żaden ze sprzętów z niskiej półki, w obudowie SOHO, standardowo nie udostępniał takiej możliwości.

Ostatnio jednak pojawiło się światełko w tunelu z za wschodniej granicy, mianowicie nasi Chińscy koledzy zmodyfikowali standardowe oprogramowanie Tomato do prostej obsługi "Dualwana". Oprogramowanie to pasuje do większości routerów standardowo obsługujących firmware "matkę".

Zajrzyjmy zatem pod maskę co kryję się pod nazwą Tomato DualWAN Mod w wersji 1.23. Autorzy dali nam możliwość "łącznia" dwóch źródeł internetu za pomocą inteligentnego routingu lub load balancingu. Jako drugie łącze może nam posłużyć wbudowane radio w trybie APC lub port LAN1. Oprócz standardowych funkcji, z których słynie Tomato, dostajemy QoS opartego na dwóch WANach, oraz Smart QoS. Kolejną opcją jet możliwość przypisania ruchu po danym porcie lub IP do konkretnego WANa, w praktyce daje nam to szerokie możliwości konfiguracji, dzięki którym możemy np. przekierowywać cały ruch www na WANa 1, a ruch p2p na WANa 2. W tym firmware znalazły się już znane opcje z innych modyfikacji takie jak podział łączą na IP (IP/Bw limiter) czy Arp binding służącego do przypisywania na sztywno numerowi MAC danego IP. Warto również zwrócić uwagę, że dołączona została funkcja obsługi VPN (PPTP) oraz USB dla routerów posiadających taką opcje lub odpowiednio zmodyfikowanych sprzętowo.

Wszystkie te funkcje posiadają proste i przejrzyste GUI dzięki czemu w stosunku do ręcznego pisania skryptów wszystko mamy jak na dłoni i nawet osoba z małą (ale na pewno nie zerową xD) wiedzą na temat budowy sieci TCP/IP poradzi sobie z konfiguracją. Wielka wadą dla nas jest natomiast tłumaczenie interfejsu które jest dalekie od ideału i gdzie nie gdzie wygląda jak "Ala mieć kotek". Miejmy nadzieje, że autorzy z Chin pomyślą o reszcie świata i wypuszczą w niedługim czasie dobrze przetłumaczona wersję angielską. Oprogramowanie to było i jest testowane(użytkowane) przez mojego znajomego na modelu WRT54GL 1.1 gdzie zachowywało się bardzo stabilnie i nie zdarzył się żaden błąd, natomiast przyczepić można się do konieczności restartowania routera po zmianach w konfiguracji, gdyż z niewiadomych powodów niejednokrotnie nie działały od razu po zatwierdzeniu jak to ma miejsce w macierzystym firmware.

Wszystkim szukającym taniego rozwiązania opartego o Dual WAN bardzo polecam tą modyfikację. W cenie około 200zł możemy mieć urządzenie, które wyróżnia przejrzystość interfejsu, prosta obsługa, mnogość funkcji i stabilność (co również pokazuje jak elastyczny może być Linux w zależności od zastosowań).

www.dualwan.cn - oficjalna strona modyfikacji (dla tych co nie znają języka polecam google chrome z wtyczką g. translator), dużo informacji można znaleźć także na www.openlinksys.info.

 
 
 
 
margo.net
margo.net
blog autora

Kilka dni temu Apple wypuściło nową wersję przeglądarki Safari. Z uwaga przeczytałam komentarze jakie czytelnicy DP umieścili pod newsem informującym o tym wydarzeniu. Trochę zaskoczyły mnie opinie, które oscylowały w granicach średnio-negatywnych. Wydaje mi się, że ciągle pokutuje tu mała znajomość programu, wśród użytkowników systemu Windows. Funkcjonuje poczucie, że jest to przeglądarka na Mac’a. Owszem jest, ale nie tylko. Od dawna jest również dostępna na Windowsa i radzi sobie na nim całkiem nieźle. Sporo osób wspomina o polityce Appel, które patentuje coraz to więcej rozwiązań. Jest to kwestia złożona i nie wydaje mi się, aby można było oceniać działania tej firmy tak jednoznacznie. Appel ma nauczkę z czasów powstawania systemu, kiedy to zbyt mało patentowano i dzięki temu kilka konkurencyjnych firm skorzystało na tym bardzo mocno.

Wracając do meritum czyli do nowej Safari w wersji 4.0.5. Przeglądarka ta ma elegancki, ascetyczny wygląd, który sprawia, że na pierwszym planie widzimy stronę WWW, a nie kolorowe ramki i przyciski. Uważam, że to dobre posunięcie, bo pozwala skupić się na tym czego np. szukamy, i nie rozprasza naszego oka wielością pasków i znaków. Wszystkie potrzebne funkcje i tak są dostępne z poziomu menu. Kiedy zaczniemy szperać w rzeczonym pasku menu natrafimy na preferencje, dzięki którym możemy m.in. zmienić wygląd czcionek. Z pozoru może się wydawać, że to nic takiego. Jednak kiedy weźmiemy pod uwagę specyfikę sprzętu jaki posiadamy, czyli czy jest to monitor o płaskim ekranie czy dawniejszego typu CRT zaczyna mieć to znaczenie. Możemy wybrać bowiem opcję wyglądu fontów najbardziej odpowiadająca naszym potrzebom.

W kwestii technologii Safari stoi na naprawdę wyśrubowanym poziomie. Silnikiem przeglądarki jest WebKit, który obsługuje nowoczesne standardy (rzecz tak rozkrzyczana, wszyscy domagają się respektowania standardów, Safari jest respektuje). W związku z tym mamy obsługę ACID 2 i 3,CSS 3 i HTML 5, XML 1, CSS Canvas oraz mechanizm Nitro JavaScript. Opcja Web Inspektor z pewnością ucieszy projektantów stron i ułatwi im pracę.

Dla użytkownika, który niebardzo interesuje się tym co pod maską, a raczej szuka funkcjonalności w przeglądaniu stron WWW są również wprowadzone liczne udogodnienia. Cover Flow to rzecz, która podoba mi się naprawdę – jest to możliwość oglądania zakładek oraz historii w postaci okładek (tak jak iTunes). Bardzo efektowne i cieszy oko, podobnie jak Top Sites, atrakcyjnie wyglądający podgląd naszych ulubionych witryn. Oczywiście mamy tez do dyspozycji czytnik RSS, zapamiętywanie haseł, przeglądanie prywatne itp., jednak dużą wadą jest brak sprawdzania pisowni w języku polskim. To chyba jedyna rzecz, która mnie rozczarowała.

Safari domyślnie blokuje też reklamy, a także integruje się z systemem. Ta integracja jest nieco inna w przypadku systemu Mac OS X, a inna w Windows, ja skupię się jednak na tym drugim. Zachowano rodzimy wygląd systemu, czyli pasek tytułu, ramki itd. Jeśli ktoś ma ochotę wyświetlane są czcionki Windows, nie Apple. Możemy też wysłać tez łącze do strony pocztą, Safari otworzy nam nasz program pocztowy.

Podsumowując: Safari jest przeglądarką nowoczesną, nastawioną na rozwój, elegancki minimalizm docenią osoby, które lubią prostotę oraz funkcjonalność. Bardzo polecam ten produkt, pozostając w oczekiwaniu, że moduł sprawdzania pisowni zostanie również rozszerzony o nasz rodzimy język.

Przeskocz

Comodo Internet Security 4 Test PL

13.03.2010 11:26 Autor: Eru
 
 
 
 
Eru
Eru
blog autora

Jako, że od pewnego już czasu testuję pogramy zabezpieczające postanowiłem również tutaj zamieścić swoje filmiki z tych testów. Jako pierwszy umieszczę test Comodo Internet Security 4 ;)

Wszystkie filmiki są na YouTube (łącznie z najnowszymi jest ich 46) - starsze testy możecie obejrzeć na moim kanale YouTube.

grafika grafika 

 
 
 
 
Orion
Orion
blog autora

Temat tego artykułu nasunęła mi własna siostra, jak również jej koleżanki oraz sporo publikacji, które pojawiły się w internecie.

Na początku zadamy sobie pytanie: Co jest potrzebne, aby stworzyć CV, które będzie mogło być wysyłane, edytowane przez znajomych, oraz oglądane przez potencjalnych pracodawców. Czyli koleżanka/kolega prosi nas, abyśmy wysłali jej/jemu swojej CV, bo chciałby zobaczyć, jak zrobić takie ładnie wyglądające, a zaraz czytelne. I tutaj zaczynają się schody.

W tym momencie wtrącę swoją rozmowę z siostrą:

- Braciszku
- Tak, słucham?
- Czy byłbyś w stanie zainstalować mi MS Office'a?
- A stać cię?
- A na co?
- No na wydanie 200 zł na pakiet biurowy. Przecież jest on płatny.
- Ale na co mam wydać? Przecież wszyscy ściągają sobie z internetu.
- No to niech sobie ściągają. Ja chcę tylko mieć oryginalne oprogramowanie na komputerze, a że internet daje mi możliwość posiadania legalnego i darmowego zarazem oprogramowania, które wystarcza do moich potrzeb, to czemu mam nie skorzystać. - A tak ogółem, to po co ci MS Office ?
- Bo chciałam napisać CV.
- Przecież w OpenOffice też możesz.
- Ale jak wysyłam do koleżanek, to nie otwiera im się.
- Jak to się nie otwiera?
- Tzn. otwiera się, ale wyskakują krzaczki.
- A w pdf nie możesz wysłać??
- Ale ja chcę wysłać w tym formacie, w którym im się otworzy.
- No to niech sobie zainstalują OpenOffice i po kłopocie. Ja otwierałem swoje CV, na 30 komputerach z pakietem OpenOffice i jakoś problemu nie miałem.
- Idę sobie sama ściągnąć i zainstalować.

Siostra się troszkę zdenerwowała, ale przejdzie jej.

Jakie wnioski się nasuwają z tej konwersacji:

1.Wielu młodych ludzi nie jest uświadamianych, że istnieje coś takiego, jak Writer, Calc czy Presentation, Abiword, Gnumeric, Google Docs. Oni znają tylko Word, Excel, PowerPoint.

No dobrze. Powiecie, po co mu Writer, skoro jego rodzina używa i posiada oryginalnego Word'a. A no po to, że nie każdy musi to mieć, a na rynku jest wiele różnych pakietów biurowych, które nie zawsze posiadają konwersję do innych formatów. Może czas, aby państwo coś zrobiło w tej kwestii. Nawet media by pomogły, bo to one mają bardzo duży wpływ na nasze życie. Ale jak tak patrząc na niektóre programy, to wszędzie tylko Windows, Word. Czemu by czasem dla przykładu nie mogli dać np. Ubuntu/openSUSE/Mandriva i Writer/Abiword?

2. Kwestia legalności, która jest poruszana tutaj w wielu artykułach.

Obecnie w wielu domach, dzięki uprzejmości firmy z Redmond sprzed 25 lat, spora liczba użytkowników posiada nielegalny system ich produkcji. Nie wnikam, jaką wersję, bo to kwestia gustu i przyzwyczajenia. Do tego dochodzi jeszcze spora dawka innych programów o wątpliwej legalności, lub jeżeli użytkownik ma świadomość, to piraci tylko system(jest na dobrej drodze do bycia legalnym).

3. Czemu pisanie jakichkolwiek dokumentów musi być zawsze kojarzone z Word oraz Excel?

Wiele razy spotkałem się z tym u ludzi. Niestety, ale jest to niezbyt mądre, a co najbardziej niepokojące, to to, iż napisanie najprostszego nawet dokumentu, choćby listu musi się odbyć w tymże pakiecie. Nie wspominając już o zrobieniu kilku prostych tabelek z prostymi wyliczeniami. Najciekawsze w programach kalkulacyjnych jest to, iż wszyscy tak bardzo chwalą Excel. A do nauki wystarczyłby w zupełności Gnumeric.

4. Czy do napisania CV potrzeba MS Word'a??

Moja odpowiedź brzmi: NIE. Owy procesor tekstu nie jest w ogóle nam potrzebny do tego zadania. Wystarczy posiadać choćby Abiword, czy Writer, tudzież Documents. Przecież wielu młodych ludzi, pisząc swoje życiorysy, zapełni może 1/2 strony papieru A4. Do napisania wystarczyłby zwykły notatnik tekstowy, których na rynku jest masa.

Konkluzja

Patrząc aktualnie na rozkład sił na rynku pakietów biurowych, oraz zaangażowanie państwa w edukację obywateli już od najmłodszych lat, śmiem stwierdzić, iż dopiero za około 10 wiosen pokolenie będzie w stanie mówić:
"Napiszę Ci CV w Writer lub Abiword, chyba że wolisz Word"
"Zrobię tą tabelkę w Calc lub Gnumeric, Excela niestety nie posiadam."

 
 
 
 
M@ster
M@ster
blog autora

Pewno wielu z Was zastanawiało się nie raz, dlaczego ten sam plik, wysłany pocztą elektroniczną zajmuje więcej niż na dysku. Przyczyny tego zjawiska należy dopatrywać się w czysto tekstowej formie protokołu poczty POP3 oraz SMTP. Jako że tekst drukowany, zawiera się w niepełnych 8-bitach (tzn. jest mniej niż 256 różnych liter alfabetu i innych znaków), stąd też nie można wysłać danych 8-bitowych przy jego pomocy.

Co się robi w takiej sytuacji? Pewni sprytni ludzie, wymyślili swego czasu kodowanie o nazwie Base64. Cóż takiego ono robi? Przekształca bloki 3 bajtowe, na 4 bajtowe o reprezentacji w zakresie znaków drukowanych. Innymi słowy, zapisuje 3 liczby 8-bitowe w postaci czterech 6-bitowych, jednakże tak, aby użyć do tego celu jedynie liter alfabetu oraz cyfr.

Z uwagi na w/w sposób działania, zwiększa się ilość danych potrzebnych do reprezentacji tego samego zbioru w kodowaniu Base64. Skoro z każdych 3 bajtów uzyskujemy 4, to plik w poczcie elektronicznej zajmuje o 33,3% więcej w stosunku do swojej oryginalnej kopii na dysku twardym. Przykładowo, plik 2MB w postaci załącznika do wiadomości e-mail będzie zajmował 2,66MB.

grafika 

System łatania dziur bywa nieskuteczny. Bynajmniej nie mam tu na myśli polskich dróg, a popularne aplikacje przeznaczone na jeszcze popularniejszy system operacyjny. Zapraszam do lektury wpisu o tym, dlaczego w zetknięciu ze zwykłym użytkownikiem wiele systemów dystrybucji łatek wszelakich nie ma żadnych szans. Swoje wnioski oparłem na autentycznych doświadczeniach.

Windows Update - Vista to krok w tył.

Zacznijmy od chyba najbardziej znanego systemu dostarczania aktualizacji jakim jest Windows Update. Dlaczego uważam, że Vista jest krokiem w tył? Aby to wyjaśnić cofnijmy się do jej poprzednika - XP. W systemie tym funkcja aktualizacji automatycznych działała w sposób następujący:

1. Zostały pobrane aktualizacje
2. Przy przycisku wyłączania pojawia się symbol informujący, że aktualizacje są gotowe do zainstalowania. Aby anulować instalację należy przycisnąć dodatkowy klawisz na klawiaturze.

Teraz ten sam scenariusz w wykonaniu Visty:

1. System pobiera aktualizacje (bez zmian w stosunku do poprzednika)
2. Z pozoru sytuacja znów wygląda identycznie jak w poprzedniku, jednak jest jeden istotny szczegół.
Symbol tarczy pojawia się tym razem na przycisku, który standardowo ma przypisaną funkcję przełączania komputera do trybu uśpienia.

W tym miejscu pojawia się problem. Otóż tzw zwykły użytkownik zupełnie ignoruje zmianę funkcji tego przycisku, a do zamykania systemu używa rozwijanego menu znajdującego się obok. Niestety kliknięcie polecenia zamknij nie powoduje instalacji pobranych uaktualnień. W ten sposób czas od pojawienia się łatek do ich instalacji w systemie niepotrzebnie się wydłuża. Na szczęście rozwiązanie to zostało poprawione w najnowszym systemie Microsoftu - Windows 7.

Flash Player - automatyzacja wielce pożądana.

Flash Player firmy Adobe, jest programem zainstalowanym niemal na wszystkich komputerach. Niestety jego popularność jest powodem sytuacji, że błędy w tym programie stwarzają istotne niebezpieczeństwo. Posiadanie najbardziej aktualnej wersji jest wiec w tym przypadku kwestią bardzo ważną. Niestety system dystrybucji aktualizacji w tym przypadku pozostawia nieco do życzenia. W przypadku Flasha informacja o nowej wersji pokazuje się w wyskakującym okienku. Informacja ta ma mniej więcej taką treść:

Dostępna jest nowa wersja programu Adobe Flash Player

Poniżej znajdują się dwa przyciski zainstaluj oraz anuluj. Nie jestem w stu procentach pewien czy ten drugi przycisk ma taką nazwę, z pewnością jednak pozwala on na pominięcie instalacji. Problem w tym, że przeciętny użytkownik często wybiera właśnie ten drugi przycisk myśląc: Na co mi jakaś aktualizacja. Nie potrzebuję nowej wersji skoro ta, którą mam działa dobrze.. Jeżeli mamy do czynienia ze szczególnie niedoświadczonym użytkownikiem do tego dochodzi jeszcze obawa: Nie będę tego instalować bo jeszcze coś przestanie działać itp. Zważając na to, że aktualizacja tej aplikacji, jak już pisałem, ma znaczenie kluczowe sądzę, że firma Adobe powinna poważnie pomyśleć nad jej całkowitą automatyzacją. Ewentualnie wyskakujące okienko powinno zawierać bardzo wyraźną informację o niebezpieczeństwie związanym ze zignorowaniem aktualizacji.

Problem w różnorodności.

Kolejnym problemem jest to, że obecnie użytkownicy systemów z Redmond muszą się zmagać z wieloma rożnymi systemami dostarczania łatek do oprogramowania wielu różnych aplikacji. Bardzo ciekawą propozycję rozwiązania tej bolączki przedstawiła niedawno zajmująca się bezpieczeństwem Secunia. W kolejnej wersji swojego programu Personal Software Inspector duńska firma zamierza zaimplementować jednolity mechanizm aktualizowania popularnych aplikacji. Więcej na ten temat można przeczytać w artykule serwisu IDG "Typowy użytkownik co chwilę coś łata". W tej chwili wypada pochwalić sposób dostarczania uaktualnień w systemach linuksowych. Niestety użytkownicy Windows raczej mogą tylko pomarzyć o podobnym rozwiązaniu w ich systemach.

Podsumowanie.

Przedstawione tu problemy prawdopodobnie nie dotykają w znacznym stopniu zaawansowanych użytkowników, jakimi w większości są Czytelnicy tego wortalu. Bardzo istotna jest również odpowiednia edukacja osób mniej zorientowanych w tej tematyce (zagadnieniem tym zamierzam zająć się w następnym blogowym wpisie). Niemniej jednak sądzę, że producenci oprogramowania w tej sprawie również mają szerokie pole do popisu. Zapraszam do wyrażania swoich opinii w komentarzach.

 
 
 
 
Meszuge
Meszuge
blog autora

Miałem na swoich kolejnych maszynach Windows 95, Windows 98, Windows Me, Windows XP (Home i Prof.), Windows Vista Business i wreszcie Windows 7 Home Premium 64 bit. Eksperymentów z kilkoma Linuksami nie wspominam, bo to zawsze było grube nieporozumienie. W okolicach Windows Me, czyli mniej więcej dziewięć lat temu, nauczyłem się konsultować ze swoim sklepem/serwisem sprawę podzespołów, z których składamy (oni, lub ja, albo pół na pół) moje kolejne komputery. Ja wprawdzie zwykle dokładnie wiem, o co mi chodzi i czego potrzebuję, ale oni mają jednak zdecydowanie więcej doświadczenia.

Kiedy szykowałem się do przesiadki na Vistę, co oczywiście wiązało się z nowym komputerem, zjawiłem się w sklepie z kartką, na której wypisałem elementy, z których ma zostać zbudowana nowa maszyna. Dodałem też głośno i wyraźnie, że komputer będzie pracował pod kontrolą systemu Windows Vista, więc żeby wzięli to pod uwagę. Wzięli. Przestudiowali moją specyfikację i zaproponowali jedną tylko zmianę: twardego dysku na inny model (ta sama pojemność i parametry, tyle, że innej firmy i – co ciekawe – o kilkanaście złotych tańszy), bo ponoć ten, który sobie wybrałem, mógłby z Vistą sprawiać jakieś problemy. Oczywiście zgodziłem się.

Miałem ten komputer z Vistą od połowy roku 2007 i do końca nie sprawiał mi zupełnie żadnych problemów, a kiedy jeszcze doszły SP1 i SP2, byłem więcej niż zadowolony i całkowicie usatysfakcjonowany. Tylko czasem, z pewnym zadziwieniem i kompletnym brakiem zrozumienia czytałem w różnych miejscach setki wypowiedzi zawierających wściekłe ataki i krytykę tego systemu, który ponoć był/jest tak strasznie zły, tak potwornie niedobry, tak koszmarnie niedorobiony, że właściwie zupełnie nie da się go używać.

W przypadku systemu Windows Vista miałem tylko dwie uwagi, czy zastrzeżenia:

1. System zajmuje dużo miejsca. Jestem nauczony używać na bieżąco programu Norton Ghost 2002 (tej wersji, którą uruchamia się jeszcze przed startem systemu operacyjnego zainstalowanego na dysku) i trochę szkoda mi było czasu, bo przywracanie pełnej kopii Windows Vista ze wszystkimi sterownikami, z pakietem Office itd. zajmowało mi około 18-20 minut, a nie jak w przypadku XP 7-9 minut.

2. System Windows Vista startował wyraźnie wolniej niż Windows XP. Service Packi sporo w tym względzie poprawiły, ale nadal było to dla mnie zbyt długo. W normalnych (dla mnie) warunkach nie sprawiało mi to problemu. Włączam komputer rano, idę do łazienki, a kiedy wracam umyty i ubrany, wszystko już działa. A więc w czym problem? Długi start bywał irytujący jedynie w przypadku potrzeby restartowania systemu.

Na początku roku 2010 nadszedł czas na nowy komputer i nowy system: wychwalany pod niebiosa przez zachwyconych użytkowników (i producenta), wielbiony, opiewany i sławiony… Windows 7.
W praktyce okazało się, że:

a) System Windows 7 zajmuje trochę więcej miejsca niż Windows Vista; niedużo więcej, może ok. 1,5 GB, ale jednak.

b) System Windows 7 startuje nieco szybciej niż Vista, może nawet z kilkanaście sekund, ale to, jak już wyjaśniałem, właściwie mi „lotto”. Poza tym raczej wiązałbym owo przyśpieszenie z o wiele lepszymi parametrami mojej nowej maszyny, a nie z systemem.

c) System Windows 7 zawiera Kompozycje. Jako, że nie przepadam za obrazkami z dziecinnych bajek (na przykład), a usuwanie kompozycji i ich elementów jest koszmarnie żmudne i uciążliwe, uważam trwałe umieszczanie ich w systemie za spory minus. Zajmują miejsce, a tym samym wydłużają czas działania programu Norton Ghost (i oczywiście nie tylko, bo dłużej trwa choćby defragmentowanie dysku).

d) System Windows 7 szybciej się instaluje. Tak, to niewątpliwie plus. Tyle, że chyba niezbyt często się ten plus przydaje.

e) System Windows 7 ma Biblioteki. Ja oczywiście wiem, rozumiem, poczytałem sobie na ten temat, ale w sumie z punktu widzenia użytkownika, nie wgłębiającego się w zawiłe niuanse działania systemu bibliotek, jest to tylko kosmetyczna zmiana nazwy.

f) W systemie Windows 7 nie znalazłem jak dotąd żadnego klienta poczty elektronicznej. Ja sobie jakiś znajdę i zainstaluję, ale nie dla wszystkich jest to takie proste i oczywiste.

g) W systemie Windows 7 nie znalazłem jak dotąd (a pytałem na kilku forach) sposobu na wyświetlanie dużych i bardzo dużych ikon użytkownika.

h) W systemie Windows 7, PowerShell (interpreter poleceń) jest potrzebny tylko bardzo, bardzo, bardzo zaawansowanym użytkownikom, w bardzo, bardzo, bardzo rzadkich przypadkach. Wydaje mi się (obym się mylił), że ludzi potrafiących z niego korzystać i faktycznie korzystających, jest może ze 2% ogólnej liczby użytkowników komputerów. Ale miejsce to zajmuje wszystkim... niestety.

Żeby nie przeciągać – Czy system Windows 7 jest zły? Ależ skądże! Jest dobry! Bardzo dobry. Tyle tylko, że za jeden Windows 7 OEM mogę w tej chwili kupić dwie Visty BOX i gdyby mnie ktoś zapytał, czy Windows 7 jest wart aż tak ogromnej różnicy w cenie, to odpowiedziałbym, że jednak niestety nie, nie jest. I stąd moje niewielkie rozczarowanie...

Przeskocz

Phishing

11.03.2010 17:59 Autor: Eru
 
 
 
 
Eru
Eru
blog autora

Chciałem omówić bardzo ciekawy temat jakim jest phishing.

Wciąż wielu ludzi nabiera się na strony wyłudzające dane do kont bankowych/kart kredytowych. Zaczęło mnie zastanawiać czemu tak się dzieje, że wielu użytkowników wciąż nabiera się na maile rzekomo z banków w których mają założone konta mimo iż bank informuje, że nigdy nie wysyła maili z prośbą o zalogowanie się na konto w celu zmieniania danych, bądź uaktualnienia ich - niekiedy nawet pod groźbą zawieszenia konta.

Podrobione strony niekiedy łatwo odróżnić od oryginalnych lecz niekiedy jest to wyjątkowo trudne. Ostatnio maile z phishingiem dotyczyły Lukas banku - oczywiście kto nie miał tam konta olewał ten mail - lecz niestety niektóre osoby które tam konto posiadają przeczytały go i kliknęły w odnośnik, który przenosił je na podrobioną stronę logowania do konta - i tutaj bardzo łatwo szło odróżnić stronę ponieważ nie miała kilku elementów - tak wiem ja może na to zwróciłem uwagę ponieważ jestem dość doświadczonym użytkownikiem PC'ta - co jednak z mniej doświadczonymi? Oni też mogli się zorientować że coś jest nie tak, ponieważ pasek adresu nie zmienił barwy na zieloną ani nie pojawiła się kłódeczka co ma miejsce na oryginalnej stronie logowania.

Czemu zmiana koloru paska adresu na zielony i pojawienie się kłódeczki jest tak ważna? Ponieważ potwierdza, że strona została sprawdzona przez odpowiednią organizację, która się tym zajmuje i że jest to oryginalna strona a nie podrobiona oraz, że jest to połączenie szyfrowane - na allegro też ma miejsce zmiana koloru paska adresu na zielony oraz pojawienie się kłódeczki, w innych bankach jeżeli chcemy sprawdzić konto też to powinno być - i powinno się zwracać na to szczególną uwagę żeby nikt nie wykradł naszych danych bankowych lub danych logowania do serwisów aukcyjnych (bo wiadomo ktoś sobie pozamawia drogie rzeczy na nasz koszt i potem spłacaj to ;)).

Jeżeli chcemy jeszcze upewnić się czy strona nawet po zmianie koloru paska adresu i pojawieniu się kłódeczki jest bezpieczna to możemy przejrzeć jej certyfikat autentyczności i sprawdzić jaka organizacja go przydzieliła oraz do kiedy jest on ważny. Możemy też użyć bardzo popularnego, pożytecznego i polecanego dodatku do Firefox'a i Chrome pod nazwą Web Of Trust - czyli WOT - więcej o tym dodatku możecie przeczytać na stronie WOT. Także producenci programów antywirusowych dodają różne dodatki do sprawdzania witryn np.: Symatec - Norton Safe Web, Kaspersky - URL Advisor, McAfee - Site Advisor itp.

Więc warto z nich korzystać ponieważ są bardzo przydatnymi dodatkami (można ich używać wraz z WOT) - mogą nas uchronić przed wyłudzeniem danych logowania i strat finansowych (np. w przypadku allegro jak już wspomniałem).

Więc pamiętajcie jeżeli logujecie się do konta bankowego/konta w serwisie aukcyjnym zwracajcie uwagę na szczegóły, korzystajcie z dodatków do przeglądarek (np. WOT lub podobnych) żebyście nie padli ofiarą phishingu.

grafika grafika grafika

Przeskocz

Oooo!

09.03.2010 17:14 Autor: januszek
 
 
 
 
januszek
januszek
blog autora

Zdarza się czasem tak, że spotykamy się z jakąś informację ale chwilę po jej nieuważnym przeczytaniu o niej zapominamy. Potem lekko zdziwieni jesteśmy tym jak zapowiadane w taki sposób sprawy materializują się nam przed nosem. Mnie spotkało to w czasie aktualizacji laptopa (stary HP 500 z Windows HE) z witryny Windows Update. Jak zwykle po zainstalowaniu aktualizacji system domaga się restartu, rutynowo klikam ok. System rebootuje się i nagle pojawia się okienko "Ważny wybór: przeglądarka". Oooo!

Czytam uważnie, że mam upewnić się czy mam połączenie z Internetem. Upewniam się, mam, klikam OK. Następuje połączenie z Siecią i po chwili mam do wyboru: MSIE 8, Operę, Google Chrome, Firefoxa, Safari, GreenBrowser, Avant Browser, Maxthon, K-Meleon, Sleipnir, FlashPeak i Flocka... Oooo!

Cóż, na tym laptopie od jakiegoś czasu używam tylko MSIE 8 więc kliknąłem na MSIE 8 bo pomyślałem, że program od wyboru przeglądarki rozpozna, że MSIE 8 jest już zainstalowany i da mi święty spokój. Jak myślałem tak się stało. Otworzyła się strona produktowa Internet Explorera 8 z wyświetloną informacją o tym, że MSIE jest obecnie ustawiony jako domyślna przeglądarka i żadne dodatkowe czynności nie są wymagane. Zamknąłem więc okno przeglądarki. Oooo!

Na pulpicie pojawiła się nowa ikonka "Wybór przeglądarki". No dobra, zobaczmy co się stanie jak wybiorę inną przeglądarkę. Tym razem kolejność była inna: Firefox, Opera, Google Chrome, MSIE 8, Safari, Avant Browser, GreenBrowser, Sleipnir, Maxthon, Flock, FlashPeak i K-Meleon. Klikam na ostatnią pamiętając, że ostatni będą pierwszymi. Otwiera się strona (w języku angielskim): kmeleonbrowser.org/download.php i tyle, czyli krótko mówiąc radź sobie użytkowniku dalej sam.

Postanowiłem więc sprawdzić wszystkie inne:

- Google Chrome - otwiera się strona z treścią licencji i klawiszami "Zaakceptuj i zainstaluj" oraz "Anuluj".
- Firefox - pojawiło się okno pobierania pliku Firefox Setup 3.6.exe.
- Opera - pojawiło się okno pobierania pliku Opera_1050_int_Setup.exe.
- Safari - trafiamy na witrynkę Apple do pobierania pliku instalacyjnego przeglądarki Safari i plik jest pobierany automatycznie.
- Avant Browser - pojawiło się okienko pobierania pliku absetup.exe.
- GreenBrowser - pojawiło się okienko pobierania GreenBrowserSetup.exe.
- Sleipnir - trafiamy na anglojęzyczną stronę domową projektu Sleipnir.
- Maxthon - pojawiło się okienko pobierania pliku setupmaxthon.exe.
- Flock - pojawiło się okienko pobierania pliku flock-2.5.6.pl.win32.exe.
- FlashPeak - trafiamy na anglojęzyczną stronę domową FlashPeak z której możemy pobrać - SlimBrowser 4.12 Build 025.

Wniosek: czy aby na pewno Komisji Europejskiej chodziło o to aby MS wbudował w swój system książkę adresową wypełnioną linkami do plików instalacyjnych lub stron domowych producentów konkurencyjnych przeglądarek?

grafika 

 
 
 
 
M@ster
M@ster
blog autora

Pojemność? Pakiet transferu? Ilość kont e-mail? Nie. Oczywiście są to ważne parametry, które podaje chyba każda firma świadcząca usługi hostingowe, nie mniej nie na to chciałem zwrócić uwagę. To wszystko co widzimy w ofertach serwerów wirtualnych chyba każdy webmaster potrafi samodzielnie ocenić, czy przydzielone gigabajty pomieszczą jego stronę i ile skrzynek pocztowych będzie mu potrzebnych.

W tym wpisie chciałbym zwrócić uwagę na kwestie które są mniej atrakcyjne marketingowo, a co za tym rzadziej podawane, a mające duże przełożenie na jakość usługi. To właśnie spora część tych parametrów sprawia, że dwie firmy mające w ofercie w przybliżeniu ten sam pakiet, oferują go czasami pod skrajnie różnymi cenami.

Nie przedłużając zbytnio, zaczynajmy - na co zwrócić uwagę przy kupowaniu hostingu?

Lokalizacja

Nie firmy, ale serwerowni. Jeśli kierujemy naszą ofertę na rynek polski, dobrze aby serwerownia również znajdowała się w naszym kraju. Dlaczego? Są co najmniej dwa powody. Pierwszy, wiemy że mamy do czynienia z poważną instytucją, która zainwestowała w infrastrukturę a nie tylko wykupiła pakiet resellera i dolicza swoją marżę. Drugi, znacznie lepsze połączenie do krajowych dostawców internetu. Z reguły dostawcy usług hostingowych chwalą się jeśli posiadają serwerownię w Polsce, jeśli nie podają tej informacji to niestety nie mamy możliwości zweryfikowania tego.

Czas dostępu

Popularny ping. Im mniejszy, tym lepszy. Jeśli dysponujecie normalnym łączem (tzn. nie podzieloną na 100 osób radiówką) możecie samodzielnie sprawdzić ten parametr, wydając komendę w wierszu poleceń:
ping www.strona_dostawcy_uslug.pl
Niestety nie wszystkie serwery odpowiadają na ping'a. Czasami jest to podyktowana względami bezpieczeństwa. Co nam daje krótki czas opóźnienia? Na pewno szybsze ładowanie strony w momencie korzystania z wielu zasobów (szerzej omówiłem ten temat tutaj). Zwiększa to również komfort nawigowania po folderach serwera w trakcie sesji FTP.

Jaka wartość jest najlepsza? Poza idealną równą 0ms, czas opóźnienia poniżej 25ms możemy uważać za bardzo dobry, 50ms również nie jest najgorszym wynikiem. Wystrzegajmy się hostingów dla których wartość ta przekracza 100ms. Poniżej zapis rezultatu komendy ping dla serwisu onet.pl - bardzo dobry czas odpowiedzi, dobry punkt odniesienia.
Badanie onet.pl [213.180.146.27] z użyciem 32 bajtów danych:
Odpowiedź z 213.180.146.27: bajtów=32 czas=13ms TTL=54
Odpowiedź z 213.180.146.27: bajtów=32 czas=12ms TTL=54
Odpowiedź z 213.180.146.27: bajtów=32 czas=12ms TTL=54
Odpowiedź z 213.180.146.27: bajtów=32 czas=12ms TTL=54
Statystyka badania ping dla 213.180.146.27:
Pakiety: Wysłane = 4, Odebrane = 4, Utracone = 0 (0% straty),
Szacunkowy czas błądzenia pakietów w millisekundach:
Minimum = 12 ms, Maksimum = 13 ms, Czas średni = 12 ms

Uptime

Uptime, czyli czas przez jaki dostępna jest usługa w ciągu roku. Nie oszukujmy się, jesteśmy tylko ludźmi a powiedzenie „złośliwość rzeczy martwych” nie wzięło się znikąd. Uptime poniżej 99,9% powinien zwrócić naszą czujność, jeśli nie chcemy oglądać co drugi dzień informacji o niedostępności strony.

Każda następna dziewiątka podnosi znacznie koszt usługi, i jeśli nie jest to strona najwyższej wagi nie ma sensu za to przepłacać. 99,9% oznacza brak dostępności do strony maksymalnie przez niecałe 9h w ciągu roku.

Bez względu na to czy wartość uptime znajdziemy w ofercie czy nie, warto zweryfikować ją w serwisie takim jak UpTime Monitoring.

Wersja PHP i MySQL

Aktualne wersje PHP i bazy danych MySQL to podstawa. Świadczą o tym że firma aktualizuje swoje oprogramowanie i co najważniejsze, umożliwia nam korzystanie z najnowszych rozwiązań. Dla PHP akceptowalna wersja to 5.2.x, dla bazy danych MySQL: 5.x.

Jeśli informacja o wersjach nie jest dostępna na stronie usługodawcy, warto zadać takie pytanie, przy okazji sprawdzimy czas reakcji na pytanie klienta - najlepiej w dni wolne, polecam niedzielę ;).

Rozszerzenia PHP

Jeśli nie prowadzisz skomplikowanego serwisu, lub korzystasz z gotowych rozwiązań (np.: systemów zarządzania treścią), to nie musisz się zbytnio tym przejmować. Jeśli jednak samodzielnie piszesz kod w PHP, warto zwrócić uwagę na zainstalowane rozszerzenie dla tego parsera. Możemy to łatwo uczynić przy pomocy komendy phpinfo. Nie będę opisywał jak to dokładnie zrobić, gdyż osoby które powinny zwrócić na to uwagę doskonale wiedzą jak to zrobić, i jakich rozszerzeń potrzebują.

Transfer danych

Nie chodzi tutaj o jego ilość, która nawiasem mówiąc też jest ważna, ale raczej o procedury postępowania w sytuacji jego przekroczenia. Warto zorientować się czy w takiej sytuacji dostęp do naszej strony zostanie odcięty czy też może przyjdzie nam zapłacić za nadmiarowego dane, a jeśli tak to ile. Tego typu informację powinniśmy znaleźć w ofercie dostawcy usług bądź też w regulaminie.

Podsumowanie

Jeśli nie chcemy tracić niepotrzebnie nerwów, to radzę wystrzegać się ofert z Allegro gdzie w 1/10 ceny oferowane jest to co znajdziemy u firm profesjonalnie zajmujących się hostingiem. Z pozoru oferta może się niczym nie różnić, ale jeśli przyjrzyjmy się jej pod kątem w/w parametrów, to prawda wyjdzie na jaw.

Oczywiście nie tylko osoby oferujące tego typu usługi w serwisie Allegro będą nas kusić naciąganymi ofertami, tak samo również i tam znajdą się produkty wysokiej jakości.

Przedstawiona lista wynika z moich własnych doświadczeń z serwerami wirtualnymi oraz usługodawcami trudniącymi się tym fachem. Mam nadzieję, iż pomogłem wskazać z pozoru nieuzasadnione różnice cenowe między podobnymi ofertami, jak i rozwiałem wątpliwości osób wahających się przed zakupem.

grafika 

Przeskocz

Pulpit semantyczny Nepomuk

06.03.2010 11:40 Autor: iacobus
 
 
 
 
iacobus
iacobus
blog autora

Użytkownicy nowego KDE (4.4) mogą cieszyć się pulpitem semantycznym Nepomuk. Jest to nadzwyczaj ciekawa technologia, pozwalająca wyszukiwać dane nie tylko za pomocą nazw, ale również na podstawie metadanych dodanych przez użytkownika lub nawet treści plików.

Po pierwszym zalogowaniu się do środowiska system poinformuje nas czy mamy wszystkie potrzebne komponenty do uruchomienia usługi. Najczęściej będziemy musieli doinstalować pakiet virtuoso-minimal. Jeżeli wszystko jest gotowe otrzymamy powiadomienie o rozpoczęciu indeksowania naszych danych za pomocą demona strigi. Może to trochę potrwać - w zależności od ilości zgromadzonych danych w katalogach, które mają być przeszukane (domyślnie katalog domowy).

Najpierw o metadanych. W Doplhinie, domyślnym menedżerze plików w KDE, po prawej stronie (domyślnie, włączanie lub wyłączanie F11) znajdziemy panel Informacje. Po najechaniu kursorem na dowolny plik lub katalog będziemy mogli edytować metadane tego pliku lub katalogu. Możemy go ocenić, skomentować lub dodać tagi. Oczywiście, możemy tę operację wykonać również na zbiorach plików, co pomaga znacznie zaoszczędzić czas. Dzięki dobrze dobranym tagom możemy odnaleźć dokładnie te informacje, które nas interesują. Nie ma potrzeby wyszukiwać wszystkich plików PDF, skoro interesują nas wyłącznie ebooki. Podobnie możemy chcieć wyszukać jedynie komedie spośród wszystkich naszych filmów lub wyłącznie muzykę klasyczną w naszych zbiorach płyt. W polu wyszukiwania wpisujemy po prostu odpowiednie słowo kluczowe i już!

Na załączonym zrzucie ekranu widzimy, że oprócz folderów, które były opisane słowem kluczowym "muzyka klasyczna" znalazły się również pewne pliki tekstowe. Jest to zdecydowanie najciekawsza funkcja Nepomuka. Wpisując w szukajkę dowolne wyrażenie odnajdziemy również te pliki, w których to wyrażenie było użyte. Dla testów stworzę plik o nazwie Lorem ipsum, w który wrzucę właśnie standardowy wypełniacz lorem ipsum, a gdzieś pomiędzy zdania wpiszę "dobreprogramy.pl".

Eksperyment, jak widać na ostatnim zrzucie ekranu, powiódł się znakomicie. Po ponownym uruchomieniu strigi (kolejne indeksowanie trwa kilka sekund) wpisałem w wyszukiwarkę hasło "dobreprogramy.pl" i bezbłędnie odnalazłem plik o który chodziło.

Oczywiście to jeszcze nie wszystko co można wycisnąć z Nepomuka. W przyszłym wydaniu KDE 4.5, możemy spodziewać się m.in. integracji klienta poczty Kmail z interfejsem pulpitu semantycznego. Dzięki Akonadi - usłudze przechowywania oraz zarządzania informacjami osobistymi (PIM) będziemy mogli bardzo łatwo zintegrować oraz wyszukiwać dane "rozrzucone" po np. programach pocztowych, komunikatorach, czytnikach kanałów RSS czy usenetu. Jest na co czekać!

grafika grafika grafika

 
 
 
 
PM9
PM9
blog autora

Konto administratora jest tworzone podczas instalacji systemu, nie posiada również hasła. Problem w tym, że nie jest widoczne na ekranie logowania. Jak wymusić pojawienie się konta administratora na ekranie logowania?, czy to jest potrzebne?.

Jak zalogować się jako Administrator?

W tym celu należy uruchomić wiersz poleceń jako Administrator.

Wersja polska:
Start ->Wszystkie programy ->Akcesoria ->Wiersz poleceń, z menu kontekstowego wybrać należy Uruchom jako administrator.

Wersja angielska:
Start -> All Programs -> Accessories -> Command Prompt, z menu kontekstowego wybrać należy Run as administrator.

Następnym krokiem jest wpisanie polecenia:
net user Administrator /active:yes

Na koniec zatwierdzić klikając Enter. Następnie powinna ukazać się informacja, że polecenie zostało pomyślnie wykonane. Teraz trzeba się wylogować (przełączyć użytkownika) i na ekranie logowania obok swojego konta pojawi się nowa pozycja: Administrator.

Po wybraniu ikony bez jakiegokolwiek hasła można zalogować się do systemu z najwyższymi uprawnieniami. Przy pierwszym logowaniu trzeba chwilę zaczekać. System przygotowuje pulpit. Wyświetlony zostanie komunikat "Preparing your desktop..." (Przygotowywanie Pulpitu), po czym ukaże się domyślny pulpit Windows.

Każdy może powiedzieć - Ale to nic nadzwyczajnego. Otóż nie, od tego momentu użytkownik posiada absolutną kontrolę nad komputerem. Ikonka jest już tylko ikonką. System nie zadaje żadnych pytań, nie ostrzega przed niczym, pozwala zmieniać użytkownikowi co tylko zechce. Można nawet zmienić hasła innych administratorów systemu (nawet tych zalogowanych). Można oczywiście zmienić też swoje (Administratora), żeby nikomu innemu nie przyszło właśnie to do głowy.

Czy to jest potrzebne?

Pytanie pozostaje czy jest to do czegokolwiek przydatne. Odpowiedź powinna brzmieć NIE. Korzystając z konta administratora można poczynić ogromne szkody w systemie. Przyda się oczywiście, jeżeli któraś z osób posiadających prawa administratora zapomni hasła. Microsoft bardzo się postarał wymagając przy najprostszych czynnościach konfiguracyjnych konieczności podnoszenia uprawnień, co zwykle kończy się u dużej części osób wyłączeniem mechanizmu UAC na stałe.

Kiedy już zostanie zakończona przygodę z kontem Administratora najlepiej je wyłączyć. Zrobić to można w sposób analogiczny do poprzedniego. Uruchomić należy wiersz poleceń jako administrator i wpisać komendę: net user Administrator /active:no i wcisnąć klawisz Enter.

Na koniec jeszcze mały drobiazg. Jeżeli chcesz poczuć się bezpieczniej, można za pomocą wiersza poleceń ustawić hasło dla konta administratora bez jego aktywowania. W tym celu trzeba wpisać komendę: net user Administrator Password i wcisnąć klawisz Enter. "Password" to nowe hasło dla administratora.

Podsumowanie

Najlepiej zastosować wyżej wymienioną poradę zaraz po zainstalowaniu systemu Windows, a potem zmienić utworzone konto podczas instalacji na standardowe do codziennego użytku.

Przeskocz

Tytułem wstępu

05.03.2010 13:54 Autor: iacobus
 
 
 
 
iacobus
iacobus
blog autora

Witam blogosferę DobrychProgramów :-)

Krótkie przedstawienie: Moje pierwsze "na poważnie" zetknięcie się z Linuksem zaczęło się niewinnie - przeczytałem na dobreprogramy.pl informację o Hożej Hawajce, czy mówiąc po ludzku - Ubuntu 8.04 LTS. Chwila, moment i miałem (ku własnemu zdziwieniu...) Linuksa na swoim komputerze. Początkowo dzieliłem go z Windowsem XP. Po dwóch tygodniach stwierdziłem, że do moich potrzeb Ubuntu jest doskonałe i nie muszę już korzystać z systemu Microsoftu. Prosta instalacja oprogramowania (bezkonkurencyjny system pakietów i Synaptic!), bardzo dobra obsługa sprzętu, Open Office...

Sam nie wiem kiedy wsiąkłem w światek Open Source - "magia numerków", nowych wersji; awanturnicza żyłka beta-testera; przyjemność czerpana z rozwiązywania problemów czy po prostu satysfakcja brania udziału w czymś poniekąd elitarnym, sprawiły że nie mogłem już sobie wyobrazić korzystania z komputera bez Linuksa.

Nie pamiętam kiedy po raz pierwszy trafiłem na Forum debian.linux.pl czy na Debian Users Gang. Pamiętam natomiast atmosferę tych pierwszych wizyt - wszystko to wydawało mi się znacznie przewyższające mój poziom wiedzy informatycznej, bardzo zaawansowane i tajemnicze. Miałem nawet jedno czy dwa podejścia do tego systemu, zawsze jednak wracałem na Ubuntu.

Wszystko zmieniło się po wydaniu KDE 4.3. Szukałem dystrybucji - w miarę stabilnej, która obsługiwałaby to środowisko. Kubuntu było we wczesnej fazie alpha, zresztą nie mam przekonania co do niego, Mandriva i Fedora odpadają ze względu na system pakietów. Postanowiłem zatem zainstalować Debiana Squeeze.

Obecnie od paru miesięcy siedzę na wersji niestabilnej Sid z KDE 4.3.4. i wytrwale oczekuję na wejście 4.4 do repozytorium. Na blogu postaram się od czasu do czasu coś napisać na temat Linuksa, KDE, Debiana czy ogólnie ruchu Open Source.

Przeskocz

Nadszedł czas na wybór.

05.03.2010 12:13 Autor: michal.b1990

Ekran wyboru przeglądarki stał się faktem. Czy spełni on swoje zadanie?

Ekran wyboru przeglądarki już jest. Donoszą o tym niemal wszystkie serwisy traktujące o IT. Cieszą się producenci przeglądarek, szczególnie Opera, która już twierdzi, że ekran przyczynił się do zwiększenia liczby pobrań tej norweskiej przeglądarki (źródło IDG.pl). Opinie producentów przeglądarek przedstawia również portal Gazeta.pl.

Ponieważ ekran ten jest zwykłą stroną internetową mogłem go bez najmniejszych przeszkód zobaczyć "na żywo", pomimo że stosowna aktualizacja nie jest obecna w moim systemie.

Muszę przyznać, że chociaż wymuszanie na Microsofcie takiego rozwiązania zawsze wydawało mi się co najmniej dziwne, to ekran sprawia dość pozytywne wrażenie. Zaraz po jego uruchomieniu ekran przedstawia loga najpopularniejszych przeglądarek (Chrome, Firefox, Internet Explorer, Opera, Safari) pod którymi widnieje krótki opis każdego programu. W tym miejscu rzuca się w oczy dość niefortunne nazwanie Safari wyszukiwarką. Poniżej opisów znajdują się dwa przyciski: zainstaluj oraz powiedz mi więcej. Po kliknięciu na ten drugi użytkownik zostaje przeniesiony na stronę przedstawiającą zalety danego programu przygotowaną przez jego producenta. Na samym dole umieszczony został pasek przewijania. Po jego przesunięciu w prawo wyświetlone zostają kolejne loga i opisy. Zdziwiłem się gdy zobaczyłem tam zupełnie nieznane mi nazwy. Być może to rzeczywiście spełni swoją rolę edukacyjną - pomyślałem wpatrując się w ekran.

Co do tego są jednak pewne wątpliwości. Bardzo prawdopodobne jest, że niezaawansowani użytkownicy po prostu klikną w najbardziej znajomą ikonkę, czyli niebieskie e. Istnieje również obawa, że ekran wyboru przeglądarki w ogóle nie trafi do tych najbardziej nieuświadomionych użytkowników, którym potrzebna jest edukacja. Mam tu na myśli osoby nadal korzystające z przestarzałego IE 6 używanego na pirackich systemach Windows XP z wyłączonymi aktualizacjami automatycznymi, zainstalowanych i skonfigurowanych przez znajomego "informatyka".

Jak będzie w rzeczywistości, czy ekran wyboru spowoduje zmiany na rynku przeglądarek pokaże czas. Od niedawna pojawiają się informacje, że firmy, które pośrednio doprowadziły do pojawienia się okna wyboru przeglądarek domagają się wprowadzenia tego rozwiązania na całym świecie, a nie tylko na terenie UE. Robi się ciekawie, ale czy na pewno sprawiedliwie? Można zadać pytanie: dlaczego podobne rozwiązanie nie pojawi się również w innych systemach operacyjnych np Mac OS?

Przeskocz

A...o

03.03.2010 10:26 Autor: Monczkin
 
 
 
 
Monczkin
Monczkin
blog autora

Tak teraz będą wyglądać nicki użytkowników aukcji serwisu Allegro. Nowe nicki będą widoczne w postaci Pierwszej i Ostatniej litery dotychczasowej nazwy użytkownika wraz z ilością komentarzy, pomiędzy literami trzy kropki.

Decydenci tego popularnego serwisu aukcyjnego, w trosce o bezpieczeństwo użytkowników, postanowili ukryć na aukcjach, przed innymi biorących udział w licytacjach, nazwy osób. Jak można przeczytać na forum serwisu głównymi powodami wprowadzenia tego rozwiązania są:

* - wyeliminowanie spamu
* - wyeliminowanie podszywania się pod sprzedającego
* - podniesienie komfortu i znaczące zwiększenie bezpieczeństwa w serwisie (zwłaszcza dla nowych użytkowników).

Czy faktycznie o to chodzi? Jest to o tyle dziwne, że na innych serwisach (zagranicznych) grupy Allegro, takie rozwiązania nie zostały wprowadzone, łącznie z aukcjami charytatywnymi. Mimo zapewnień, że podyktowane jest to bezpieczeństwem, w merytorycznych dyskusjach z pracownikami, można też znaleźć inne tłumaczenie - plan biznesowy. O ile w moim, jak i innych allegrowiczów, odczuciu, bezpieczeństwo nie zostało tak naprawdę podniesione, a wręcz stwarza dodatkowe zagrożenia, to tłumaczenie ekonomiczne pasuje jak ulał. Dlaczego? Dlatego, że najważniejszy jest zysk - co jest oczywistą oczywistością, wszak to nie organizacja charytatywna.

Pomysł został dość ostro skrytykowany przez samych allegrowiczów, zarówno przez sprzedawców jak i kupujących. Dlaczego?

* - do tej pory, osobo biorąca udział w licytacji - czy to licytujący czy sprzedający, mogła bez większego trudu uzyskać informacje o innych licytujących. Było to o tyle istotne, że można było namierzyć oszustów, nieuczciwych Allegrowiczów, czy wyłapać osoby sztucznie pod bijące cenę. W konsekwencji można było taką aukcję zgłosić załodze Allegro lub ostrzec innych. Teraz, ta możliwość została skutecznie wyeliminowana.

* - wyobraźmy sobie "gorącą" licytację, np. z dużą ilością osób licytujących. Jak zapewnia Allegro, przypadek wystąpienia takich samych (nowych) nicków jest znikomy. Tak zauważyli inni, prawdopodobieństwo jest dość spore i co gorsza został podany rzeczywisty przykład, gdzie dwie oferty, oprócz ceny, wyglądały identycznie. Tak naprawdę, z nowym rozwiązaniem, licytacje stały nieczytelne i w wielu przypadkach do końca nie wiesz czy wygrałeś czy ktoś nie przelicytował w ostatniej chwili Twojej oferty - życzę powodzenia szukania informacji w ustawieniach konta gdy pojawia się ekscytująca informacja - ... mniej niż minuta. Brałem udział w takiej aukcji, koszmar.

* - dużym ułatwieniem dla kupujących, bez wątpienia, była możliwość zasięgnięcia opinii o produkcie kupionym przez innych. Sam komentarz w opiniach o sprzedającym, tak naprawdę mówi o samym przebiegu transakcji. Nie oszukujmy się, oszustów (świadomych lub nie) na Allegro jest sporo. Dzięki takiej możliwości, wielu użytkowników uniknęło wyrzucenia pieniędzy w błoto (strata dla Allegro, nie ma dodatkowej prowizji), dzięki innym użytkownikom serwisu. Po podniesieniu tego argumentu, pracownik Allegro, stwierdził, że serwis, w założeniach, nie oferował takiej "funkcjonalności", do tego okazało się, że gro ludzi kupowało niezgodnie z zasadami! Szkoda, że do tego wniosku trzeba było 10 lat.

Wyobraźmy sobie dom aukcyjny, gdzie wprowadzono zakaz rozmowy z innymi licytującymi, dla bezpieczeństwa zasłonięto im pół twarzy (żeby złodziej nie mógł rozpoznać), na "wolne" oko założone klapki, żeby nie interesować się za bardzo co robią inni. Nie ważne, że kupisz falsyfikat obrazu, ważne, że zapłacisz prowizję.

* - w jaki sposób może dojść do oszustwa? Niestety, dość prosto. Prosić znajomych, którzy bezkarnie mogą podbijać cenę w dowolnej ilości aukcji. Założyć nowe konto i licytować we własnych aukcjach. Zresztą, Polak potrafi. O ile takie przypadki występowały do tej pory, dodatkowa anonimowość może doprowadzić do ich zintensyfikowania.

Może ja nie rozumiem do końca idei jaka przyświecała Allegro, ale jak widać na kilku przykładach, niewiele to ma wspólnego z bezpieczeństwem czy podniesieniem komfortu. Na domiar złego, pracownicy stwierdzili, mimo zapewnień o szacunku jakim darzą społeczność i jej komentarze, że wolą mieć nieprzychylne opinie wśród użytkowników, niż zła prasa na zewnątrz.

Mimo zaproponowania konkretnych kompromisów:
* - wyświetlanie własnego nicka na aukcjach, widocznego tylko dla nas
* - wprowadzenie możliwości wyboru czy licytujący chce być widoczny czy nie
* - domyślne ukrycie nicków nowych użytkowników
i zadaniu pytania czy Allegro w ogóle dopuszcza możliwość modyfikacji/zastanowienia się (Tak/Nie), albo nie odpowiada w ogóle, albo w sposób dość wymijający.

Tak, ma Pan/Pani rację, ale racja jest po Naszej stronie.

Czy chęć maksymalizacji zysków, powinna spychać na dalszy plan, to co naprawdę jest istotne? Zachęcanie do zakupów on-line, wygodę, radość, budowanie zaufanie do e-handlu? Przecież wszyscy siedzimy ta tej samej gałęzi. Jak się złamie, to będzie już niestety, po ptakach. Sam kupuję w Internecie, ze względu na duży wybór, wygodę, ceny i możliwość zasięgnięcia opinii innych. Wprowadzenie nowych rozwiązań (i kilku innych, wcześniejszych, również dyskusyjnych) spowodowało moje zaniepokojenie.

Oczywiście są to moje prywatne spostrzeżenia i każdy powinien sam wysnuć wnioski. Polecam lekturę wpisów na forum Allegro.

 
 
 
 
MaRa
MaRa
blog autora

[W poniższym tekście usunąłem fragmenty wzbudzające sensacje, które zostały niewłaściwie zrozumiane. Ich celem było zilustrowanie przykładów, że karalne powinno być podejmowanie rzeczywistego działania skierowanego przeciwko drugiemu człowiekowi oraz przygotowanie do takiego działania, nie zaś samo pomyślenie o nim. Internet to tylko świat myśli, nie rzeczywistość. A ludzie to nie Volkanie ze StarTreka.]

Po latach nieskrępowanego działania Internetu coraz silniejsze są zakusy polityków dotyczące jego kontroli. Przecież nie może być dziedziny działalności człowieka pozostawionej bez żadnego prawa. Politycy nie rozumieją, czym jest sieć, próbują stosować stare schematy myślenia do nieprzystających warunków.

Dawniej zadaniem prawa była kontrola silniejszych nad słabszymi. Współcześnie w praworządnych krajach jest nieco inaczej. To państwo, nadzorowane przez polityków wybranych w wyborach, posiada monopol na stosowanie środków przymusu, zwalniając obywateli z samodzielnego egzekwowania własnych praw siłą. Zadaniem prawa jest zapewnienie równości ludzi, ochrona słabszych przed zakusami silniejszych. Tak przynajmniej wyglądają teoretyczne podstawy ustroju demokratycznego.

Internet nie jest rzeczywistym światem, tylko wirtualnym, to tylko zera i jedynki w najprzeróżniejszych kombinacjach. Co oznacza, iż nie posiada żadnych ograniczeń związanych z istnieniem materii, to świat wyobraźni, uzewnętrznienie ludzkich myśli.

Stosowanie prawa do Internetu jest z zasady bezcelowe, gdyż w internecie wszyscy są równi. Nie ma silniejszych i słabszych, nie ma płci, wieku, narodowości, koloru skóry, majątku. Każdy może być kim zechce, jedynym ograniczeniem jest jego zdolność wyobraźni. Nie trzeba być "kimś ważnym", by dotrzeć do ludzi.

Jeśli mogą być jakieś prawne ograniczenia, to tylko w absolutnie wyjątkowych przypadkach:
1) Masowe wysyłanie spamu. Szkodliwość spamu jest oczywista, zasypuje skrzynki pocztowe i zajmuje przepustowość sieci. Wszystkich irytuje, tylko czasem ten ułamek procenta absolutnie najgłupszej części populacji da się nabrać na wyprzedaż Viagry.
2) Udostępnianie komercyjnych plików (programy, muzyka, filmy) bez zgody ich właściciela. Niechętnie napisałem ten podpunkt, lecz takie są realia, niektóre zawody polegają na wytwarzaniu takich plików i ci ludzie muszą z czegoś żyć.
Może ten problem sam się kiedyś rozwiąże wraz z popularyzacją programów opensource i serwisów typu Jamendo.
3) UMIESZCZANIE i kupowanie plików, których powstanie wiązało się z popełnieniem przestępstwa w świecie rzeczywistym, np. materiały pedofilskie i inne, przedstawiające rzeczywistych ludzi w różnych potencjalnie poniżających sytuacjach bez ich zgody.

Różne ekstremalne treści w Internecie nie są szkodliwe po prostu z tego powodu, że nikt nie może zmusić do zapoznawania się z nimi. A każdej takiej stronie odpowiadają tysiące stron o przeciwnej tematyce.

Nawet rasiści nigdy nie mają pewności, z kim mają do czynienia. W ten sposób Internet likwiduje uprzedzenia pomiędzy ludźmi.

Zasady korzystania z Internetu:
1) Jeśli coś się nie podoba, po prostu tam się nie zagląda.
2) Należy z dystansem podchodzić do wiarygodności informacji z sieci.

W różnych miejscach sieci panują różne zwyczaje, jeśli coś się nie podoba, można znaleźć inne miejsce. To administratorzy danej witryny ustalają zasady.

Ostatnio modnych hasłem stosowanym przez rządy jest "walka z pornografią". A komu ona szkodzi? Jeśli rodzic sobie nie życzy, by jego dzieciak chodzący do przedszkola oglądał fotografie nagich kobiet, to nie musi umożliwiać dziecku dostępu do internetu. Tam nie ma niczego dla małych dzieci. Są książki dostosowane do ich poziomu umysłowego, można zainstalować w komputerze encyklopedię multimedialną. Informacje w sieci są nieprzydatne w odrabianiu lekcji z powodu ich niepewnej wiarygodności. Oferty firm też nie są dla dzieci. Nie można dostosowywać jej do umysłowości kilkulatka. Dla nieco starszych dzieci są programy do nadzoru rodzicielskiego, blokujące strony na podstawie słów kluczowych, a i tak wszystkiego dowiedzą się od kolegów na podwórku. Pod koniec podstawówki jest już za późno na takie ograniczenia.

Podsumowując.
Internet to świat abstrakcyjny, nie podlegający ograniczeniom i zwyczajom ze świata rzeczywistego. Uczy samodzielności ustalania własnego światopoglądu, niezależności myślenia. Stymuluje kreatywność oraz wyobraźnię. Coraz częściej zwyczaje z Internetu przenikają do świata rzeczywistego, powodując zanikanie barier pomiędzy ludźmi. Idee równości i wolności dopiero ostatnio są tak naprawdę wcielane w życie. Najprawdopodobniej stoimy na progu nowej cywilizacji.

Dodane:
Może jednak podam jakieś przykłady obrazujące bezsens krytykowania za myśli i emocje.
Bez wątpienia przemoc jest czymś złym, obrzydliwym. Prowadzi do wojen, w których giną ludzie, cierpią ich rodziny, pozostają kaleki i sieroty. A ilu Czytelników oglądało film sensacyjny lub wojenny, w którym krew tryska i trup się gęsto ściele, grało w grę strzelankę? Ilu się to spodobało? I teraz nadchodzi taki "moralizator", który dla Waszego dobra wmawia Wam, że musicie być obrzydliwi, skoro tak pomyśleliście. Jesteście "źli do szpiku kości" i trzeba Was leczyć. Bo skoro Wam się podobało, musi być z Wami coś nie tak, stanowicie potencjalne zagrożenie dla społeczeństwa. Zapewne pomyślicie, że ów "moralizator" ma jakieś problemy, przecież w rzeczywistości nigdy nikogo nie zadźgacie nożem. Kolejnym przykładem są gry i filmy o wyścigach samochodowych. W świecie rzeczywistym taka jazda może mieć tragiczne skutki, dlatego jest zakazana, w świecie wirtualnym nikomu nic się nie stanie, to tylko zabawa. I znów "moralizator", tym razem wręcza mandat za wirtualne przekroczenie prędkości, gdyż zbyt szybka jazda jest z natury "zła" i już.
Te przykłady pokazują różnicę pomiędzy światem wirtualnym (film i gra są takimi światami wirtualnymi, Internet również) a światem rzeczywistym. To nie zachowania są złe, ale złe są skutki, jakie wywołują, czyli szkodę dla innych ludzi. W świecie wirtualnym, w odróżnieniu od rzeczywistego, nie ma skutków dla rzeczywistych ludzi, bo tam nie ma ludzi, co najwyżej ich wirtualne alter-ego.

Przeskocz

EICAR

01.03.2010 18:09 Autor: paszczak000
 
 
 
 
paszczak000
paszczak000
blog autora

Antywirus zainstalowany na komputerze z systemem Windows jest tak samo często spotykany jak powłoka Bash w Linuksie. Ja nie wyobrażam sobie Linuksa bez linii poleceń tak samo jak posiadanie Windowsa bez antywirusa. I czasem zaczynam się zastanawiać, czy to oprogramowanie antywirusowe rzeczywiście działa.

W 1990 roku takie samo pytanie zadał sobie Europejski Instytut Badań Wirusów Komputerowych (ang. European Institute for Computer Antivirus Research, EICAR). Głównym celem instytutu było opracowywanie metod, które powodowały zwiększenie skuteczności oprogramowania antywirusowego.

Jednym z ciekawych pomysłów tego projektu było stworzenie testowego wirusa, a raczej pliku, który wzbudzał alarmy w systemach antywirusowych. Plik taki składa się ze znaków ASCII. Plik taki wygląda następująco:

X5O!P%@AP[4\PZX54(P^)7CC)7}$EICAR-STANDARD-ANTIVIRUS-TEST-FILE!$H+H*

Wystarczy teraz ten ciąg znaków zapisać do pliku z rozszerzeniem .com i uruchomić lub przeskanować programem antywirusowym. W przypadku jego prawidłowego działania powinna pojawić się informacja o wykryciu zagrożenia w utworzonym pliku. Sam program jest niegroźny. Powoduje wyświetlenie na ekranie ciągu znaków

EICAR-STANDARD-ANTIVIRUS-TEST-FILE!

Szczegółowa analiza pliku znajduje się na stronie mirror.href.com. Program można pobrać również ze strony eicar.org.

grafika grafika