r   e   k   l   a   m   a
r   e   k   l   a   m   a

We Francji po cenzurze Internetu nadszedł czas na permanentny cybernadzór

Strona główna AktualnościINTERNET

W ciągu kilku ostatnich miesięcy temat ograniczania wolności słowa w Internecie omawiany był często w kontekście nowelizacji prawa Republiki Francuskiej. Wzmożona działalność organów ścigania i rządu w celu zdobycia możliwie jak największej kontroli nad publikowanymi w Sieci treściami jest tematem dyskusji, ale także zdecydowanej krytyki. Te jednak zdają się nie robić szczególnego wrażenia na władzach, które mają zamiar jeszcze bardziej poszerzyć zakres inwigilacji.

W listopadzie 2014 roku francuski parlament przegłosował ustawę, dzięki której służby bezpieczeństwa posiadły kompetencje usuwania całych serwisów bez konieczności konsultowania swojej decyzji z niezawisłym sądem. O tym, że zostały one wykorzystane w stosunku do islamskich portali informowaliśmy wczoraj. Francja, w związku z atakiem na redakcję Charlie Hebdo, jest wyjątkowo podatnym gruntem dla regulacji w wolności wypowiedzi – pamiętający krwawe zamachy obywatele są z pewnością mniej krytyczni wobec ograniczania ich swobód na rzecz bezpieczeństwa.

Sprawa nie wzbudziła większych emocji zapewne z powodu powszechnego poparcia, jakim cieszą się akcje mogące całkowicie uniemożliwić publikowanie treści środowiskom powiązanym ze światem Islamu. W rzeczywistości podobne praktyki francuskiego MSW są bardziej niepokojące – szczególnie biorąc pod uwagę, że zamiast wspomnianych stron nie wyświetla się już powiadomienia o tym, że zniknęły one z powodu działalności władz. Daje to służbom możliwość swobodnego i niekontrolowanego przez sąd blokowania niebezpiecznych, ale także potencjalnie niewygodnych informacji. Równie dobrze przecież, zamiast stron islamskich, zablokowane mogą zostać witryny publikujące treści krytyczne wobec François Hollande'a i Partii Socjalistycznej.

r   e   k   l   a   m   a

Mogłoby się wydawać, że wprowadzenie w życie tak kontrowersyjnej ustawy wymusi na francuskim rządzie tymczasowe wstrzymanie dalszych prac nad podobnymi ustawami. Tak się jednak nie stało, postanowiono nawet pójść za ciosem. Le Figaro donosi bowiem, że rząd będzie wymuszał na wszelkiego rodzaju firmach oferujących usługi i produkty, w Internecie do wprowadzenia programu automatycznego rozpoznawania podejrzanego ruchu sieciowego. Objęte takim obowiązkiem mają zostać nawet największe korporacje na czele z Google, Facebookiem i Apple. Niezależnie od tego, czy będzie chodzić o rozmowę za pomocą komunikatora, zakupy internetowe czy opublikowanie filmu na YouTube, jeżeli program analizujący ruch sieciowy zidentyfikuje aktywność jako podejrzaną, to będzie ona mogła zostać rozszyfrowana i przeanalizowana przez władze. Nic nie wiadomo na temat oprogramowania, które będzie analizować ruch. Jest to tym bardziej niepokojące, że od ich skuteczności zależy rozszyfrowanie na przykład zapisu prywatnej rozmowy.

Poza oczywistymi obawami o prywatność, która zdaje się mieć coraz mniejsze znaczenie, kontrowersyjne wydaje się też zastosowanie automatyzacji całego procesu nadzorującego ruch. Szczególnie biorąc pod uwagę, jak poważne dla przeciętnego internauty mogą mieć konsekwencje błędnego określenie generowanego przez niego ruchu jako podejrzanego. Coraz bardziej oczywistymi wydaje się dziś racje ekspertów zajmujących się prywatnością i działaczy na rzecz wolności obywatelskich o wykorzystywaniu zamachów terrorystycznych do cenzurowania Sieci. Zadziwiające jest, że rząd państwa, które przyniosło Zachodowi idee wolności, równości i braterstwa aktualnie przoduje w działaniach zmierzających do ich pogrzebania.

© dobreprogramy
r   e   k   l   a   m   a
r   e   k   l   a   m   a

Komentarze

r   e   k   l   a   m   a
r   e   k   l   a   m   a
Czy wiesz, że używamy cookies (ciasteczek)? Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianach ustawień.
Korzystając ze strony i asystenta pobierania wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.