r   e   k   l   a   m   a
r   e   k   l   a   m   a

Playtest Vanquish

Strona główna AktualnościROZRYWKA

Co możemy otrzymać, gdy człowiekowi, który większość swojej kariery poświęcił na tworzeniu gier o zombie i mutantach, damy do zrobienia japońską wersję Gears of War? Zgadza się – prującą do zrobotyzowanych Rosjan krzyżówkę białego Power Rangera z Master Chiefem, zdolną zawstydzić swą zwinnością niejednego Dante’go, czy też inną Bayonettę. Shinji Mikami zaprzągł ostro do pracy ekipę PlatinumGames, szykującą dla fanów strzelanek nie lada gratkę, gotową wgnieść w fotel większością serwowanych tutaj akcji.

Vanquish nieszczególnie stara się przekazać jakąś rozbudowaną czy głęboką historię, rzucając jedynie pierwszy lepszy pretekst, by móc zniszczyć troszkę kosztownego sprzętu, wykorzystując do tego różne cuda techniki. Tak więc mamy przyszłość, gdzie ostatnie dwa supermocarstwa, USA oraz Rosja, starają się przetrwać w świecie pozbawionym już surowców. Jak wiadomo, brak środków prędzej czy później prowadzi do „drobnych” utarczek. W tym przypadku rzecz rozpętali towarzysze ze wschodu. Obie strony wypowiadają sobie otwartą wojnę, przenosząc ją na amerykańską stację kosmiczną, służącą do okiełznywania energii słonecznej. Tam też trafia nasz główny wybawca – zakuty w mistrzowsko zaprojektowany, kosmiczny kombinezon Sam Gideon, niosący światło pokoju w postaci kilku kilo trotylu, ton ołowiu oraz solidnego turbo-kopniaka z półobrotu.

Oddane do naszej dyspozycji na Gamescom demko miało przede wszystkim w szybki oraz zwięzły sposób zaprezentować fundamentalną dla tej gry, dynamiczną wymianę ognia i szalone akrobacje, na jakie Samowi pozwala jego futurystyczne wdzianko. Muszę przyznać, że choć oferowany fragment Vanquish był niezwykle krótki, tak bez dwóch zdań nakręcił mnie na więcej sieczki z robotami. Nie mamy tutaj do czynienia wyłącznie ze „zjapońszczonym” klonem „Gyrosów”, lecz z wyjątkowo dobrze zrealizowaną rozwałką sci-fi, w której czajenie się za osłonami to jedynie okazja do momentalnego odzyskania sił, żeby za chwilę ponownie ruszyć ze swym breakdancem śmierci. Takich akcji, jakich uświadczycie w dziele PlatinumGames, na bank nie znajdziecie w ociekającym flakami projekcie Epic.

r   e   k   l   a   m   a

Wersja demonstracyjna z marszu rzuciła nas w sam środek ostrej wymiany ognia, mającej miejsce na otoczonym działkami i ciężkim osprzętem placyku. Pierwsze, co przykuwa uwagę, to tocząca się dookoła zacięta batalia pomiędzy rosyjskimi maszynkami bojowymi, a Amerykańskimi oddziałami żołnierzy. Dawało to miłe poczucie, że nie jesteśmy sami w środku tego konfliktu człowieka z wkurzonymi tosterami. Rozgrywka sprowadzała się do stopniowego oczyszczania pola z rozszalałych blaszaków, do czego mogliśmy nawet wykorzystać ich własne, kroczące na dwóch łapach pojazdy oraz szereg stacjonarnych armatek. Gdy już teren pokrył się całą stertą złomu gotowego wylądować w skupie, na scenę wkroczył przerośnięty pajęczak Argos, stawiający bardziej odczuwalny opór, niż jego metalowi pobratymcy. Tutaj walka nie odbiegała zbytnio od znanego ze wszelkiej maści produkcji schematu "rób uniki, wal w czułe punkty, atakuj kluczowy rdzeń, powtarzaj do skutku”.

1 2 następna
© dobreprogramy

Komentarze

Czy wiesz, że używamy cookies (ciasteczek)? Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianach ustawień.
Korzystając ze strony i asystenta pobierania wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.