r   e   k   l   a   m   a
r   e   k   l   a   m   a

Klauzula sumienia dla dostawców Internetu? Działa i może wejść do Polski

Strona główna AktualnościINTERNET

„Klauzula sumienia” – ten zwrot kojarzy się z lekarzami, mówi się też o analogicznej deklaracji dla nauczycieli, ale istnieje także jej odpowiednik dla dostawców Internetu i operatorów usług. Jeśli więc dostawca czuje, że oglądane przez abonentów treści są obsceniczne, krzywdzące bądź pełne przemocy, może pójść za „głosem sumienia” i… ograniczyć do nich dostęp na własną rękę.

Zapisy tego typu nazywa się Good Samaritan provision („klauzula miłosiernego Samarytanina”). Jeden z nich można znaleźć w amerykańskiej ustawie Communications Decency Act w artykule 230. Sam akt, zwany też Great Cyberporn Panic of 1995, był pierwszą poważną próbą uregulowania pornografii w amerykańskim Internecie. W ostatecznym kształcie akt mówił, że sankcje karne czekają każdego, kto świadomie wykorzystuje interaktywne usługi komputerowe, by wysyłać jednoznacznie seksualne treści (obrazy, propozycje, opisy) osobom nieletnim lub publikuje takie treści w miejscach dostępnych dla nieletnich. W ciągu kolejnych lat znalazły się ciekawe niespójności z analogicznymi regulacjami nałożonymi na prasę, radio i telewizję – na przykład normalnie wydawana książka po publikacji w Internecie stała się „obsceniczna”, gdyż w różnych dokumentach różne słowa były na „czarnej liście”. Sporo zapisów zostało uznanych za niekonstytucyjne.

Artykuł 230 wciąż jest w mocy. Zapis mówi między innymi, że żaden dostawca lub użytkownik interaktywnej usługi komputerowej nie powinien być traktowany jako mówca lub wydawca informacji, które były przekazane przez innego dostawcę treści. Interpretacja dosłowna zapisu daje dostawcy usług immunitet w sprawach dotyczących informacji opublikowanych przez użytkowników – na przykład niepochlebnych opinii na platformie blogowej – nawet jeśli operator nie usunie tych danych w wyznaczonym przez sąd czasie. Spod tej zasady wyjęte są naruszenia prawa kryminalnego i federalnego prawa autorskiego, ale generalnie przekaz wygląda na chroniący wolność wyrazu w Sieci.

r   e   k   l   a   m   a

Przede wszystkim chodzi jednak o to, by operatorzy nie bali się monitorować i ingerować w obraźliwe, brutalne czy jednoznacznie seksualne treści. Na mocy „klauzuli sumienia” dostawcy mogą zupełnie blokować do nich dostęp, nie przejmując jednocześnie odpowiedzialności za nie. Jednym z takich działań jest oddawanie w ręce rodziców filtrów, które ograniczają dzieciom dostęp do „nieodpowiednich” materiałów, ale możliwości są znacznie szersze. W końcu można też przejmować domeny i blokować płatności pod warunkiem, że wszystko odbywa się „w dobrej wierze”. W końcu każdy chce być „dobry” i „chronić” użytkowników, więc często nie potrzeba nawet dodatkowej zachęty do wprowadzenia delikatnej cenzury.

Co to ma wspólnego z Polską? W Unii Europejskiej również działają mechanizmy chroniące operatorów platform czy dostawców łączy, ale nie dopuszczają one cenzury „w dobrej wierze”, co Amerykanom nie odpowiada. Od miesięcy, za zamkniętymi drzwiami, toczą się rozmowy w sprawie przyjęcia TTIP (Transatlantyckie Partnerstwo w dziedzinie Handlu i Inwestycji), które ma otworzyć handel między Stanami Zjednoczonymi a Unią Europejską. Korzyści gospodarcze dla Europy mogą być ogromne, ale negocjacje budzą poważne obawy. Nie dość, że odbywają się za zamkniętymi drzwiami, to jeszcze dotyczą różnych sfer życia – w tym ochrony środowiska, prawa autorskiego i wolności w Internecie. Co prawda Ministerstwo Gospodarki rzuciło nam na uspokojenie wizję podróży do Stanów Zjednoczonych bez wiz, ale treść porozumienia i cenę tej wolności (jeśli jest prawdziwa) poznamy dopiero po podpisaniu TTIP.

Przykład ACTA pokazał, że porozumienia tego typu mogą przyczynić się do eksportu nie tylko amerykańskich towarów, ale też zasad funkcjonowania. Warto przypomnieć, że w tamtym porozumieniu znalazły się również zapisy przypominające artykuł 230 CDA. Liczne firmy, teoretycznie działające na całym świecie, również skutecznie narzucają nam amerykańską rzeczywistość – w końcu Google usuwa z wyników wyszukiwania strony, które naruszają amerykańskie prawo autorskie, niezależnie od kraju.

W ubiegłym tygodniu organizacja European Digital Rights poinformowała, że podczas negocjacji amerykanie po raz kolejny próbują przemycić do Unii Europejskiej swoją „klauzulę sumienia” dla dostawców Internetu i operatorów usług. Słownictwo jest tak dobrane, by nie budzić żadnych obaw – w końcu chodzi o „przyzwoitość”, „porozumienie”, „współpracę” i „miłosiernego Samarytanina” z Ewangelii Łukasza.

Wczoraj Komisja Europejska odrzuciła wniosek Europejskiej Obywatelskiej Inicjatywy „Stop TTIP” o rozpoczęcie działalności. Stowarzyszenie alarmuje, że obniżone zostaną standardy ochrony środowiska, jakości żywności, a do energetyki wrócą paliwa kopalne, więc nie tylko Internet jest zagrożony.

© dobreprogramy
r   e   k   l   a   m   a
r   e   k   l   a   m   a

Komentarze

r   e   k   l   a   m   a
r   e   k   l   a   m   a
Czy wiesz, że używamy cookies (ciasteczek)? Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianach ustawień.
Korzystając ze strony i asystenta pobierania wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.