r   e   k   l   a   m   a
r   e   k   l   a   m   a

Stagefright pokazał, że system aktualizacji Androida można wyrzucić na śmietnik

Strona główna AktualnościOPROGRAMOWANIE

W ostatnich dniach mogliśmy zauważyć gorączkowe reakcje twórców Androida, a także wielu producentów sprzętu korzystających z tego systemu. Wszystkiemu winna jest luka Stagefright, która umożliwia przejęcie kontroli nad urządzeniem za sprawą spreparowanego MMS-a. Sytuacja ta obnaża katastrofalną sytuację i złe decyzje projektowe, jakie zapadały w Google.

Interesujące rozważania na ten temat znajdziemy na łamach Ars Technica i choć za sprawą pewnych słów mogą one doprowadzać do wojny użytkowników w komentarzach, trudno się z nimi nie zgodzić. Co prawda Google, Samsung i LG zapowiedziały cykliczne łatki bezpieczeństwa, ale kto tak naprawdę z tego skorzysta? Jak na razie wiadomo, że poprawki takie otrzymywać będą jedynie urządzenia z wysokiej półki cenowej, a i to niezbyt stare. Przewidywania mówią o tym, że producenci zabezpieczą zaledwie 2,6% urządzeń, bo właśnie tyle jest wspieranych i działa obecnie pod kontrolą Androida 5.1. Co z całą resztą? Te miliony użytkowników nie są już dla producentów istotne, no chyba że kupią nowe urządzenia.

Android jest obecnie najpopularniejszym systemem mobilnym. Gdybyśmy jednak w statystyki wrzucili wszystkie możliwe platformy, to okazuje się on również niemal najpopularniejszym systemem w ogóle: liczba smartfonów i tabletów jest tak duża, że udział jest zaledwie kilka procent niższy od Windows 7 (dane za StatCounter). Taka popularność jest zaletą, rodzi także poważne problemy związane z bezpieczeństwem. Luka w jakimś kluczowym dla systemu składniku oznacza narażenie na atak wszystkich jego użytkowników. Właśnie coś takiego stało się w przypadku Stagefright i najprawdopodobniej sytuacja będzie powtarzać się w przyszłości. Dlaczego? Bo cały model aktualizacji tej platformy jest nieprzystosowany do tego, aby obsługiwać taką liczbę urządzeń.

r   e   k   l   a   m   a

Kilka lat temu Android w świadomości użytkowników nie istniał. Firma Google przekonała producentów i klientów, że jej system jest lepszy: otwarty, darmowy, gdzie każdy może go współtworzyć, a nie tak jak w przypadku oprogramowania Apple i Microsoftu jedynie płacić za czarną skrzynkę niemalże nie do ruszenia. Wtedy aktualizacje nie były żadnym problemem. Wzrost popularności sytuację zmienił. Teraz nad oprogramowaniem pracuje Google. Kod trafia do producentów sprzętu, a oni dodają swoje nakładki i własne aplikacje. Zanim całość trafi na koniec, do użytkownika, najpierw musi przejść przez operatorów. Ci oczywiście również chcą wyciąć dla siebie kawałek tortu – dodają własne aplikacje, reklamy i inne elementy. Taką drogę przechodzą także aktualizacje, które za sprawą oszczędności i kosztów na poszczególnych etapach na ogół do użytkownika już nie docierają.

Konfrontacja z systemem od Apple stawia Androida na z góry przegranej pozycji. Choć ostatnio wiele można zarzucić bezpieczeństwu iOS i OS X, w zasadzie wszystkie aktualizacje bezpieczeństwa otrzymują. To jednak pewien ewenement, a weźmy pod uwagę, że portfolio tej firmy jest bardzo skąpe i nad wyraz drogie. Mimo wszystko znaleźć można coś, co pokazuje, że da się lepiej: Windows. Zarówno ten mobilny, jak i desktopowy. Przykłady? Użytkownicy systemu Windows XP otrzymywali aktualizacje zabezpieczeń przez trzynaście długich lat. Osoby używające Visty nadal mogą na nie liczyć, a wsparcia dodatkowe dla najpopularniejszego obecnie Windows 7 zakończy się dopiero w 2020 roku. Oczywiście, specjaliści wynajdują w tym systemie bardzo dużo luk, ale odrzucając na bok kwestie związane z dziurawym oprogramowaniem firm trzecich (np. Flash Player, Java, Reader), sytuacja nie wygląda tak źle – a każdy z włączonym Windows Update może liczyć na poprawki przez bardzo długi czas.

Mobilna wersja tego systemu to zupełnie inne podejście. Microsoft chyba uczył się na błędach konkurencji. Windows Phone posiada mechanizm aktualizacji, którego ani producenci sprzętu, ani tym bardziej operatorzy nie mogą w żaden sposób naruszać. W efekcie klienci otrzymują aktualizacje bezpośrednio od twórców systemu. Nawet w sytuacji, gdy jakaś firma nie zdecyduje się na zaktualizowanie całego oprogramowania do nowej wersji, Microsoft wciąż może dostarczać istotne poprawki bezpieczeństwa. Przykład HTC 8S, a obecnie produktów Kaazam pokazuje, że i tutaj mamy do czynienia ze zjawiskiem fragmentacji, niemniej nie wpływa ona znacząco na bezpieczeństwo platformy, a jedynie na jej funkcjonalność (choć dla większości użytkowników proporcje ważności tych dwóch spraw są zapewne odwrotne). Ułatwia to również prace w Microsofcie, bo wyraźne wymagania dotyczące obsługiwanego sprzętu ograniczają zakres podzespołów, jakimi firma ta musi się zajmować.

Co więc można zrobić w tej sytuacji? Niewiele: problemy leżą u podstaw i nie da się tego zupełnie odkręcić. Google może wymuszać na producentach używanie jedynie dodatkowych aplikacji, dodatkowo zapewnia coraz lepsze wsparcie i aktualizacje przez własne usługi – przykładem jest choćby wydzielony komponent WebView, który również stał się celem ataku, a który w Androidzie 5.0 Lollipop i nowszych jest aktualizowany przez sklep Play. Rzecz w tym, że nie wszystkie składniki systemu da się aktualizować w ten sposób zaś całkowite zamykanie systemu i odrzucenie możliwości tworzenia nakładek jest rozwiązaniem niemożliwym do wdrożenia. Nie da się też w jakiś magiczny sposób zamienić wszystkich starszych urządzeń na nowe – producenci zapewne by tego chcieli (nie za darmo), ale jeżeli coś spełnia nasze oczekiwania, to dlaczego mielibyśmy to zmieniać dla samej nowości jako takiej?

Zamiast tego stosuje się więc rozwiązania-prowizorki: skanowanie zewnętrznych aplikacji, polecanie korzystania jedynie ze sklepu Play i innych oficjalnych źródeł. Problemu to jednak w żaden sposób nie rozwiązuje, czego przykładem jest sytuacja związana z luką Stagefright: miliony użytkowników z całego świata mogą stracić własne dane i tożsamość internetową za sprawą jednego spreparowanego MMS-a. Te same miliony nie mogą liczyć na aktualizacje. Bo nie, bo wymagałoby to ogromnych zmian w systemie, a poza tym uderzyło zarówno w producentów, jak i operatorów. Pytanie brzmi więc: co się stanie, gdy znów dojdzie do takiej katastrofy? Może wtedy użytkownicy postanowią zmienić urządzenie na takie, które, choć nie zapewnia tylu funkcji, oferuje większe bezpieczeństwo? Czy jednak istnieje taka alternatywa? Microsoft i Apple oferują rozwiązania zamknięte, a te trudno nazwać bezpiecznymi.

© dobreprogramy
r   e   k   l   a   m   a
r   e   k   l   a   m   a

Komentarze

r   e   k   l   a   m   a
r   e   k   l   a   m   a
Czy wiesz, że używamy cookies (ciasteczek)? Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianach ustawień.
Korzystając ze strony i asystenta pobierania wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.