r   e   k   l   a   m   a
r   e   k   l   a   m   a

ZAiKS niechętny obowiązkowi ujawnienia swoich finansów: opłata reprograficzna nie ma uzasadnienia?

Strona główna AktualnościBIZNES

Polska to kraj, w którym rozmowy o pieniądzach należą do kategorii rozmów trudnych, by nie powiedzieć wręcz nieprzyzwoitych (wie o tym każdy, kto miał okazję stawić się na rozmowie kwalifikacyjnej). Reakcje pracodawców na propozycje jawności co do oferowanych wynagrodzeń to jednak „małe piwo” w porównaniu do ostatnich reakcji organizacji zbiorowego zarządzania prawami autorskimi, nad którymi zawisło widmo obowiązku przygotowywania szczegółowych rocznych sprawozdań finansowych, porównywalnych do tych, jakie publikować muszą spółki giełdowe.

W zeszłym tygodniu upłynął termin nadsyłania uwag (w ramach tzw. społecznych konsultacji) dotyczących projektu rozporządzenia w sprawie sprawozdań z działalności organizacji zbiorowego zarządzania prawami autorskimi lub prawami pokrewnymi (OZZ). Obecnie ustawa o prawie autorskim nakłada na organizacje zbiorowego zarzadzania obowiązek corocznego przedkładania sprawozdań z działalności. Zakres takich sprawozdań jest jednak określany w drodze ministerialnego rozporządzenia. Udostępniona publicznie propozycja tego rozporządzenia wyraźnie ma na celu zwiększenie przejrzystości dotychczasowych sprawozdań – szczególnie w kwestiach finansowych. OZZ miałyby np. wskazywać łączną wysokość zainkasowanych opłat, ujawniać koszty prowadzenia działalności, a nawet tabele wynagrodzeń.

Pieniądze, o jakich tu mówimy, to kwoty niemałe. W samym 2012 roku na kontach OZZ znaleźć się miało 1,22 mld złotych, to jest ponad dwukrotnie więcej, niż wydaje się rocznie na wszystkie obiekty kulturalne. Lwia część tej kwoty (1,1 mld) przypadła ZAiKS-owi, pozostałymi pieniędzmi podzieliły się organizacje takie jak ZPAV, Kopipol, SAWP czy Copyright Polska (wcześniej Polska Książka). Co się z tymi pieniędzmi dzieje, powiedzieć niełatwo. Jeden z mniejszych OZZ-ów, Kopipol, chroniący interesy wydawców podręczników i publikacji naukowych, zgromadził w 2012 roku od producentów i importerów kserokopiarek i innych urządzeń służących kopiowaniu ok. 14,3 mln złotych. Ile z tego trafiło do wydawców? Zaledwie 230 tys. złotych. Ponad 1,5 mln złotych „zjadły” koszty administracyjne. Co stało się z pozostałymi pieniędzmi, tego poza władzami Kopipolu nikt nie wie.

r   e   k   l   a   m   a

Nie powinno nikogo więc dziwić, że ministerialna propozycja (będąca w praktyce próbą wdrożenia unijnej dyrektywy w sprawie zarządzania prawami autorskimi), w zasadzie ciepło przyjęta przez środowiska twórców, wywołała skrajnie negatywną reakcję ZAiKS-u – i właśnie Kopipolu. Największy polski OZZ ostrzega, że zbyt szybkie przyjęcie nowych ustaleń doprowadzi do chaosu prawnego, a nawet przyczyni się do większego niezrozumienia specyfiki działania OZZ, gdyż opinia publiczna może błędnie zinterpretować informacje o finansach tych organizacji. Z kolei Kopipol uważa, że nowy projekt doprowadzi do naruszenia przez OZZ przepisów o ochronie danych osobowych i zwalczaniu nieuczciwej konkurencji i godzi w tajemnice handlowe przedsiębiorstw, w nieuzasadniony sposób poszerzając obowiązek sprawozdawczy, poza zakres nakazywany przez ustawę o dostępie do informacji publicznej.

W świetle planów Ministerstwa Kultury, zamierzającego objąć opłatą reprograficzną nowe kategorie urządzeń (m.in. smartfony i tablety), taka reakcja wydaje się całkiem zrozumiała – przychody organizacji zbiorowego zarządzania prawami autorskimi mogą wzrosnąć w najbliższych latach o setki milionów złotych rocznie. Pytanie o to, co dzieje się z tymi pieniędzmi musi być więc dla ZAiKS-u i Kopipolu nadzwyczaj niestosowne – jakiekolwiek by rozliczenie nie zostało przedstawione, nie będzie ono rozliczeniem, które mogłoby usatysfakcjonować ani obciążonych opłatami reprograficznymi, ani twórców, którzy mieliby być z pieniędzy tych wynagradzani.

Tkwimy więc w impasie, który zadowala jedynie ZAiKS i pokrewne organizacje – i wyjścia z tego impasu nie widać, tym bardziej, że samo rozumienie instytucji opłaty reprograficznej zostało zakwestionowane w ostatnim wyroku Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Przypomnijmy: dwa lata temu holenderscy producenci i importerzy zdecydowali się pozwać organizacje zbiorowego zarządzania prawami autorskimi Stichting de Thuiskopie i SONT, w przekonaniu, że opłaty przez nich pobierane są zbyt wysokie. Jak wiadomo, opłata reprograficzna jest w założeniu rekompensatą strat z tytułu ustanowienia wyjątku od monopolu prawnoautorskiego (tzw. dozwolonego użytku prywatnego). Producenci i importerzy przegrali kilka kolejnych spraw, aż ostatecznie sprawa trafiła do holenderskiego Sądu Najwyższego.

Sąd Najwyższy zdecydował się zadać Trybunałowi Sprawiedliwości UE pytanie o naturę opłaty reprograficznej – czy może ona być także rekompensatą za straty związane z pozyskiwaniem utworów z naruszeniem prawa. Producenci i importerzy byli bowiem przekonani, że skoro opłata jest tak wysoka, to musi rekompensować straty wynikłe nie tylko z dozwolonego użytku własnego, ale też i z piractwa. Trybunał odrzucił tę interpretację, ogłaszając, że nie może zaakceptować uregulowania krajowego, które nie rozróżnia między kopiami na użytek prywatny sporządzonymi z legalnego źródła a tymi, które zostały sporządzone z pirackiego egzemplarza. Opłata reprograficzna nie może więc rekompensować strat, do których doprowadziło piractwo.

Na tym jednak nie koniec: Trybunał Sprawiedliwości przyjrzał się też samej koncepcji dozwolonego użytku – i uznał, że niemożliwe jest uznanie za dozwolony użytek sytuacji, w której źródło, na podstawie której użytkownik utworzył swoją kopię, jest źródłem nielegalnym. Zgodnie bowiem z ustawą o prawach autorskich, dozwolony użytek nie może godzić w słuszne interesy twórcy.

Jeśli zatem opłata reprograficzna pokrywać może wyłącznie „straty” twórcy wynikłe z dozwolonego użytku, rozumianego jako tworzenie kopii na własny użytek z legalnie posiadanych, oryginalnych źródeł, to jej obecna wysokość niczym nie jest usprawiedliwiona. Trudno w takim rozumieniu dozwolonego użytku w ogóle wykazać, że właściciel praw autorskich ponosi jakiekolwiek straty z tego powodu, że nabywca książki skseruje z niej kilka stron.

Oczywiście tego typu debaty niewiele mają wspólnego z realiami drugiej dekady XXI wieku, w której przez sieci P2P pompowane są codziennie petabajty spiraconych treści. Nie pomogły próby straszenia internautów sankcjami karnymi czy forsowanie technicznych zabezpieczeń – ludzie dzielą się dziś plikami na skalę niewyobrażalną 10 lat temu, a klienty BitTorrenta instalowane są nawet w telefonach. Co może więc zmienić wprowadzenie transparentności finansów OZZ? Samym twórcom zbyt wiele to raczej nie pomoże, ale może pomóc właśnie producentom i importerom, którzy uzyskają twarde dane, świadczące na rzecz niewspółmierności pobieranej dziś opłaty reprograficznej w stosunku do tego, co twórcy otrzymują.

© dobreprogramy
r   e   k   l   a   m   a
r   e   k   l   a   m   a

Komentarze

r   e   k   l   a   m   a
r   e   k   l   a   m   a
Czy wiesz, że używamy cookies (ciasteczek)? Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianach ustawień.
Korzystając ze strony i asystenta pobierania wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.