r   e   k   l   a   m   a
r   e   k   l   a   m   a

DaRMozjady – w zasadzie niegroźne?

Strona główna Aktualności

W końcu doczekałem się zapowiadanego w redakcji felietonu poświęconego DRM i zgodnie z wewnętrzną obietnicą - kilka słów innego spojrzenia, które gotowe było już od pewnego czasu i czekało na drobne poprawki dostosowujące do treści Ryana. Skradając się obok tej drobnej nieuczciwości chciałbym zaznaczyć, że jest to nie tyle polemika z autorem - którego mam przyjemność znać osobiście i którego bardzo sobie cenię - ale z zaprezentowanym spojrzeniem. Gdyby vortal dobreprogramy były gazetą, zamieściłby oba felietony po przeciwnych stronach rozkładówki pod hasłem "dwa bieguny".

Tak więc po pierwsze, primo, temat zabezpieczeń płyt CD, DVD i innych fizycznych nośników jest o tyle mało ciekawy, ze dni tych rozwiązań są policzone, a wszelkie dotychczasowe próby zabezpieczeń nośnika a nie formatu danych skończyły się totalną kompromitacją (pierwsze wysiłki Sony w tym zakresie zniweczył zwykły marker), więc nie tędy droga. W tej chwili muzyka to MP3, wideo to AVI i rozpaczanie nad naklejkami czy wrzutkami do płyt to - z całym szacunkiem - strata cennego wysiłku literackiego :-)

Daleko bardziej interesujący problem związany z DRM dotyczy technik i celów zabezpieczeń samych danych, bez względu na to, w jaki sposób docierają one w ręce odbiorcy - czy to na płycie, czy to przez Internet, przez pendrivea, radio, satelitę czy dzięki biletom na koncert. Każde bowiem, nawet najlepsze cyfrowe zabezpieczenie przed kopiowaniem danych boleśnie kapituluje przed techniką analogową - co z tego, w jaki sposób zabezpieczymy płytę czy plik, jeśli możemy odtworzyć go przez głośniki i przy pomocy mikrofonu zgrać do dowolnego formatu bez zabezpieczeń? Owszem, utracimy trochę na jakości, ale raz - zyskamy na kieszeni, dwa - technologie minimalizujące straty powstające w takim procesie rozwijają się nawet szybciej od DRM.

I tu dochodzimy do sedna problemu. Koncepcja DRM jest bowiem dużo starsza niż powszechnie się wydaje i obecna jej implementacja - która jak widać już teraz budzi spore kontrowersje - jest jedynie rozwiązaniem przejściowym. W istocie rzeczy nie chodzi bowiem o kontrolę danych, a o kontrolę zachowania użytkownika - to dopiero daje przecież gwarancję, że pieniądze koncernów będą się mnożyć bez przeszkód. Brzmi jak spiskowa teoria dziejów?

Możliwe, ale moje 25 lat doświadczeń - i to z samego kraju nad Wisłą - pokazuje że życie potrafi pisać scenariusze, przy których bledną najlepsze powieści sensacyjne. Jeśli nie lubicie przyjmować niczego na wiarę, czas zainteresować się porozumieniem zawartym w 1999 roku przez takie korporacje jak Compaq, HP, IBM, Intel i Microsoft. W tej chwili sojusz ma już ponad dwustu członków i nazywa się TCPA (Trusted Computing Platform Alliance). Jego cele są bardzo złożone. Po pierwsze dąży do wdrożenia platformy TCP (Trusted Computing Platform) bazującej na zapleczu sprzętowym TPM (Trusted Platform Module) i odpowiednich rozwiązaniach softwareowych. Warto zwrócić uwagę, że te wymyślone w 1999 roku nazwy leżały uśpione przez niemal 6 lat w oczekiwaniu na odpowiedni moment. Najpierw światło dzienne ujrzało określenie podstawowej koncepcji DRM - nad którym rozwodzi się Ryan - natomiast w tym roku wraz z Windows Vista pojawi się kolejny element układanki, mianowicie sprzętowe komponenty Trusted Platform Module reklamowane przez Microsoft jako rozwiązanie z zakresu nie tyle DRM, co bezpieczeństwa. Nie wolno jednak zapominać, że pierwotna koncepcja tej technologii powstała w czasach, kiedy podejście do bezpieczeństwa definiowały standardy Windows 95. To, że w międzyczasie bezpieczeństwo stało się gorącym tematem który pozwolił ubrać TPM w eleganckie opakowanie nie znaczy, że pierwotne cele zostały zarzucone.

Skoro - jak widać - wszystkie obecne wydarzenia prowokujące autorów felietonów rysowane są ręką owego porozumienia z 1999 roku, warto przyjrzeć się co jeszcze znalazło się w celach TCPA. Kolejnym bowiem elementem planu sojuszu jest lobbing forsujący uchwalenie w USA zmian ustawy CBDPTA (Consumer Broadband and Digital Television Promotion Act), które miałyby zmusić rynek do wprowadzenia sprzętowych rozwiązań DRM i zabronić dokonywania aktów sprzedaży czy kupna produktów nie spełniających norm platformy opracowanej przez TCPA (pod karą pięciu lat więzienia lub grzywny w wysokości pół miliona dolarów). Brzmi groźnie i nierealnie? Kilka lat temu tak właśnie mówiło się o samych chipach...

Pierwsze przymiarki do poparcia rozwiązań technologicznych aktami prawnymi zostały już wykonane. W 2003 roku amerykański urząd federalny do spraw kontroli komunikacji (FCC) podjął kroki w celu zmuszenia producentów elektroniki użytkowej, w tym komputerów, do implementacji sprzętowych rozwiązań DRM do końca lipca 2005. Sprawa została jednak odsunięta w czasie, a eksperci jako powód podają przesunięcie pierwotnych planów premiery Windows Vista - będącego przecież jednym z kluczowych elementów całego systemu, który miał wprowadzić TPM jako aspekt bezpieczeństwa użytkownika a nie metody na ograniczenie jego wolności. W tej chwili wiadomo już, że do podobnych rozwiązań prawnych sojusz TCPA przekonuje nie tylko rząd USA, ale i Australii. Lobbing w innych częściach świata to zatem tylko kwestia czasu i pozostaje w tym miejscu szczerze podziękować Andrzejowi Lepperowi i spółce, która skutecznie pcha nasz kraj w bezpiecznym z tego punktu widzenia kierunku.

Wracając do tematu felietonu Ryana... Rootkit w oprogramowaniu Sony? Dylematy moralne przy zgrywaniu płyt do formatu MP3 na komputer mamy? Lament o prawa klientów? Hologramy i mafijne praktyki ZAiKSu? Przyznacie, że na tle tego co rozgrywa się za kulisami to dziecinne problemy, gra bowiem toczy się o znacznie większą stawkę. Biorąc bowiem pod uwagę to, że skuteczne rozwiązanie problemu ochrony własności intelektualnej połączyło wysiłki wielu wpływowych firm z branży czerpiących zyski z praw autorskich (rozrywka, oprogramowanie, biotechnologie), należy spodziewać się że obecne problemy to jedynie wierzchołek góry lodowej. Już widać, że kręcący z początku nosem na podobne praktyki sektor producentów sprzętu, dla którego sprawa jest kłopotliwa bo nie przekłada się znacząco na zyski, budzi za to nieufność - poddał się i klepnął całą sprawę. A gdy wszystkie elementy tego przemyślanego planu pojawią się na swoich miejscach, użytkowników nikt już wtedy nie będzie o nic pytał, tylko oznajmi nowe zasady.

Pytanie jednak, czy należy się tego obawiać? W krótkiej perspektywie - z pewnością będzie to rewolucja boleśnie atakująca nasze przyzwyczajenia. Warto jednak zastanowić się nad jej możliwymi skutkami. Obecna nieskrępowana wolność jest bowiem także pewnym wypaczeniem. Wypaczeniem, zapytacie? A jak inaczej nazwać sytuację, w której dwudziestokilkuletnia dziewczyna o kompletnie pustej głowie, wypromowana przez siedzących za kulisami bossów przemysłu medialnego, dziewczyna której jedynym wkładem własnym jest twarz i głos pasujący do aktualnie wykreowanego zapotrzebowania, wydaje miliony dolarów żeby kupować sobie w rezydencji na Malibu sedes wysadzany brylantami? Jest to możliwe, bo przy całym ubolewaniu przemysłu rozrywkowego nad upadkiem moralności rysującym widmo śmierci głodowej artystów, obecny nieograniczony dostęp do treści także kreuje olbrzymie trendy finansowe - czasami w wypaczony sposób. Studenci piracący oprogramowanie Adobe wpływają na późniejsze decyzje swoich pracodawców w zakresie zapewnienia im narzędzi do pracy. Urzędnicy przyzwyczajeni do pracy na pirackich wersjach Windows w domu przeciwstawiają się instalacji na komputerach w pracy nieznanego im Linuksa. I tak dalej, i tak dalej... Obecna skala piractwa jest istotnym elementem teorii wyboru konsumenta, która zniekształca wolny rynek czyniąc go podatnym na manipulacje.

Co stanie się, jeśli każdy będzie musiał zapłacić za to, co obecnie bierze za darmo? Po pierwsze, zaczniemy podejmować decyzje w sposób bardziej świadomy. Po drugie, to co w chwili obecnej kosztuje duże - zbyt duże pieniądze - stanieje, bo wzrośnie liczba odbiorców, a na dobra niewarte swojej ceny chętnych nie będzie. Przestaniemy być wtedy bierną masą, której serwując w umiejętny sposób papkę można zrobić wodę z mózgu i zarobić miliony, a zaczniemy dostawać to czego oczekujemy. Wprowadzenie skutecznych technik DRM może bowiem położyć kres nie tylko piractwu, ale przez indywidualizację odbiorcy także i kanałowemu serwowaniu treści, które jest jednym z czynników prowadzących do absurdów, o których pisze Ryan. I może w końcu zamiast z powodu kosmicznych cen kraść interesujące nas treści będziemy w stanie je kupić, dzięki czemu ich twórca będzie miał środki na to, by zaskakiwać nas kolejnymi produkcjami swojego autorstwa.

Bez wątpienia jednak w tym utopijnym modelu, w którym każdy byłby zadowolony - i klient płacący niewiele, i nie okradany artysta czy programista - jest spora rysa. A właściwie dwie. Po pierwsze - osiągnięcie takiej równowagi zajmie z pewnością lata, podczas których obecna patologiczna sytuacja może się jeszcze pogorszyć. Co jednak ważniejsze, w tym modelu w bardzo istotny sposób ograniczona zostałaby przecież rola pośrednika. Czyli RIAA, ZAiKSów, BMG, Sony Music cośtam, Microsoftów, Applów i innych. Ale hej, zastanówmy się chwilę - przecież to te same firmy, które poprzez porozumienie TCPA realizują taki właśnie scenariusz. Czyżby więc sygnatariusze tego "paktu stabilizacji cyberświata" byli tak krótkowzroczni, by nie dostrzec w nim zagrożenia dla siebie? Z pewnością nie. O co więc chodzi? Być może o to, czego o TCPA jeszcze nie wiemy. I tego faktycznie, w odróżnieniu od hologramów ZAiKSu czy rootkitów w obecnych implementacjach DRM, można się obawiać...

r   e   k   l   a   m   a
© dobreprogramy
r   e   k   l   a   m   a
r   e   k   l   a   m   a

Komentarze

r   e   k   l   a   m   a
r   e   k   l   a   m   a
Czy wiesz, że używamy cookies (ciasteczek)? Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianach ustawień.
Korzystając ze strony i asystenta pobierania wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.