r   e   k   l   a   m   a
r   e   k   l   a   m   a

Czy da się walczyć z piractwem e-booków? – debata wciąż bez odpowiedzi

Strona główna AktualnościINTERNET

Dzisiejszy dzień w środowisku pisarzy i wydawców upływa pod znakiem rozważań na temat tego, jak ograniczyć nieautoryzowaną dystrybucję książek elektronicznych. Z badań przeprowadzonych przez Virtualo i Instytut Nauk Ekonomicznych Grape UW wynika, że nawet połowa e-czytelników może pozyskiwać ebooki z nieautoryzowanych źródeł. Nie da się dokładnie określić tej liczby choćby dlatego, że wiele osób nie wie, czy pobierając książkę korzysta z autoryzowanego kanału.

Czy da się skutecznie walczyć ze zjawiskiem e-piractwa, jakie są pomysły na rozwiązanie tego problemu, jakie działania podejmuje się w tej walce, czy w Polsce mamy przyzwolenie społeczne na piractwo – to główne zagadnienia dzisiejszej debaty, zorganizowanej przez firmę Virtualo. Oglądanie jej na żywo niestety nie było łatwe z powodu licznych problemów technicznych i kiepskiego dźwięku, wzbogaconego podzwanianiem łyżeczki o filiżanki i remontem w budynku. Zainteresowanym polecam zapisy fragmentów.

Debatę poprowadziła dziennikarka i pisarka Anna Dziewit-Meller. Towarzyszyli jej: Jarosław Lipszyc, prezes Fundacji Nowoczesna Polska prowadzącej m.in. projekt Wolne Lektury, Wojciech Orliński, aktywny w Sieci dziennikarz, pisarz i publicysta, Kinga Jakubowska, kulturoznawca i prezes Fundacji Legalna Kultura oraz Robert Rybski, pomysłodawca i twórca Virtualo.pl oraz sieci dystrybucji Virtualo.

r   e   k   l   a   m   a

Niestety podczas debaty, która jest częścią akcji „Czytam legalnie, a Ty?”, nie padły żadne konkretne rozwiązania problemu dystrybucji książek elektronicznych poza oficjalnymi kanałami. Dała ona za to wgląd w sytuację twórców i wydawców na wartym 60 milionów złotych rynku książek elektronicznych. Prawdopodobnie drugie tyle wart jest (byłby?) obrót książkami nieautoryzowanymi.

Polskie prawo umożliwia pobieranie nieautoryzowanych kopii dzieł na własny użytek, ale zabrania jego udostępniania (z wyjątkiem bliskiej rodziny). W ramach kontrastu w debacie przywołane zostało prawodawstwo rzymskie, będące podstawą europejskiego systemu, według którego myśli spisane były własnością publiczną. System wszesnochrześcijański zaś podkreślał nakaz rozpowszechniania treści, ale przy tym bardzo dużą wagę przywiązywał do uznania autorstwa. Według Jarosława Lipszyca dopiero druk zaburzył ten system, wprowadzając pośrednika w postaci wydawcy.

Obecni podczas debaty twórcy zwracali uwagę na to, że wydawcy, dystrybutorzy i inne podmioty z kapitałem mają w trójstronnej relacji autor-wydawca-czytelnik najsilniejszą pozycję. Żadna z pozostałych stron nie ma takiej siły w negocjacjach, co nie jest zdrowe, ale prawdopodobnie nie da się już tego systemu zrównoważyć. W efekcie społeczeństwo nie ma pełni możliwości brania udziału w życiu kulturalnym, co gwarantują nam prawa człowieka. Co ważne, dyskusja o piractwie zazwyczaj nie jest prowadzona między twórcą i miłośnikami jego twórczości (z nielicznymi wyjątkami, jak strzał we własną stopę w wykonaniu Kazika), ale między wydawcą, a klientami.

Znaczenie słowa „piractwo”, jak mówił Wojciech Orliński, to wykonywanie czynności, na które nie mamy zezwolenia. Znamiennym było też, że nie używał określenia „nielegalne”, nietrafnie wiązanego z rozpowszechnianiem dzieł poza oficjalną siecią dystrybucji. Zjawisko jest bardzo stare i miał z nim problem między innymi Beethoven, którego nuty przepisywano zamiast kupować. Z jednej strony pisał sonaty dla pieniędzy, bo dobrze się sprzedawały, a z drugiej się wściekał, bo nie zarabiał na sprzedaży nut tyle, ile mógłby. Brzmi znajomo?

Być może potrzeba niepłacenia leży w ludzkiej naturze, ale nie chodzi tu tylko o możliwość pobrania e-booka za darmo. Niejeden przeciwnik kapitalizmu twierdzi, że ten system polega na wyzyskiwaniu słabszego. Na rynku książek czy muzyki też zdarzają się nieuczciwe albo źle skonstruowane kontrakty, odbierające twórcom prawo do większości zysków. Wydawca ma sztab prawników, a twórca zazwyczaj guzik wie o swoich prawach, co zostało podczas debaty podkreślone. Wolny rynek działa tak, że autor może wydawcę zmienić, a Internet daje mu możliwość wydawania własnoręcznie i docierania do odbiorców bez pośredników. To oczywiście nie gwarantuje sukcesu. Uczestnicy debaty zwrócili też uwagę na kuriozalną sytuację, w której pirat jest wydawcą, bo to on skanuje książkę, wprowadza (albo i nie) poprawki, przygotowuje plik i zajmuje się jego dystrybucją. Niektórzy podpisują swoje wydania i zdobywają uznanie internautów, czasami nawet na tym zarabiają.

Pod koniec rozmowy padło bardzo ważne pytanie: kto jest odpowiedzialny za piractwo? Oczywiście nie ma jednej grupy osób, a do tego często osoby te nie są w pełni świadome konsekwencji swojego postępowania. Zdarza się, że piraci są sponsorowani albo że serwisy udostępniające pliki same zamieszczają treści „na zachętę”. Zdarzają się także wycieki z wydawnictw i drukarni, bo ktoś z pracowników postanowił podzielić się dobrą książką. Bardzo często pliki z nieautoryzowanych źródeł pobierają osoby nieświadome tego, że robią coś nieodpowiedniego.

Kinga Jakubowska przytoczyła przeprowadzone niedawno wśród mieszkańców małych miast i wsi badanie, z którego wynikało, że ponad połowa osób korzystających z Internetu tak naprawdę nie wie, z czym ma do czynienia. Części osób brakuje edukacji (skoro telewizja jest za darmo z anteny, to książki z Internetu też), innym może brakować szacunku do autorów (przecież to tylko plik, to nic nie kosztuje). Od siebie dodam, że spotkałam się z opinią, że e-booki powinny być darmowe, bo tak naprawdę niczego się nie kupuje (czyli nie kupuje się kilkudziesięciu gramów papieru) i uważam to właśnie za skrajny brak szacunku do pracy autora, jego redaktora i osób odpowiedzialnych za przygotowanie tego rzekomo bezwartościowego pliku.

Jarosław Lipszyc zdradził ile kosztuje przygotowanie e-booka, na przykładzie klasycznej literatury, publikowanej w ramach projektu Wolne Lektury. Skanowanie książki ręcznym skanerem to koszt niewielki, zakup sprzętu jest inwestycją jednorazową. Dopiero korekta i nadzór merytoryczny, jak przygotowanie zrozumiałych dla współczesnego odbiorcy przypisów, generują czterocyfrowe koszty. Oczywiście nie obrażę się, jeśli dobra kultury w postaci cyfrowej będą dla wszystkich dostępne za darmo. Jednak w kraju, którego nie stać na zapewnienie opieki zdrowotnej obywatelom, mogę jedynie marzyć… i mimo wszystko częściej będę marzyć o tanich wizytach u dentysty niż o darmowych e-bookach.

Uczestnicy debaty zwrócili uwagę także na dewaluację dzieł i przesycony rynek. Po wypłatach ze Spotify, czyli usługi bardzo popularnej, wygodnej i skłaniającej wiele osób do płacenia, widać, że muzyka nie jest wiele warta. Z książkami jest podobnie. Tytuły mnożą się w tempie, którego rynek jeszcze nie widział, za to nakłady spadają i wcale nie zanosi się na większe zyski dzięki dystrybucji cyfrowej. Podobnie wygląda sytuacja na rynku muzycznym – powstały usługi, podpisane zostały umowy, YouTube dogadał się z ZAiKS-em, a jednak pieniędzy wcale nie robi się więcej. Może jednak wydawcy książek powinni wziąć przykład z Hollywood i walczyć do ostatniej kropli krwi z najdrobniejszymi przewinieniami? Ta gałąź rozrywki ma się dobrze, mimo że w sieci BitTorrent znajdziemy kinowe hity wcześniej niż w repertuarze multipleksów.

Robert Rybski zauważył, że ludzie chcą szerszej oferty książek elektronicznych i wygodnego dostępu do dzieł. Jednym z głównych czynników, popychających ludzi do pobierania plików z nieautoryzowanych źródeł, nie jest cena, ale uciążliwe zabezpieczenia. Konsumenci chcą czytać na każdym urządzeniu, a nie tylko takim, na którym działa konkretna aplikacja konkretnego wydawnictwa. Niektórzy chcą móc skopiować fragment tekstu lub wydrukować stronę, na co nie pozwalają zabezpieczenia DRM. Wydawcy rzucają odbiorcom treści kłody pod nogi zamiast dostarczyć produkt, jakiego wszyscy sobie życzą.

Oferta e-booków rzeczywiście jest coraz większa, ale wciąż nie ma wszystkiego i prawdopodobnie nigdy nie będzie, a bibliotekę zawierającą egzemplarz każdego dzieła spisanego w historii możemy zobaczyć najwyżej w filmach. Ta widoczna poniżej zajmuje całą planetę…

Dzięki serwisom służącym do wymiany plików możemy uzyskać dostęp do wielu dzieł, których nie da się znaleźć w oficjalnych sieciach dystrybucji. Są to na przykład stare czasopisma, których wydawcy już dawno nie istnieją, książki „wyklęte” (na przykład wcześniejsze dzieła Stanisława Lema, których wznowienia autor odmawiał z uporem godnym lepszej sprawy) i takie, do których prawa należały do niedziałających od dziesięcioleci firm. Tam też mogą zostać „zachomikowane” dzieła wydane przez autorów samodzielnie.

Podczas debaty nie padła odpowiedź na postawione pytanie. Myślę jednak, że da się skutecznie walczyć z piractwem e-booków. Moim zdaniem świetnie spełnia tę rolę Legimi, które za niewielką opłatą gwarantuje mi, że nie będę się nudzić. Są jednak obszary, jak wspomniane kolekcje czasopism, które lepiej zostawić w spokoju.

© dobreprogramy
r   e   k   l   a   m   a
r   e   k   l   a   m   a

Komentarze

r   e   k   l   a   m   a
r   e   k   l   a   m   a
Czy wiesz, że używamy cookies (ciasteczek)? Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianach ustawień.
Korzystając ze strony i asystenta pobierania wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.