r   e   k   l   a   m   a
r   e   k   l   a   m   a

Za Anonem media sznurem – kto uwierzył w „cyberwojnę” z Państwem Islamskim?

Strona główna AktualnościINTERNET

Niewiele dziś lepszych tematów dla mediów, niż wojna z Państwem Islamskim. Ostatnio, jak twierdzą owe media, rozciągnęła się ona też także na front informatyczny, a to za sprawą jakże medialnej grupy Anonymous, która po piątkowym zamachu w Paryżu miała wypowiedzieć Kalifatowi wojnę. Z braku bomb, nie mówiąc już o myśliwcach bombardujących, wojna miała toczyć się na hakerskie ataki. Z tonu medialnych doniesień można się domyślać, że kalif Ibrahim jest przerażony działaniami ludzi w maskach Guya Fawkesa. Jak to jednak często w kwestiach związanych z Anonymous bywa, rzeczywistość wygląda „nieco” inaczej.

Zacznijmy może od tego, że trudno grupę, która wypowiedziała „wojnę” Państwu Islamskiemu uznać za głos wszystkich, którzy uważają się za Anonimowych. I nie chodzi tu już o to, że stara dobra szkoła Anonymous nigdy by nie wzięła się za coś tak pozbawionego humoru i frajdy jak walka z Państwem Islamskim („not your personal army”, „we did it for lulz”). Nawet oficjalne kanały zaangażowanych politycznie haktywistów, którzy z czasem zaczęli być uznawani za „nowych” Anonymous (takie jak twitterowy @AnonPress czy @AnonyOps) nie włączyły się w operację #opParis, wypowiadając się we wstrzemięźliwym tonie. Ci zaś, którzy w tym uczestniczą, są najwyraźniej tą samą grupą, która wojowała z Państwem Islamskim po ataku na redakcję Charlie Hebdo, w ramach operacji #opISIS – i chyba tak samo jak wtedy, wojowanie to polega na wysyłaniu mainstreamowym mediom (i nie tylko, także wielu tzw. blogom technologicznym) informacji o spektakularnych osiągnięciach na cyberfroncie.

Tak więc najświeższe informacje, które przeczytać możemy np. we Wprost mówią, że skutecznie zamknięto ponad pięć i pół tysiąca kont na Twitterze należących do Państwa Islamskiego. To wszystko w ramach największej operacji w historii, która ma sprawić, że każdy zwolennik dżihadystów i członek Kalifatu będzie wytropiony, a strony internetowe służące rekrutacji oraz rozpowszechniania propagandy zostaną zaatakowane. Te spektakularne wieści wszystkie pochodzą z jednego Twitterowego konta, @opparisofficial. Co tam zostaje napisane, natychmiast przepisują inne media.

Sęk w tym, że nie ma nigdzie źródeł, które potwierdzałyby te informacje, choćby listy zablokowanych kont. Ot, jedne ćwierknięcia na Twitterze powołujące się na inne. Był co prawda do niedawna tam link do strony opiceisis.strangled.net, ale teraz dostęp do niej został zablokowany. Na Web Archive można jednak znaleźć zrzuty jej zawartości sprzed dwóch dni – rozgłaszała operację #opIceISIS, w ramach której można było denuncjować zwolenników Państwa Islamskiego, zgłaszając ich nazwiska czy profile w sieciach społecznościowych. Listy zgłoszeń nie udało się jednak znaleźć.

Dość często Anonimowi w swoich atakach korzystali z serwisu do wklejek Pastebin.com, tam publikując swoje wyjaśnienia, groźby i obietnice. Co możemy znaleźć na Pastebin? Najpopularniejszy obecnie wpis to „Hundreds of ISIS Accounts!”, zaraz po nim „#OpIsis #opparis”. Więc może to właśnie są listy zlikwidowanych kont? Na pierwszy rzut oka tak może się wydawać – próba odwiedzenia większości opublikowanych tam kont prowadzi nas tylko do strony z komunikatem „Konto zawieszone. To konto zostało zawieszone. Dowiedz się, dlaczego Twitter zawiesza konta lub wróć do osi czasu”.

Sęk w tym, że wklejki są przeklejkami list, które na Pastebin pojawiły się już wiele miesięcy temu, zawierają po około tysiącu pozycji (z czego wiele się powiela, nie wszystkie też dotyczą kont na Twitterze, są tam też strony na Facebooku, adresy e-mail itp.) – ale najważniejsze jest to, że sporo wskazanych tam kont działa bez żadnych ograniczeń, albo nawet działa przeciwko Kalifatowi. I tak oto pan Mizanur Rahman wyjaśnia na swoim koncie @Abu_Baraa1, że boskie prawo szariatu jest ważniejsze od stanowionych przez ludzi praw Wschodu i Zachodu, zaś konto @Salashh służy jakiemuś Japończykowi do psucia propagandy ISIS.

Dzielni Anonimowi nie zamierzają przestać. Ich najnowszą bronią jest kanał na IRC, #opparis, z tego co widać, pełen trolli i żartownisiów, piszących na powitanie Allah Akbar. Za jego pomocą Anoni informują się nawzajem o publikowanych na innym wklejkowym serwisie Ghostbin poradnikach walki z ISIS. Reprezentują one taki sobie poziom skryptowych dzieciaków, to głównie wyjaśnienia jak przeprowadzać ataki DDoS za pomocą takich hakerskich narzędzi jak Ubuntu, jak chronić swoją tożsamość za pomocą VPN-ów i jak łamać hasła za pomocyą Hydry czy Hashcata. Przygotowano też bota w Pythonie (który nie działa na OS X) i który służy do automatyzacji zgłaszania kont na Twitterze.

Tymczasem Państwo Islamskie, zamiast złożyć broń i poprzebijać opony w swoich Toyotach, opublikowało swoimi podobno oficjalnymi kanałami (a konkretnie przez popularny komunikator Telegram) wiadomość, informującą o groźbach Anonimowych i nazywający ich otwarcie idiotami. Wkrótce po tym rozesłano na kanale fanów Państwa Islamskiego zbiór wskazówek, które mają uniemożliwić cyberatak – w większości dość trywialnych, i uznanych przez zachodnie media za dowód technicznego prymitywizmu Kalifatu. By było śmieszniej, informujący o tym kanał @TheHackerNews przedstawił wyłącznie informacje z anglojęzycznych źródeł. Czemu Kalifat miałby przede wszystkim komunikować się po angielsku, czy język arabski jest nie dość jasny dla jego zwolenników? Z tego co widać na darknetowych, arabskojęzycznych serwisach ISIS, w ogóle się tam nie zwraca uwagi na jakąś wojnę wypowiedzianą przez ruch Anonymous.

Co więc powiedzieć o dzielnych cyberwojownikach, likwidujących kolejne tysiące kont na Twitterze, zgodnie z opowieściami z @opparisofficial? Ot, internetowy szum, szkoda tylko, że tak bezrefleksyjnie podejmowany przez media. Nie powinniśmy się jednak temu dziwić, nie tylko przecież o cyberwojnie można wysłuchać bzdur. Notorycznie w mediach trafiają się bzdury z zakresu wojskowości i techniki wojskowej, elementarne błędy w odniesieniu do islamu i jego kultury – nikomu to nie przeszkadza, bo przecież wpisuje się w doktrynę pospolitego ruszenia przeciwko wcieleniu Zła, Państwu Islamskiemu. Wszystko w ten sposób można sprzedać – nie tak dawno mogliśmy się nawet dowiedzieć, że ISIS zasilane jest bitcoinami, grupa GhostSec miała odkryć, że na jednym z kont bitcoinowych Kalifatu znajduje się równowartość 3 mln dolarów. „Odkryciu”, niepopartemu żadnymi dowodami, towarzyszyła prośba grupy o datki (w bitcoinach) na stronie reportonlineterrorism.com. Jak to tej pory wpłynęło z tej okazji 0,1 BTC. Jak widać, łatwiej uzyskać rozgłos w mediach, nawet tak znaczących jak Deutsche Welle, niż dostać pieniążki.

Nie miejmy złudzeń. To nie Ghost in the Shell. Ta wojna nie jest wyrafinowana technicznie. Zamachowcy z Paryża do komunikacji ze sobą wykorzystywali zwykłe SMS-y. Większość opowieści z #opparis czy #opISIS to wyłącznie sposób na zaspokojenie potrzeby atencji – i społeczność wydaje się to już zauważać. Kiedy jednak mainstreamowe media przestaną się dawać wodzić za nos, a polscy dziennikarze zaczną czytać treści w językach innych niż tylko angielski?

© dobreprogramy
r   e   k   l   a   m   a
r   e   k   l   a   m   a

Komentarze

r   e   k   l   a   m   a
r   e   k   l   a   m   a
Czy wiesz, że używamy cookies (ciasteczek)? Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianach ustawień.
Korzystając ze strony i asystenta pobierania wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.