r   e   k   l   a   m   a
r   e   k   l   a   m   a

Open Source staje się przyczółkiem kapitalistycznych trolli

Strona główna AktualnościOPROGRAMOWANIE

Już we wczesnych latach 80 ubiegłego wieku funkcjonowały nieskodyfikowane zasady ruchu Wolnego Oprogramowania. Choć samo pojęcie Free Software jeszcze nie istniało, to jego duch już wtedy hasał po korytarzach stanowych uczelni, zachęcając inżynierów do dzielenia się owocami swojej programistycznej pracy. Był to duch wyjątkowo mocno przesączony ideą wolności, która wynikała z pierwotnej definicji wolności w życiu realnym. Jeśli wolność i transparentność działania jest podstawą naszego funkcjonowania w społeczeństwie, to dlaczego mielibyśmy zrzekać się tych samych wolności w cyfrowym życiu? I to oto przekonanie dało podstawy do narodzin Ruchu Wolnego Oprogramowania.

Nieszczęśliwie dla wschodzących ówcześnie korporacji, filozoficzne podejście Richarda Stallmana okazało się zbyt mało pragmatyczne. Szczególnie iż filozofia GNU nakazywała dzielić się efektami swojej pracy z każdym klientem, który dokonał zakupu oprogramowania, a to już spotykało się z dezaprobatą korporacyjnych zarządów.

W odpowiedzi na nowe potrzeby rynku powstał Ruch Otwartego Oprogramowania, który zakładał odrzucenie części filozoficzno-moralnej i walkę na gruncie technologicznym. Jednym w postulatów Erica Raymonda, jego współtwórcy (współtwórcy, gdyż sukces ma wielu ojców) było zjednanie sobie ludzi wypisujących duże czeki. O ile koncepcja pozyskiwania sponsorów jest w porządku, o tyle pomysł pozyskiwania pieniędzy za wszelką cenę był nie do przyjęcia przez bezkompromisowe środowisko Stallmana. Zaś sam ruch Free Software był krytykowany przez młodszych oponentów za swoją bezkompromisowość, co miało prowadzić do konfrontacji.

r   e   k   l   a   m   a

Pomimo pewnych niesnasek, oba ruchy – Free Software oraz Open Source – jednoczyły utalentowanych pasjonatów wierzących w pozytywne, społeczne efekty, jakie daje dzielenie się z innymi. Ruch ten znany nam współcześnie jako FLOSS movement, dziś ponownie staje się poligonem doświadczalnym i miejscem starć pomiędzy środowiskami nastawionymi na zarabianie pieniędzy, a pasjonatami wierzącymi w zmianę świata na lepsze poprzez pracę. I ponownie przyczółkiem do zmian jest ruch Open Source, który tym razem stał się narzędziem w rękach kapitalistycznych trolli.

Na problem ten zwrócił uwagę Mark Radcliffe, ekspert ds. licencjonowania i partner kancelarii prawnej DLA Piper, który na podstawie dwóch głośnych procesów sądowych wieści zmianę sposobu postrzegania ruchu Open Source.

Versata vs Ameriprise: wirus GPLv2

Pierwszym z dowodów na to, że idzie nowe, jest sprawa Versata vs Ameriprise. Chodzi o własnościowe oprogramowanie do zarządzania kanałami dystrybucji (DCM) firmy Versata. Wykorzystywało ono otwartoźródłowe narzędzie parsujące XML-a, licencjonowane na zasadach GPL v2, a będące własnością firmy XimpleWare. Z góry należy dodać, że XimpleWare oferowało równolegle sprzedaż narzędzia na komercyjnej licencji, tak aby jej klienci mogli uniknąć zobowiązań wynikających z natury licencji, jednak Versata nie wyraziła chęci na nabycie odpłatnej licencji.

Problem zrodził się w chwili, gdy Versata sprzedała prawo do swojego narzędzia DCM innej firmie świadczącej usługi finansowe, w tym przypadku była to spółka Ameriprise. Ta z kolei pozwoliła swoim podwykonawcom na dekompilację oprogramowania, co zostało uznane przez prawników Versaty za złamanie warunków licencji.

Ameriprise w rewanżu złożyło kontrpozew. Podstawą do jego złożenia był fakt użycia właśnie oprogramowania Open Source, co według prawników czyniło z DCM pracę pochodną, w całości objętą licencją GPL v2. W myśl tej interpretacji wszyscy podwykonawcy Ameriprise powinni móc dekompilować i modyfikować oprogramowanie według uznania.

Tu właśnie zaczyna się proces zmiany uniwersum Open Source. XimpleWare, pierwotny twórca parsera, odkrywszy naruszenie licencji, rozpoczął proces dochodzenia roszczeń na własną rękę, pozywając Versatę (swojego klienta), Ameriprise (klienta Versaty) oraz innych klientów Versaty za naruszenie praw własności i praw patentowych.

To istotny zwrot dla użytkowników otwartego oprogramowania. Podczas gdy w przeszłości naruszenie licencji skutkowało domową wizytą prawników fundacji, wyjaśniających „gdzie popełniono błąd i co należy poprawić”, współcześnie XimpleWare uczyniło z siebie komercyjnego egzekutora.

Versata może zaktualizować swoje oprogramowanie i usunąć z niego stosowne komponenty, lecz jak wskazuje Radcliffe, w innym przypadku może to nie być takie proste. I dodaje: Wyobraź sobie, że takie oprogramowanie jest zainstalowane w samochodzie albo w telefonach, lub w czymkolwiek innym, co jest trudne lub wręcz niemożliwe do zaktualizowania.

Oracle vs Google: ochrona praw doAPI

Przypadek Versaty nie jest jedynym wartym obserwacji z punktu widzenia środowiska Open Source. Kolejny, który powinien zaniepokoić społeczność jest pozew sądowy pomiędzy Oracle, a Google z tytułu ochrony prawnej API.

Historia ta zaczęła się lata temu, gdy Google starało się u firmy Sun o prawo do implementacji API Javy w Androidzie. Chociaż porozumienia nie zawarto, Google zdecydowało się zaimplementować API w sposób – w który jak wierzono – nie narusza praw własności Suna.

Jednak po upadku Suna i jego przejęciu przez Oracle, firma zdecydowała się pozwać internetowego potentata za rzekome skopiowanie nazw API i innych elementów takich jak linie nagłówka.

Chociaż sąd stanowy podtrzymał, iż API nie podlegają ochronie prawnej, to federalny sąd apelacyjny unieważnił tę interpretację, stwierdzając, że deklarowanie kodu i struktur, sekwencji i organizacja paczek API podlegają ochronie prawnoautorskiej.

Jeśli paczki API podlegają ochronie, wtedy życie bardzo się komplikuje, a interpretacja ta dodaje złożoności licencji GPL – twierdzi Radcliffe, lecz nawet jeśli API Javy jest chronione, nie oznacza to, że prostsze interfejsy również nie mogą tej ochronie podlegać. To tworzy możliwość powstania potrzeby licencjonowania API, tak aby użytkownicy mogli ich używać według potrzeb.

Jakie wnioski płyną z tej lekcji? Bez wątpienia oprogramowanie Open Source staje się coraz istotniejszą częścią portfolio wielu firm. Jednak przypadek pozwów Versaty i Oracle'a dowodzi, że korporacyjne wybiegi prawne mogą determinować, w jaki rodzaj zwierzyny (ofiary lub drapieżnika) przekształci się model open source.

Niegdyś ruch FLOSS skupiał ludzi wierzących w etos hakera, profesjonalisty, niosącego kaganek cyfrowej oświaty biednym, technicznym analfabetom. Dziś jego odnoga w postaci ruchu Open Source staje się narzędziem w rękach korporacji, które w imię zysku odrzucają wszelkie skrupuły i gotowe są posunąć się do łańcuchowego pozywania klientów własnych klientów, którzy, nawet jeśli naruszyli prawo, zrobili to mimowolnie. Czy to już nowe zjawisko kapitalistycznego trollingu i początek druzgocących zmian, których efekty ujrzymy w najbliższych latach m.in. w Internecie Rzeczy, czy też może tylko za daleko idący negatywizm Radcliffe'a, oparty jedynie na dwóch przypadkach? Zapraszamy do dyskusji.

© dobreprogramy
r   e   k   l   a   m   a
r   e   k   l   a   m   a

Komentarze

r   e   k   l   a   m   a
r   e   k   l   a   m   a
Czy wiesz, że używamy cookies (ciasteczek)? Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianach ustawień.
Korzystając ze strony i asystenta pobierania wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.