r   e   k   l   a   m   a
r   e   k   l   a   m   a

Czemu Vista chodzi wolno?

Strona główna Aktualności

W ramach codziennej, porannej lektury blogów natknąłem się dzisiaj na post Adama Halla, który pracuje w centrali Microsoft jako Account Technology Strategist - współpracuje z wybraną grupą dużych klientów Microsoft pomagając im w pełni wykorzystać możliwości oferowane przez technologie Microsoft. Dlaczego to istotne? Bo pokazuje, że gość nie jest w ciemię bity i nie marudzi bez potrzeby.

No więc Adam opisał swoje doświadczenia z zakupem notebooka dla rodziców - prostego modelu, który miał służyć do przeglądania stron, obsługi poczty, wysyłania zdjęć i obsługi drukarki. Nic wyszukanego, typowe wykorzystanie komputera przez niezaawansowanych użytkowników, do czego starczy całkiem podstawowa maszyna i do czego nie trzeba kupować Quad-Core'a z czwórką RAMu.

Jego obserwacja przypomniała mi o własnych doświadczeniach ze swoimi notebookami lub kiedy to rodzina bądź znajomi proszą o podobną pomoc, dodając by po zakupie "uruchomić go i ustawić co trzeba". Adam zauważył, że pierwsze uruchomienie nowego notebooka trwa często dłużej, niż całkowity format i instalacja czystego systemu z płyty, a po pierwszym takim uruchomieniu maszyna jest często dosłownie zmasakrowana ilością aplikacji, dodatków, wtyczek i śmieci preinstalowanych przez integratora OEM lub sprzedawcę. Po co?

Adam zauważył, że kupiony w sklepie notebook po pierwszym, trwającym wieki uruchomieniu wyposażony był w SQL Server 2005 Express (nie dało się ustalić, która aplikacja faktycznie go potrzebuje), całą gamę oprogramowania z pakietu Google (Picasa, Desktop, toolbary...), Adobe Readera 8 (litości, toż to już staroć), triala Office 2007 i Live OneCare. Brzmi znajomo?

Zetknąłem się z notebookami, gdzie lista preinstalowanego oprogramowania jest znacznie, znacznie dłuższa. Producenci instalują wersje testowe koszmarnie rozbudowanego oprogramowania antywirusowego, którego pełne usunięcie z systemu wymaga konsultacji z MVP, tony dodatków obsługujących klawisze do regulacji głośności, jasności ekranu i przycisków specjalnych (jakby sam system nie był w stanie tego obsłużyć), programy asystujące w wyszukiwaniu sieci bezprzewodowych (znów - przecież system robi to całkiem nieźle), programy asystujące w tworzeniu puntów przywracania systemu, programy dbające o kondycję i wydajność systemu zajmujące 30 MB RAMu, dodatki do obsługi wbudowanej kamery, czytnika linii papilarnych, tabliczki dotykowej, monitory wykorzystania baterii (kolejne 30 MB RAMu), programy do aktualizacji całego tego badziewia, oprogramowanie Windows Live, przeglądarkę wyposażoną w tyle toolbarów że wygląda jak choinka przed gwiazdką...

Wszystko to nie na archaicznych Windowsach XP, które faktycznie miałyby dziś kłopot z pełną obsługą nowoczesnego sprzętu, komponentów i usług dostępnych w sieci, ale na Viście, która nawet w 64-bitowej wersji po czystej instalacji na nowym notebooku obsługuje zazwyczaj 95% jego funkcjonalności bez pytania o cokolwiek.

Jaki jest tego efekt? Moja obserwacja, także na przykładzie własnej siostry, jest prosta - użytkownik dostaje w ręce tak obficie wyposażonego notebooka i po kilku dniach komentuje z przekąsem, że Vista to jakieś nieporozumienie, wszystko chodzi tragicznie wolno i często coś nie działa jak powinno. Na komputerze z zazwyczaj wielordzeniowym już procesorem i przynajmniej jednym gigabajtem RAMu. "Tragicznie wolno".

Nic dziwnego, że większa część z takich nieświadomych użytkowników obarczy winą za swoje rozczarowanie producenta systemu, bo to przecież wredna imperialistyczna korporacja żerująca na braku realnego wyboru biednych ludzi. Okazuje się jednak, że ten sam sprzęt po reinstalacji Visty z nośnika Microsoftu i uzupełnieniu jej o faktycznie niezbędne sterowniki dostaje skrzydeł. Problem w tym, że często przy zakupie nie dostajemy płyty instalacyjnej z Vistą, a w najlepszym przypadku wynalazki w stylu "Nośnik Product Recovery", który bez skrupułów oprócz samej Visty znów uszczęśliwi nas na siłę przestarzałym Adobe Readerem 8 i jego chłopakami z ferajny. Dotyczy to praktycznie wszystkich producentów notebooków bez większych wyjątków, różna jest jedynie skala preinstalacyjnych dodatków. Podobne zjawisko zaobserwować można też w przypadku markowych stacji roboczych (paradoksalnie, zaniedbanie tego aspektu przez tzw. garażowych składaczy wychodzi ich klientom na dobre).

Rozumiem, że nie każdy czuje się tzw. power userem i wstępne wyposażenie kupowanego przez niego komputera w tzw. niezbędnik typu czytnik PDF może mieć sens - choć osobiście jestem zdania że tego typu przyjemności należy jednak pozostawić użytkownikom. Problem bowiem, że owy niezbędnik urósł w fabrykach producentów sprzętu do rozmiarów niepotrzebnika, a to co wchodzi w jego skład jest często przestarzałe i skutecznie spowalnia, zapycha i destabilizuje nawet najmocniejsze maszyny.

I po co to wszystko? Nawet największy tuman po otrzymaniu od kolegi PDFa ze zdjęciami nagiej Angeliny Jolie w 10 minut wykombinuje, jak go otworzyć. Równie szybko znajdzie też, jak bez dodatków rozjaśnić matrycę i wyeksponować to czy owo. Idę przy tym o zakład, że nawet przez myśl nie przejdzie mu, by za ewentualne niedogodności obwiniać Sony, Asusa, HP, Samsunga, Acera czy innych producentów sprzętu, którzy bez dwóch zdań swoją nadgorliwością strzelają sobie w stopę. Jeśli już, obwini przecież i tak, jak wszyscy - Microsoft...

r   e   k   l   a   m   a
© dobreprogramy
r   e   k   l   a   m   a
r   e   k   l   a   m   a

Komentarze

r   e   k   l   a   m   a
r   e   k   l   a   m   a
Czy wiesz, że używamy cookies (ciasteczek)? Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianach ustawień.
Korzystając ze strony i asystenta pobierania wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.