Zespół CD Projekt RED ponownie stara się podchodzić do gier z punktu widzenia gracza. W jednym z ostatnich wywiadów odciął się grubą kreską od procederu wyciągania od fanów pieniędzy za pośrednictwem licznych DLC stwierdzając, że wprowadzanie odpłatnie dodatkowych opcji, które pełnią funkcję w zasadzie kosmetyczną, to nie jest dobra praktyka. Owszem, to prosty zarobek, za to traci się w oczach społeczności skupionej wokół studia deweloperskiego. Według zdolnych rodaków nie tędy droga.
W momencie kiedy ktoś nabywa projekt CDP RED, twórcy czują się zobowiązani, aby w ramach niepisanej umowy z graczem stale tytuł wspierać. Na wypchnięciu produktu za drzwi nie może się rola dewelopera kończyć. Tak jak było ze starusieńkim Wiedźminem pierwszym, a potem kontynuacją, doczekaliśmy się nie tylko licznych usprawnień obu dzieł, lecz również wielu zmian i dodatkowej zawartości po wielu miesiącach od debiutu, w ramach jednej, pierwotnej opłaty przy zakupie gry. W mniemaniu twórców w ogóle DLC, jako zestawy interesujących przedmiotów czy kilku ekstra misji, zawsze powinno być darmowe. Tylko przez powszechną pogoń za kasą te literki źle się nam kojarzą...
Zupełnie inna sprawa to porządne rozszerzenia, takie jak dawniej (przypomnijcie sobie serię Baldur's Gate), oferujące rozrywkę na kilkadziesiąt godzin i wzbogacające fabułę o istotne wątki. Tutaj dopiero ewentualnie, z uwagi na włożony w nie przez producentów dodatkowy, taki prawdziwy trud, CD Projekt RED rozważałoby opłaty. Rzecz jasna nie chodziłoby znowu o też popularny trend specjalnego wycinania z produktu określonych partii, stanowiących w pierwotnych założeniach jego integralną część, aby potem móc sobie za to dodatkowo policzyć, wypuszczając elementy te odpłatnie. Gracze nie są głupi i szybko połapią się w sprawie, jeśli już nie instynktownie, to na pewno przeczesując pliki programu. Projektanci Dzikiego Gonu pragną być fair, bo tylko taka postawa ma sens.