Spór koncentruje się wokół tego, jak treści wydawców są prezentowane w usługach takich jak wyszukiwarka Google, Google News czy Google Discover. Coraz częściej użytkownik dostaje najważniejsze informacje bez przechodzenia na stronę redakcji – wystarcza fragment tekstu albo podsumowanie wygenerowane przez AI. Dla Google oznacza to dłuższe zatrzymanie odbiorcy w ekosystemie i możliwość wyświetlania reklam, natomiast dla wydawców mniejszy ruch może przekładać się na spadek wpływów.
W założeniu sytuację miały uporządkować przepisy wdrożone w Polsce w 2024 r. w związku z unijną dyrektywą DSM. Regulacje przewidują, że wydawcy mogą żądać zapłaty od platform internetowych za korzystanie z ich publikacji. Jednocześnie platformy powinny udostępniać informacje potrzebne do ustalenia, jaka opłata jest zasadna.
iPhone 18 Pro Max kontra vivo X500 Pro Max. Porównanie aparatów
UOKiK: Google nie przekazał kluczowych danych
Według ustaleń UOKiK problem pojawił się właśnie na etapie rozmów o pieniądzach. Urząd wskazuje, że w negocjacjach prowadzonych z organizacjami reprezentującymi wydawców Google przedstawiał propozycje wynagrodzeń, ale nie przekazywał informacji, które pozwoliłyby ocenić, czy zaproponowane stawki odpowiadają skali i wartości wykorzystania treści.
Chodzi m.in. o dane dotyczące tego, w jaki sposób materiały prasowe są używane w usługach Google oraz jakie przychody mają z tego wynikać. UOKiK zwraca też uwagę na brak przedstawienia parametrów przyjętych do wyliczeń, a także dokumentów umożliwiających weryfikację założeń, na których miała opierać się kalkulacja wynagrodzenia.
W konsekwencji wydawcy mogli nie mieć narzędzi do sprawdzenia, czy oferta odzwierciedla realną wartość treści wykorzystywanych przez platformę. Bez takich danych trudniej również przygotować własną, merytorycznie uzasadnioną propozycję w negocjacjach.
Przewaga negocjacyjna po stronie Google
UOKiK podkreśla, że Google jest dla wydawców istotnym kanałem dotarcia do odbiorców, a pojedyncze redakcje nie dysponują porównywalną siłą ani pełnym wglądem w to, jak platforma korzysta z ich materiałów. Z tego powodu urząd podejrzewa, że dominująca pozycja mogła zostać wykorzystana do narzucania warunków wynagrodzenia. Prezes UOKiK Tomasz Chróstny skomentował, że "Big techy nie mogą stawiać się ponad prawem".
Postępowanie obejmuje cztery spółki z grupy Google
Zarzuty w sprawie dotyczą czterech podmiotów należących do grupy kapitałowej Google: Alphabet Inc., Google LLC, Google Ireland Limited, a także Google Poland.
UOKiK zaznacza, że w toku postępowania będzie analizowana odpowiedzialność poszczególnych spółek. Urząd przypomina jednocześnie, że za nadużywanie pozycji dominującej grozi kara do 10 proc. obrotu przedsiębiorcy.
UOKiK nie rozstrzyga stawek – bada sposób negocjacji
Postępowanie prowadzone przez UOKiK nie ma na celu ustalenia, jaka kwota wynagrodzenia jest "właściwa", ani oceny, czy propozycja Google była adekwatna. Jeśli strony nie osiągną porozumienia, wysokość wynagrodzenia może zostać wyznaczona przez prezesa Urzędu Komunikacji Elektronicznej.
W centrum zainteresowania UOKiK jest natomiast to, czy sam sposób prowadzenia negocjacji i przekazywania (lub nieprzekazywania) informacji mógł stanowić nadużycie pozycji dominującej.
Google pod lupą także innych regulatorów
UOKiK wskazuje, że równolegle Google interesuje się Komisja Europejska. W grudniu 2025 r. KE wszczęła postępowanie dotyczące wykorzystywania treści wydawców w usługach opartych na sztucznej inteligencji.
To jednak inny wątek niż sprawa badana w Polsce. Postępowanie UOKiK dotyczy wykorzystania publikacji w wyszukiwarce Google, Google News i Google Discover, natomiast Komisja Europejska analizuje kwestie związane z narzędziami i usługami AI.
Polski urząd prowadzi też działania wobec innych firm technologicznych: postępowanie przeciwko Apple jest na końcowym etapie, a osobne postępowanie wyjaśniające dotyczy praktyk Mety związanych z prezentowaniem odnośników do publikacji prasowych.