r   e   k   l   a   m   a
r   e   k   l   a   m   a

Playtest Bulletstorm

Strona główna AktualnościROZRYWKA

Trudno przejść obojętnie obok tworzonej pod skrzydłami Epic Games gry Bulletstorm, szczególnie, kiedy miało się okazję sporo podyskutować o niej z samym Adrianem Chmielarzem, czyli szefem przygotowującego tytuł, polskiego studia People Can Fly. Możliwości złożenia hitu na światowym poziomie deweloperzy zaprezentowali już przy okazji uznanego Painkillera, więc chyba nie mamy się zbytnio co obawiać o jakość nowego produktu. Zaplecze techniczno-finansowe też robi wrażenie, lecz (spytacie zapewne) czy odpowiednie wrażenie robi sama Burza Kul? Otóż Moi Drodzy jak najbardziej.

Szybciutko zarys fabuły. Wcielamy się w Graysona Hunta, kosmicznego awanturnika i życiowego rozbitka, który przy pierwszej okazji zrewanżowania się znienawidzonemu osobnikowi, co to zrujnował mu niegdyś karierę zawodową, postanawia z niej czym prędzej skorzystać. Niewiele myśląc gość zderza się swoją orbitalną „łajbą” z olbrzymim krążownikiem, czego rezultatem jest awaryjne lądowanie obu na nieprzyjaznej nikomu planecie Stygii. Cóż, na własnej skórze (blasze?) odczuje to towarzyszący mu cyborg Ishi Sato, który już na wstępie zostaje pożarty przez wielką roślinę. Dziarski główny bohater postanawia go uratować, ale by tego dokonać musi w pewnym momencie połączyć siły z dziewczyną o imieniu Trischka. Pochodzącą naturalnie z tego drugiego statku…

Widzieliśmy w akcji nowy (obok ujawnionych już, „standardowych” zbirów) rodzaj przeciwników, zwanych przez twórców Burnoutami. Adrian żartuje, że zastanawiali się z ekipą, czy nie nazwać nawet całego poziomu Burnout Paradise… Łapiecie. Natykamy się na nich w centrum miasta Elysium, które wali się dookoła targane wstrząsami. Co jest w mutantach charakterystycznego? Ubić idzie ich wyłącznie strzelając w świecące się części cielska. Bach, mały wybuch i truposz leci hen w dal. Jeśli śledziliście losy gry to wiecie jednak, że lepiej jest coś zakombinować, ponieważ za zmyślniejsze wykończenie nieprzyjaciela zgarnia się specjalne punkty – co ciekawe, ma to mieć swoje fabularne wytłumaczenie. Bawimy się więc trochę, podbijając stwory w powietrze energetycznym lassem, potem sprzedając zaś im przynajmniej kopa, żeby nadziali się na wystające ze zburzonej konstrukcji pręty.

r   e   k   l   a   m   a

Czemu wszystko drży? Bo w „gruncie” ryje olbrzymia poczwara, którą „przypadkiem” wkurzyliśmy nieco wcześniej, przebijając się przez jaskinie, a stąd… No, trudno powiedzieć, by nas ona dosłownie śledziła, ale wiecie o co chodzi. Już nazwa Hekaton powinna robić wrażenie, o gargantuicznym rozmiarze bestii nie wspominając. Mieszkańcy planety przez lata mówili o niej w podaniach, nigdy nie mając okazji jej ujrzeć, a tutaj z kosmosu zwalamy się my i od razu wkurzamy „zwierza” na tyle, żeby się ruszył. Normalka jak na bohatera - zawadiakę. „Brzydula” przemyka gdzieś w tle (zazwyczaj jest to rozwalający coś ogon), aż w końcu w całej swojej glorii i chwale postanawia nas po prostu zjeść. Tanio skóry nie sprzedamy.

1 2 następna
© dobreprogramy

Komentarze

Czy wiesz, że używamy cookies (ciasteczek)? Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianach ustawień.
Korzystając ze strony i asystenta pobierania wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.