r   e   k   l   a   m   a
r   e   k   l   a   m   a

Ile jeszcze zdołają utrzymać się w opensource'owym peletonie systemy z rodziny BSD?

Strona główna Aktualności

10 lat temu system FreeBSD był, przynajmniej w pewnych kręgach i w pewnych zastosowaniach, naprawdę popularny. Nic dziwnego – były to czasy, gdy „pingwin” nie potrafił sobie za dobrze radzić z więcej niż dwoma procesorami, a kernel panic było oczekiwaną reakcją na otworzenie kilku tysięcy połączeń sieciowych na mocnym serwerze, tymczasem FreeBSD było w stanie obsłużyć je nawet na stareńkim 486. Do tego dochodziła wygoda utrzymania środowiska (użytkownicy FreeBSD nie wiedzieli za bardzo, czym jest piekło zależności, system portów był niemal bezawaryjny) i jego konfiguracji (o wiele prościej było edytować pliki .sh, odsłaniając w nich potrzebne opcje, niż przebijać się przez drzewa decyzyjne skryptów .rc Linuksa). Dla niektórych znaczenie miało też to, że społeczność skupiona wokół FreeBSD wydawała się wolna od „socjalistycznych” dogmatów Richarda Stallmana – liberalne licencje znacznie bardziej odpowiadać miały duchowi kapitalistycznej przedsiębiorczości.

Wróćmy do teraźniejszości. Na pierwszy rzut oka wszystko wydaje się OK, na przekór staremu internetowemu memowi *BSD is dying – Netcraft confirms it. Kolejne wydania FreeBSD pojawiają się zgodnie z harmonogramem – w styczniu 2012 wersja 9.0, w grudniu 2012 wersja 9.1, fundacji opiekującej się systemem udało się pozyskać ponad 750 tys. dolarów finansowego wsparcia od społeczności (ćwierć miliona dolarów więcej, niż planowano), udało się finalnie porzucić na architekturach x86/64 kompilator GCC, zastępując go kombinacją Clang/LLVM (rzekomo przez konieczność oczyszczenia FreeBSD z zagrożeń licencyjnych związanych z GPLv3), a po upadku OpenSolarisa FreeBSD stało się praktycznie standardem do uruchamiania systemów dyskowych korzystających z najlepszego systemu plików na świecie – ZFS. Wśród najbardziej niezawodnych dostawców hostingu wielu korzysta z FreeBSD, a na dobrą sprawę da się też używać „demonka” na desktopach – choć przygotowanie systemu do pracy wymaga trochę wysiłku.

Gdzie więc są ci wszyscy użytkownicy FreeBSD, skoro jest tak dobrze? Czy deweloperzy FreeBSD robią cokolwiek innego, prócz włączania do systemu pracy innych (wspomniane ZFS i LLVM, ale też DTrace z Solarisa, czy sterowniki kart sieciowych z OpenBSD)? Ile jeszcze będą w stanie dotrzymać kroku linuksowemu desktopowi, w sytuacji gdy odchodzi on coraz bardziej od standardowych uniksowych rozwiązań na rzecz technologii pisanych tylko z myślą o „pingwinie”, takich jak np. systemd zastępujący normalny initd, czy PulseAudio zastępujące OSS?

Łatwo zignorować trolli, opowiadających na forach internetowych kłamliwe historie o tym, jakoby główni użytkownicy FreeBSD porzucali ten system na rzecz Linuksa. Znacznie trudniej zignorować linuksowych deweloperów, którzy otwarcie mówią, że nie interesuje ich dbanie o kompatybilność z FreeBSD. Przykładowo – Lennart Poettering, twórca demona dźwięku Pulse Audio, otwarcie stwierdził, że systemy *BSD nie mają większego znaczenia i jedynie spowalniają rozwój otwartego i wolnego oprogramowania, nawołując przy tym do programowania wyłącznie na Linuksie. Z kolei Martin Gräßlin, jeden z deweloperów KDE Plasma, poinformował, że nie będzie przyjmował już łatek dla systemów operacyjnych innych niż Linux.

Powód był całkiem prozaiczny – wysiłek potrzebny do wspierania innych niż Linux systemów jest niewspółmiernie duży względem liczby użytkowników tych systemów i ograniczeń implementacji opensource'owych technologii na nich. By nie być gołosłownym, Gräßlin podaje, że w w ciągu roku dla menedżera okienek KWin zgłoszono 1061 błędów, z czego 1054 zgłoszenia dotyczyły Linuksa, 4 FreeBSD i 3 Solarisa. W większości problemy tych niszowych systemów brały się z wykorzystania innych kompilatorów czy braku zaawansowanych efektów OpenGL. Jeśli nowa technologia przynosi nam wielkie korzyści na Linuksie, ale jej zastosowanie wiąże się z zaprzestaniem wspierania innych systemów, ponieważ nie dostarczają one niezbędnych technologii, to myślę że lepiej jest być naprawdę dobrym na jednym systemie – pisze programista.

Czy twórcy tych mniej popularnych opensource'owych systemów operacyjnych nie mogliby sami przenosić tych linuksowych technologii? Pewnie by i mogli, gdyby mieli po temu środki – a przecież nie mają. Jeden z programistów OpenBSD, systemu jeszcze mniej przecież popularnego niż FreeBSD, pisał niedawno, żaląc się na trudności stawiane przez twórców projektów Open Source: z Posix i Uniksa robi się parodię: albo masz te linuksowe cuda, albo ich nie masz, a jeśli nie masz, to zapomnij o czymkolwiek nowoczesnym. Jestem pewien, że za tym „postępem” na desktopach stoją dobre intencje, ale zamienia to obszar dystrybucji OS-ów w pustynię, w której albo jesteś nowoczesnym linuksem z pulseaudio, pam czy systemd, albo umierasz. I tyle z pionierskiego ducha opensource, w którym mogłeś swobodnie wymyślać nowe fajne rzeczy i uruchamiać mniej czy bardziej interesujące oprogramowania na swojej maszynie.

Żale te może i są usprawiedliwione, ale ktoś tu chce jednocześnie iść naprzód i stać w miejscu (przy okazji – nazwanie PAM nowoczesną technologią, choć powstała w 1995 roku, pokazuje, jak dziwna musi być mentalność deweloperów *BSD). Faktycznie, gdyby świat wolnych systemów operacyjnych stał się nagle linuksową monokulturą, utracilibyśmy bardzo wiele – nie byłoby już gdzie eksperymentować z alternatywnymi podejściami do jądra, systemu plików czy pakietów oprogramowania. Nie byłoby zaplecza na wypadek, gdyby Linux stał się ofiarą jakichś patentowych szaleństw. Co jednak robić? Jak powstrzymać linuksową monokulturę, w sytuacji gdy praktycznie w żadnej ze swoich specjalności (FreeBSD: serwery, hosting, OpenBSD: bezpieczeństwo, NetBSD: multiplatformowość) systemy z Berkeley nie są dziś wcale lepsze niż pierwszy z brzegu Debian, do którego doinstalowano odpowiednie pakiety?

Odpowiedzi na to pytanie nikt chyba nie zna. A może po prostu monokultury nie są takie złe? Spójrzmy na dziedzinę bezpieczeństwa: praktycznie wszyscy korzystają z kryptosystemu AES, nie uruchamiamy na naszych produkcyjnych serwerach egzotycznych szyfrów. Czy to sprawia, że bezpieczeństwo naszych danych jest mniejsze, niż mogłoby być? Czy ktoś protestuje, że żyjemy w monokulturze jednego kryptosystemu? Może zatem ostatecznie proces wypierania BSD i innych uniksów przez Linuksa też nie będzie niczym szkodliwym. W końcu nikt nie powiedział, że systemy operacyjne muszą być robione na wieki.

r   e   k   l   a   m   a
© dobreprogramy
r   e   k   l   a   m   a
r   e   k   l   a   m   a

Komentarze

r   e   k   l   a   m   a
r   e   k   l   a   m   a
Czy wiesz, że używamy cookies (ciasteczek)? Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianach ustawień.
Korzystając ze strony i asystenta pobierania wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.