Używam Lightroom od 3 lat. Postanowiłam spróbować w momencie, kiedy iPhoto przestał być pomocą a zaczął być barierą. Aperture zainstalowałam na próbę tydzień temu, akurat kiedy trzeba było przebierać zdjęcia z HotZlotu. W swoim wpisie pozwolę sobie pominąć Picasę, która oglądając cały mój dysk w poszukiwaniu zdjęć i filmów zawłaszcza sobie zdecydowanie więcej procesora, niż bym sobie tego życzyła.
Oczywiście w obu programach doskonale można „wywoływać” zdjęcia. W zestawie narzędzi i filtrów nie ma co się spodziewać rewolucji, chyba że za rewolucję uznamy możliwość pracy z maskami w Lightroom. Gdyby chodziło mi jedynie o wygodę edycji zdjęć, wybrałabym Aperture bez zastanowienia. Bardzo mi odpowiada możliwość tworzenia wersji zdjęcia, zbierania wersji w „stos” i wykrywanie twarzy (które działa zaskakująco dobrze). Ponieważ Aperture korzysta z Core Image, łagodnie obchodzi się z moim sprzętem. Nie można tego powiedzieć o przestrzeni dyskowej, ponieważ biblioteka Aperture zawiera oryginalny plik i podgląd do każdej jego wersji, co od zawsze uważałam za bezsensowne rozwiązanie.