r   e   k   l   a   m   a
r   e   k   l   a   m   a

Oprogramowanie dla Linuksa: między przymusem otwartości a niechęcią do komercji

Strona główna Aktualności

Wielu użytkowników Linuksa, szczególnie tych, którzy wykorzystują komputer do czegoś więcej niż tylko surfowania po Sieci czy oglądania filmów, wcześniej czy później spotka się z sytuacją, w której wszystko to, co oferuje świat FLOSS (Free/Libre Open Source Software), po prostu okaże się niewystarczające wobec ich potrzeb. Czy będzie to grafika komputerowa, obróbka wideo, tworzenie muzyki, składanie tekstu czy jakakolwiek inna kreatywna dziedzina, będzie można odczuć, że wybór software'u dostępnego na Linuksa jest o wiele skromniejszy niż to, co można dostać na OS-a X, nie mówiąc już o Windows… a to co będzie dostępne, nie będzie dorównywało najlepszym narzędziom na konkurencyjnych systemach.

Niektórzy fani Linuksa zaciskają wówczas zęby i uruchamiają wirtualne maszyny z Windows, a na nich potrzebne komercyjne oprogramowanie. Inni decydują się na przemęczenie z opensource'owym oprogramowaniem, często niestabilnym i nieszlifowanym (głosząc przy tym wszem i wobec, że jest ono świetne i z łatwością dorównuje drogim, komercyjnym pakietom). A pozostali? Cóż, rozglądają się, czy aby na pewno nie ma na Linuksa oprogramowania, które mogłoby spełnić ich potrzeby – nawet jeśli trzeba za niego zapłacić (lub też, w zależności od stanu portfela i sumienia – spiracić). Dla tej grupy opowieści Richarda Stallmana, z których wynika, że korzystanie z oprogramowania o zamkniętym kodzie źródłowym jest porównywalne z byciem wziętym w niewolę, brzmią po prostu niedorzecznie.

Po prawdzie bowiem guru Wolnego Oprogramowania nigdy nie odpowiedział, w jaki sposób opłacić rozwój kosztownych projektów software'owych, szczególnie tych do specjalistycznych zastosowań. Załóżmy, że programiści z firmy X tworzą skomplikowane narzędzie do symulacji zjawisk fizykochemicznych, licząc, że sprzedadzą na całym świecie choć kilka tysięcy licencji. W idealnym świecie Stallmana jedynym sposobem, w jakim mogliby na nim zarobić, byłoby stworzenie narzędzia, upublicznienie kodu źródłowego, a następnie wejście w układ z producentem jakichś stacji roboczych z preinstalowanym Red Hat Linuksem, który ich oprogramowanie dołączyłby do sprzętu. A co zrobić z tymi, którzy chcieliby używać softu na zwykłych PC-tach z Linuksem? No cóż, należałoby napisać je tak, by działało wyłącznie na owych hipotetycznych stacjach roboczych – np. wykorzystywałoby karty ze specjalistycznymi układami, których emulacja na zwykłym PC byłaby niemożliwa. Założenia licencji GPL zostałyby wówczas spełnione, może nie w ich duchu, ale przynajmniej w literze.

Nasz świat nie jest jednak idealnym światem Stallmana, i niektóre firmy próbują tworzyć komercyjne, zamknięte oprogramowanie, często uznając że Linux jako platforma jest dla nich na tyle atrakcyjny, że opłaca się wydać na nią swoje narzędzia (czasem nawet uznając, że Linux jest jedyną platformą, dla której chcą swoje oprogramowanie wydać). I faktycznie, jest kilka dziedzin, w których Linux ma całkiem sporo do zaoferowania dla tych, którzy gotowi są zapłacić. Szczególnie widać to w dziedzinie grafiki 3D, gdzie do dyspozycji mamy Mayę i Softimage od Autodeska, znakomity renderer Indigo, czy tak lubiane przez twórców filmowych efektów specjalnych narzędzie Houdini. Nie najgorzej wygląda sytuacja w dziedzinie programów CAD (dzięki niezłym VariCAD-owi i ARCAD-owi), nie mówiąc już o programowaniu (gdzie do dyspozycji mamy takie komercyjne IDE jak IntelliJ IDEA, PhpStorm czy Komodo).

Są jednak takie dziedziny, w których komercyjnego oprogramowania na Linuksa jest tyle co kot napłakał. Szczególnie tyczy się do dziedzin bliższych typowemu użytkownikowi komputera, np. obróbce zdjęć. Dla tych, którym GIMP nie wystarczy (a któremu profesjonalnemu fotografowi by wystarczył?), pozostaje się jedynie obejść smakiem – odpowiednika Photoshopa za żadne pieniądze nie znajdą. Kiedyś niektórzy liczyli jeszcze na Pixel Studio, niektórzy nawet płacili za jego niestabilne wersje beta, by z czasem odkryć, że to nic ponad vaporware – i nie ma na co czekać. Podobny los spotkał użytkowników pakietu do grafiki wektorowej Xara Xtreme, który w pewnym momencie pojawił się w wersji beta na Linuksa... i już w tej wersji pozostał.

Nic więc dziwnego, że informacje o pojawieniu się nowych narzędzi na Linuksa do takich bardziej „artystycznych” zastosowań są przyjmowane przez społeczność z entuzjazmem. A jeśli jeszcze programy te miałyby być opensource'owe? Tak było z programem do nieliniowego montażu wideo o nazwie Lightworks. Jego kod źródłowy został pokazany światu (tak przynajmniej twierdził producent) w połowie 2010 roku, a wkrótce potem zapowiedziano, że oprócz wersji dla Windows przygotowana zostanie wersja dla Linuksa, w praktyce nieodróżnialna od wydania „okienkowego”.

Z jakiegoś powodu prace nad wydaniem Lightworksa na Linuksa przeciągały się. Dopiero w październiku tego roku pojawiła się bardzo okrojona wersja alfa. Entuzjazm związany z jej wydaniem został jednak ugaszony przez znanego dewelopera projektu GNOME i blogera, Jean-Françoisa Fortin Tama. Nie zostawił suchej nitki na narzędziu, udowadniając, że z Open Source Lightworks nie ma nic wspólnego – a nawet jeśli kiedyś będzie miał, to będzie to bardzo okrojona wersja, pozbawiona większości kodeków i niedostosowana do linuksowej infrastruktury (np. bez wsparcia dla GStreamera czy ffmpeg), a co najgorsze pełna DRM-ów i zabezpieczeń przed kopiowaniem,

Oczywiście, spór w tym wypadku bardziej dotyczy prawa do wykorzystania określenia Open Source, ale… dla przeciętnego użytkownika Linuksa ten spór może być bez znaczenia. Antagonizowanie firmy, która postanowiła wydać cokolwiek dla „pingwina”, tylko dlatego że firma ta nie potrafi być dobrym członkiem społeczności Open Source, to tylko umacnianie getta, w którym zamknięty został Linux – dawanie sygnału innym, że tak naprawdę niech nie próbują nawet z pingwinem, bo i tak nikt ich nie polubi. Pingwin ma swoje Pitivi, które mimo że jest tak mierne, że zęby bolą, to jednak przecież ma „czysty, nowoczesny i prosty kod”.

Pozostaje tylko nadzieja, że producent się nie przejmie, i umieści np. komercyjną wersję Lightworksa np. w sklepie z aplikacjami dla Ubuntu. Kilkadziesiąt dolarów za przyzwoity, stabilny edytor do nieliniowego montażu wideo to naprawdę niedużo... a alternatywy nie ma. Najlepszy opensource'owy program tego typu, Kdenlive, jest wciąż zbyt niestabilny, by zrobić na nim cokolwiek większego... a pozostałe przypominają bardziej zabawki dla kota.

r   e   k   l   a   m   a
© dobreprogramy
r   e   k   l   a   m   a
r   e   k   l   a   m   a

Komentarze

r   e   k   l   a   m   a
r   e   k   l   a   m   a
Czy wiesz, że używamy cookies (ciasteczek)? Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianach ustawień.
Korzystając ze strony i asystenta pobierania wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.