r   e   k   l   a   m   a
r   e   k   l   a   m   a

Dystrybucje Linuksa to nuda. Programiści odchodzą w stronę GitHuba

Strona główna AktualnościOPROGRAMOWANIE

Wczorajsze 23. urodziny Linuksa skłaniają do refleksji nad jego przyszłością – szczególnie tam, gdzie przyszłość ta nie wygląda tak różowo, jak na superkomputerach czy smartfonach. Potwierdzały to Wasze komentarze, w których nieraz przedstawialiście mocne zarzuty przeciwko współczesnym linuksowym dystrybucjom. Ale problemy widzą także ci, którzy nad linuksowymi dystrybucjami pracują. Swoje obawy przedstawił niedawno Matthew Miller, stojący dziś na czele społeczności Fedory. Widzi on zagrożenie dla dalszego rozwoju dystrybucji Linuksa tam, gdzie raczej nikt do tej pory go nie widział – w społecznościowych serwisach z kodem, takich jak GitHub.

Przez wiele lat na konferencji LinuxCon, jednej z najważniejszych dla Linuksa corocznych imprez, centralne miejsce zajmowały stoiska twórców rozmaitych darmowych dystrybucji, takich jak OpenSUSE, Fedora czy Gentoo. W tym roku w Chicago nie było ani jednego takiego stoiska – zauważa Miller, podkreślając, że przyczyną wcale nie są kłopoty finansowe. Od lat 2005-2006, kiedy to zainteresowanie linuksowymi dystrybucjami osiągnęło swój szczyt, uwaga zarówno programistów Open Source jak i szeregowych użytkowników kieruje się w inne strony.

Widać to dobrze w statystykach dostarczanych przez Trendy Google. Na poniższym wykresie wyraźnie widać przypadający na 2005 rok szczyt zainteresowania Fedorą i Debianem – i kolejne 10 lat, podczas których te najpopularniejsze dystrybucje utraciły tak wiele z rozgłosu, dziś z trudem utrzymując niską, choć stałą obecność w mediach online. Po części można to wytłumaczyć pojawieniem się Ubuntu, którego sukces koreluje wyraźnie z malejącym zainteresowaniem Fedorą i Debianem, ale i Ubuntu doszło do swojego szczytu około 2008 roku, by w naszych czasach wrócić do poziomu popularności z 2006 roku.

r   e   k   l   a   m   a

Tłumaczyć ten stan rzeczy można na wiele sposobów. Jedną z chętnie przywoływanych interpretacji jest np. wzrost popularności systemu OS X. Niejeden deweloper w końcu zmęczył się „problematycznością” Linuksa na laptopach, zamieniając swój sprzęt z niedziałającą kamerką czy rozłączającym się WiFi na MacBooka, w którym wszystko działa dobrze – i zamiast walczyć z konfiguracją przesyłania plików między urządzeniami po Bluetooth, można po prostu pliki te przesłać, bez grzebania w plikach konfiguracyjnych. Matthew Miller wskazuje jednak na coś innego. Maleje otóż znaczenie linuksowych dystrybucji jako głównego medium dystrybucji oprogramowania o otwartym kodzie źródłowym.

Początkowo otwarte oprogramowanie było dostarczane po prostu jako kod w paczkach tar.gz, do samodzielnego pobrania ze stron projektu i skompilowania przez zainteresowanego użytkownika. Starsi użytkownicy GNU/Linuksa pewnie dobrze pamiętają, ile to narzędzi instalowali w swoich systemach kombinacją poleceń ./configure, make, make install – w nadziei, że proces budowania zakończy się powodzeniem. Duże linuksowe dystrybucje, z ogromnymi repozytoriami oprogramowania niezależnych programistów, zmieniły ten stan rzeczy – tak Debian ze swoimi pakietami .deb, jak i Fedora z pakietami .rpm znacząco uprościły dostępność oprogramowania dla użytkowników. Sami deweloperzy zaczęli więc starać się, by ich narzędzia trafiały do popularnych dystrybucji, zapoczątkowując w ten sposób symbiotyczną relację między obiema stronami.

Pojawienie się GitHuba skończyło te miodowe lata. Deweloperzy oprogramowania Open Source nagle dostali wygodne narzędzia do publikacji swojego kodu w standardowym formacie, wraz z niezbędnymi narzędziami do zarządzania tym wszystkim. Odwiedzając strony domowe popularnych projektów można więc dziś coraz częściej znaleźć na nich komunikat fork us on GitHub. Coraz rzadziej widać komunikaty w stylu jesteśmy w Fedorze. Linuksowe dystrybucje, niegdyś stewardzi otwartego oprogramowania, dziś stają się dla programistów jakby… zbędnymi pośrednikami.

Na GitHubie jest dziś około 15 milionów repozytoriów. Liczba pakietów dostępnych w Fedorze jest o trzy rzędy wielkości mniejsza (ok. 18 tys.). Nawet jeśli uznać, że 90% tego wszystkiego z GitHuba to śmieci, to wciąż ilość oprogramowania wartego uwagi daleko przekracza wszelkie możliwości twórców linuksowych dystrybucji do odpowiedniego tego zapakowania. Oprogramowanie to jest coraz częściej neutralne względem systemowej platformy – równie dobrze można je uruchomić na sprzęcie Apple'a, co na laptopie z Windows (o ile ktoś się postara przygotować sobie na Windows właściwe środowisko uruchomieniowe).

W świecie Linuksa coraz więcej się też mówi w ogóle o odejściu od pakietów – zastępując je kontenerami aplikacyjnymi, np. coraz popularniejszym Dockerem. Izolacja zasobów kontrolowana przez jądro Linuksa pozwala na uruchamianie niezależnie od siebie oprogramowania, bez narzutu związanego z uruchamianiem maszyn wirtualnych. Zamknięta w kontenerze apikacja ma dzięki wykorzystaniu mechanizmu przestrzeni nazw jądra kompletnie wydzielony widok na sieć, systemy plików, drzewa procesów czy identyfikatory użytkowników, podczas gdy mechanizm cgroups pozwala na wydzielanie kontenerowi określonych zasobów pamięci operacyjnej, pamięci masowej, mocy obliczeniowej oraz I/O. Stąd też slogan Dockera: zbuduj, wyślij i uruchom dowolną aplikację, gdzie tylko chcesz.

W ślad za Dockerem idą jeszcze bardziej radykalne rekonstrukcje Linuksa. Wielkie zainteresowanie wywołał CoreOS – fork google'owego ChromeOS-a, w którym zrezygnowano z klasycznych menedżerów pakietów, zmuszając wszystkie aplikacje do działania we własnych kontenerach. System ten został zaprojektowany tak, by ułatwić automatyzację i wdrażanie kontenerów, dostarczając jedynie mechanizmy współdzielenia konfiguracji i wzajemnego wykrywania usług. Ten ogromnie już nieuniksowy w swojej architekturze Linux z klasycznymi dystrybucjami ma tyle wspólnego, że wykorzystuje do startu demona inicjalizacji systemd – i wielu widzi w nim przyszłość Linuksa.

Klasyczne dystrybucje stoją więc dziś przed dylematem. Pozostając tym, czym były do tej pory, ryzykują dalszą marginalizacją. Próbując się upodobnić do komercyjnych systemów operacyjnych, takich jak Windows czy OS X, ryzykują przeszacowaniem swoich możliwości (a i tak w ten sposób nie zdobędą rynku, bo rynek zdobywa się nie możliwościami technicznymi, lecz umowami partnerskimi). Wybierając zaś drogę minimalizacji, na podobieństwo CoreOS-a, tracą całą indywidualność, jaką do tej pory wypracowały – i ryzykują zantagonizowanie swoich dotychczasowych użytkowników. Zapewne różne będą drogi, którymi pójdą ich twórcy, więc możemy spodziewać się w najbliższych latach, że sporo się zmieni wśród tych 286 aktywnie dziś utrzymywanych dystrybucji.

© dobreprogramy
r   e   k   l   a   m   a
r   e   k   l   a   m   a

Komentarze

r   e   k   l   a   m   a
r   e   k   l   a   m   a
Czy wiesz, że używamy cookies (ciasteczek)? Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianach ustawień.
Korzystając ze strony i asystenta pobierania wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.