r   e   k   l   a   m   a
r   e   k   l   a   m   a

Fochy i forki w odpowiedzi na plugawy język Linusa Torvaldsa – Linuksa może to tylko wzmocnić

Strona główna AktualnościOPROGRAMOWANIE

Nie tylko Sarah Sharp uniosła się honorem, odcinając się od okropnego, seksistowskiego i homofobicznego środowiska deweloperów i opiekunów Linuksa. W ślad za nią odszedł jeden z bardziej znanych programistów, którego imię zostało powiązane z seksem oralnym i Microsoftem na wieki wieków przez samego Linusa Torvaldsa. Matthew Garret stwierdził, że idzie swoją drogą… i sforkował linuksowy kernel. Czy to początek wielkiej schizmy w świecie Linuksa, czy wręcz przeciwnie – otrząśnięcie się społeczności z frustratów?

Trudno powiedzieć, by odejście Sary Sharp było wielką stratą dla Linuksa. Wkład Garretta w rozwój opensource'owego systemu był jednak znacznie większy – to jemu np. zawdzięczamy w dużym stopniu działanie linuksowych dystrybucji na komputerach z UEFI Secure Boot. Dziś jest on m.in. członkiem rady dyrektorów Free Software Foundation i członkiem Rady Technicznej Fundacji Linuksa, który z Linusem Torvaldsem ścierał się nie tylko na poziomie osobistym, ale też (a może przede wszystkim) w kwestiach programistycznych.

Nie do końca Garrettowi spodobała się reakcja społeczności na odejście pani Sharp, przyznał więc, że w tej społeczności takie działania niczego nie zmienią. Linus jest zadowolony z tego, jaki jest, nikt linuksowego dyktatora nie obali. W tej atmosferze utarczek, trudno zdaniem Garretta zająć się porządnie pracą nad kernelem, gdy większość uwagi mogą pochłonąć awantury o nazewnictwo interfejsu, nie mówiąc już o osobistych wycieczkach – szczególnie tej, której nie może zapomnieć, z 2013 roku, gdy linuksowy dyktator dosłownie zmasakrował pomysł Garretta na obsługę podpisów Microsoftu w samym jądrze, oskarżając go o uczestnictwo w konkursie związanym z fellatio.

r   e   k   l   a   m   a

Wielokrotnie obrażany, a znany przecież z walki o sprawiedliwość społeczną i poprawność polityczną programista rezygnuje więc z pracy nad kernelem w normalnym trybie. Na GitHubie sforkował Linuksa, dołączając do niego łatki wprowadzające zapożyczony z BSD interfejs securelevel – ten sam, którego Linus Torvalds tak bardzo nie cierpi. W przyszłości pojawić się tam mają łatki związane z zarządzaniem energią, nad którą to kwestią Garrett pracował wcześniej.

O co chodzi z tym securelevel? W teorii to mechanizm mający służyć jako ostatnia linia obrony w razie przejęcia przez napastnika konta administratora, uniemożliwiając modyfikacje kodu i danych w określonych granicach. Systemy BSD korzystają z securelevel w m.in. implementacji swojego mechanizmu konteneryzacji jails – i sam mechanizm wydaje się mieć sens np. w zastosowaniach hostingowych, ale dla Linusa, uważającego przecież deweloperów OpenBSD za bandę masturbujących się małp sprawa wygląda inaczej. W rzeczywistości, jeśli prześledzić historię tego pomysłu w Linuksie, wcale nie chodzi o irracjonalną niechęć Linusa Torvaldsa, ale o konflikt na poziomie filozofii systemu.

Garret już wielokrotnie bowiem próbował przeforsować swoje pomysły na proste zabezpieczanie Linuksa zamykaniem wszystkiego co się da, ale kłóci się z to z założeniem elastyczności – Linux ma dostarczać potężnych, choć może nieintuicyjnych narzędzi, podczas gdy BSD stawia na narzędzia ograniczone, ale łatwe w użyciu. Słuszność linuksowego podejścia zweryfikował sam rynek – liczba serwerów BSD jest o rzędy wielkości mniejsza od serwerów linuksowych, właśnie dzięki temu, że każdy (nawet Microsoft) może Linuksa nagiąć do swoich potrzeb. Jeśli zaś chodzi o bezpieczeństwo i blokowanie dostępu dla administratora, zamiast bawić się z BSD securelevels Garretta, lepiej sięgnąć po SELinuksa (chyba że ktoś jest paranoikiem, i wierzy, że amerykańska NSA umieściła tam swoje furtki).

W ostateczności, wbrew panicznym tonom pobrzmiewającym w raportach niektórych serwisów, sforkowanie Linuksa niczym Linuksowi nie szkodzi. Nie pierwszy to bowiem fork i nie ostatni, już wielu deweloperów robiło to, by poeksperymentować z rzeczami, które nigdy by się nie dostały do głównego repozytorium kodu. Jeśli fork okazywał się przydatny i ciekawy, pozyskiwał innych programistów, z czasem nawet z takich projektów coś wracało do podstawowego jądra.

Ostatecznie po dyskusjach w Sieci widać jednak, że cała sytuacja wychodzi Linuksowi na dobre, i management by perkele, ten brutalny fiński styl zarządzania sprawdza się lepiej, niż można byłoby sądzić. A przecież nie jest lekko. Niech przykładem będzie sposób, w jaki ewidentne usterki techniczne w jądrze Linus wytknął jednemu z pracowników RedHata, próbującemu winę zrzucić na demona dźwięku. Określenia „total crap”, „fucking compliance tool”, „not competent”, „horribly wrong” – tego z Internetu wymazać się nie da. Czy jednak gdyby Linus był miły i sympatyczny dla wszystkich, wysławiając się niczym korporacyjny prawnik, czy wówczas Linux w ogóle by działał?

© dobreprogramy
r   e   k   l   a   m   a
r   e   k   l   a   m   a

Komentarze

r   e   k   l   a   m   a
r   e   k   l   a   m   a
Czy wiesz, że używamy cookies (ciasteczek)? Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianach ustawień.
Korzystając ze strony i asystenta pobierania wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.