r   e   k   l   a   m   a
r   e   k   l   a   m   a

OS X Mavericks — co przynosi darmowa aktualizacja?

Strona główna AktualnościOPROGRAMOWANIE

Podobnie jak robili to w ubiegłym tygodniu użytkownicy Windows, a potem Ubuntu, dziś posiadacze komputerów z jabłkami zastanawiają się: „Instalować czy nie instalować?” Darmowa aktualizacja systemu OS X do wersji 10.9, czyli Mavericks (tym razem nie kot) zajmuje 5.29 GB i mogą ją pobrać użytkownicy systemów od Snow Leoparda w górę z Mac App Store. Instalacja na rocznym MacBooku Air zajęła 42 minuty, wliczając w to oba ponowne uruchomienia maszyny. Żadne pliki, aplikacje ani ustawienia nie ucierpiały podczas tego procesu.

Przede wszystkim w oczy rzuca się nowy Finder. Osoby tęskniące za dwupanelowym menedżerem plików nadal będą musiały sięgnąć po rozwiązanie innego producenta, ale Apple w końcu pozwoli zachować jako-taki porządek na liście okienek aplikacji. Foldery można otwierać w kartach, z których każda może mieć własny widok plików. Oczywiście można przenosić pliki między kartami metodą przeciągnij-upuść. Warto też zwrócić uwagę na nieco inny widok wszystkich plików oraz nowy przycisk na pasku narzędzi. Pod nim kryje się możliwość przypisywania etykiet do plików. Tą metodą, przy odrobinie dyscypliny, możemy efektywniej zachować porządek — wystarczy, że poświęcimy kilka sekund na dodanie do posiadanych dokumentów, utworów czy obrazów odpowiednich słów kluczowych. Lista tagów pokaże się na pasku bocznym Findera, gdzie znajdziemy także listę podstawowych folderów… wygląda to jak pierwszy krok w kierunku ukrycia przed użytkownikiem systemu plików w postaci, do której jesteśmy od lat przyzwyczajeni. Oczywiście Spotlight ma możliwość wyszukiwania plików na podstawie nadanych etykiet. Trzeba tylko wyrobić sobie odpowiednie nawyki i pamiętać o etykietkach.

Tagi będzie można dodać także przy zapisywaniu plików z poziomu niektórych programów (iWork) i są obsługiwane także przez iCloud.

r   e   k   l   a   m   a

Dla mnie, jako osoby pracującej z dwoma monitorami, bardzo wygodne okazało się wyświetlanie dwóch belek menu — na każdym ekranie jest więc prezentowane menu przynależne aktywowanej na nim aplikacji. Na każdym ekranie można teraz mieć osobny zestaw biurek, które można między ekranami przenosić… rozwiązanie to z pewnością na początku będzie problematyczne dla osób przyzwyczajonych, do zmiany przestrzeni roboczych na obu ekranach jednym gestem. Co więcej, po dłuższej pracy z wieloma aplikacjami niestety może się zdarzyć, że Dock „ucieknie” na drugi monitor.

W tej wersji systemu pojawiły się także nowe aplikacje — iBooks i Mapy. Do Map Apple'a podchodzę jak pies do jeża, ale tej aplikacji nie można odmówić kilku zalet. Przede wszystkim perfekcyjnie działają w niej gesty wykonane na touchpadzie i działa niezwykle płynnie. Zaskoczyła na plus aktualnymi informacjami o remontach i korkach we Wrocławiu, potrafi nawet omijać zamknięte odcinki przy wytyczaniu trasy. Nadal jednak niektóre punkty na mapie zaznaczone są zupełnie nie tam, gdzie trzeba… szkoda.

Widać tez, że i tu Apple powoli pozbywa się znienawidzonego skeumorfizmu. Cieszy zwłaszcza kalendarz, który już nie udaje, że ma skórzaną okładkę. Podobnie iBooks — nowa w tej wersji systemu dla Maków aplikacja, nie udaje już drewnianej półki i prezentuje się bardzo przyjemnie dla oka.

Apple chwali się także wydajnością nowej wersji systemu i to właśnie te zmiany stanowią największą wartość aktualizacji. Ciekawie zapowiada się nowe zarządzanie pamięcią z możliwością kompresji. Kiedy korzystamy z wielu aplikacji jednocześnie, system ma możliwość skompresowania danych przechowywanych w pamięci przez te nieaktywne, dzięki czemu aktualnie pracujące mają więcej miejsca dla siebie i nie ma potrzeby częstego korzystania z dysku. W efekcie przełączanie się między aplikacjami jest szybsze — zwłaszcza jeśli jedną z nich jest Photoshop z mnóstwem projektów.

Najwięcej zyskają jednak osoby pracujące na zasilaniu z baterii. Aby oszczędzić cenne zasoby, system rozpoznaje, które okna są całkowicie ukryte pod innymi i jeśli akurat nie wykonują żadnych ważnych operacji, zostają zwolnione. Jeśli jednak zostaną aktywowane, natychmiast wracają do pełnej prędkości działania. Według Apple'a pozwala to zaoszczędzić do 23% energii procesora. Nagle opłaca się pracować w trybie pełnoekranowym, co jest korzystnym dla promocji pewnego stylu pracy na Makach efektem ubocznym. Ten sam mechanizm stosuje Safari względem kart. Dużo większe zyski zapewnia jednak mechanizm grupowania niskopoziomowych operacji, które mogą zostać wykonane na raz w krótkich okresach. Pozwala to procesorowi częściej wchodzić w stan bezczynności, kiedy jego apetyt na energię jest dużo mniejszy. Warto zaznaczyć, że zastosowane przez Apple metody manipulowania zegarem nie są nowe i były implementowane choćby w systemie Windows 7, ale tu przynoszą zauważalne efekty. Rozwijane menu, które kryje się pod ikoną baterii, pozwala także zobaczyć, które aplikacje zużywają najwięcej energii.

W moim przypadku zysk czasu pracy na baterii nieznacznie przekroczył 21% (praca redakcyjna — Chrome, WiFi, sporadycznie obróbka grafiki, komunikator, muzyka). Kolejne minuty zyskałam po przesiadce na Safari.

W App Store i Mac App Store pojawiły się także nowe wersje programów z pakietów iWork oraz iLife, ale to już temat na inny artykuł.


Aktualizacja, 23.10.2013 18:00

Raporty mówią, że z najnowszej wersji systemu OS X pochodzi już ponad 7% ruchy generowanego przez wszystkie Maki w sieci.

© dobreprogramy
r   e   k   l   a   m   a
r   e   k   l   a   m   a

Komentarze

r   e   k   l   a   m   a
r   e   k   l   a   m   a
Czy wiesz, że używamy cookies (ciasteczek)? Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianach ustawień.
Korzystając ze strony i asystenta pobierania wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.