r   e   k   l   a   m   a
r   e   k   l   a   m   a

RapidShare zwalnia 3/4 załogi, stawia na usługi dla biznesu: czy to wystarczy, by uratować niepiracki już serwis?

Strona główna Aktualności

Wybór dla RapidShare nie mógł być łatwy: albo pozostać tym, czym było – największym serwisem hostingu plików, zarabiającym na sprzedaży płatnych kont, dających szybki dostęp do (powiedzmy to otwarcie) pirackich treści, albo wymyślić się na nowo i zostać biznesem działającym w zgodzie z prawem. Wybór pierwszej z dróg to w obecnym klimacie politycznym ryzyko wejścia w poważny konflikt z prawem i w konsekwencji nawet przymusowego zamknięcia serwisu. Wybór drugiej drogi to trudne do oszacowania biznesowe ryzyko: jak mógłby zarabiać taki legalny serwis i czy jego marka nie została zbyt splamiona powiązaniami z piractwem?

Gdy policja, organizacje antypirackie i sądy wzięły w krajach Zachodu na celownik użytkowników sieci P2P, udało im się osiągnąć jedno: zwiększyć popularność internetowych cyberschowków, do których zarabiająca na tym grupa użytkowników wgrywała z naruszeniem prawa wszelkiego rodzaju treści pożądane przez internautów. Jeszcze kilka lat temu RapidShare było najpopularniejszym serwisem tego typu, jego nazwą określano wręcz wszystkie serwisy tego typu.

Popularność oznacza zyski, ale oznacza też zainteresowanie, które dla prowadzących nie do końca legalny biznes nie jest niczym dobrym. Odwiedzane przez dziesiątki milionów internautów RapidShare nagle zauważyło, że rośnie liczba pozwów składanych przez przedstawicieli właścicieli praw autorskich do filmów, muzyki czy oprogramowania, żądających odszkodowań za ułatwianie piracenia ich materiałów.

Wtedy też zaczęła się przemiana serwisu. Wpierw zlikwidowano program partnerski dla użytkowników dostarczających do serwisu pirackie treści, potem utrudniono anonimowe korzystanie z usług, wreszcie wprowadzono limity transferu, w praktyce uniemożliwiające rozpowszechnianie plików multimedialnych na większą skalę – 30 GB transferu dziennie to kropla w morzu potrzeb grup wydających kopie filmów w wysokiej rozdzielczości.

Pozbywając się piratów, RapidShare próbowało jednocześnie pozyskać nowych użytkowników. Flirtowało z wydawcami gier i studiami filmowymi, próbując zachęcić ich do wspólnego zbudowania sklepu z płatnymi treściami, który byłby oferowany wszystkim tym, którzy szukają treści pirackich. Nic jednak z tego nie wyszło, wydawcy nie byli zainteresowani, a mający coraz większe problemy finansowe RapidShare zmieniał tylko kolejnych dyrektorów zarządzających.

Kilka tygodni temu do serwisu przyszedł nowy szef, Kurt Sidler. Jego pomysł na zarabianie pieniędzy to przekształcenie RapidShare w dostawcę usług storage'u w chmurze dla biznesu. Zarobić jednak w ten sposób za wiele się nie da, gdyż nowe RapidShare musiało się bardzo odchudzić – zwolniło 45 ze swoich 60 dotychczasowych pracowników.

Pozostaje serwisowi życzyć tylko szczęścia w nowej działalności – bo nie będzie łatwo. Na rynku dostawców usług storage'owych jest bardzo ciasno, sprzedawanie usług biznesowi to zajęcie niewdzięczne, a najwięksi gracze w tej branży, tacy jak Microsoft, swoją pozycję wypracowywali latami. Może więc lepiej było pozostać przy dotychczasowym profilu działalności, tak jak zrobił to uparty Kim Dotcom?

r   e   k   l   a   m   a
© dobreprogramy
r   e   k   l   a   m   a
r   e   k   l   a   m   a

Komentarze

r   e   k   l   a   m   a
r   e   k   l   a   m   a
Czy wiesz, że używamy cookies (ciasteczek)? Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianach ustawień.
Korzystając ze strony i asystenta pobierania wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.