r   e   k   l   a   m   a
r   e   k   l   a   m   a

Wstępniak na nowy tydzień: o Windows 10, oryginalności i licencyjnym szaleństwie

Strona główna AktualnościDOBREPROGRAMY

Licencjonowanie produktów Microsoftu – temat ten regularnie podnosi ciśnienie i to nawet wśród ludzi, którzy z oprogramowaniem z Redmond nie chcą mieć nic wspólnego. Nie inaczej było w zeszłym tygodniu. Informacja o tym, że Microsoft zaoferuje wszystkim, także piratom bezproblemową aktualizację starszych wersji „okienek” do Windows 10, rozgrzała nam serwery, a Wam klawiatury. Nic dziwnego, to duża sprawa – po raz pierwszy w historii system operacyjny Microsoftu trafi do wszystkich za darmo, przez Windows Update, beż żadnych sztuczek z kodami czy aktywacją. Towarzyszące jej emocje i zamieszanie informacyjne, także w samym Redmond, każe sądzić, że 1) piratów wśród nas jest więcej, niż się oficjalnie twierdzi, 2) w erze „darmowych” systemów operacyjnych konkurencji i Windows nie może sprzedawać się inaczej jak za „darmo”, 3) osoby odpowiedzialne za licencjonowanie w Microsofcie niezmiennie do poduszki czytają wzory bizantyjskich pism prawniczych. I tą trzecią kwestią właśnie chciałbym się bliżej zająć.

Jest sobie takie słówko w języku angielskim – genuine. Tłumaczy się je na język polski zwykle jako prawdziwy, autentyczny, lub faktyczny, w tym sensie, że mówimy o autentycznych (niesfałszowanych) banknotach, prawdziwym zaangażowaniu w sprawę, czy faktycznych osiągnięciach wynalazcy. Słowo to trafiło jednak do marketingowego słownika Microsoftu i zaczęło nagle oznaczać kopię poprawnie licencjonowanego oprogramowania – choć takiego rozwinięcia nigdzie nie znajdziemy. Oficjalne tłumaczenie brzmi oryginalny, tak jakby marketingowcy firmy chcieli, byśmy myśleli o oryginalnym Windows, w przeciwieństwie do obrzydliwie spiraconej kopii, która jest nieoryginalna (non-genuine). Taką oryginalną kopię (przepraszam za ten oksymoron) rozpoznać mamy po naklejce na komputerze, pełnej tajemniczych numerków, kodów kreskowych, błyszczącej hologramem. Jej obecność oznacza, że ktoś gdzieś pobrał już w imieniu firmy z Redmond opłatę za licencję na system – i wszystko jest w zgodzie z prawem. Posiadacz naklejki jest posiadaczem licencji, w pewnym sensie klientem Microsoftu. Kto naklejki nie ma, klientem nie jest.

O planach związanych z „darmowym” udostępnieniem przez rok od premiery aktualizacji do Windows 10 dla użytkowników wcześniejszych wersji systemów Windows usłyszeliśmy po raz pierwszy w styczniu. Ogłaszając to we wpisie na blogu Blogging Windows szef pionu Windows Terry Myerson użył konkretnego słowa customers, o znaczeniu oczywistym – klienci. Zapowiedzi towarzyszył odsyłacz do przypisu, z którego można się dowiedzieć, że w grę wchodzą wymogi sprzętowe i software'owe, nie ma żadnych dopłat, zakres funkcjonalności może różnić się w zależności od urządzenia, a niektóre edycje systemu są z tej obietnicy wyłączone. Nie było za to nic o rozróżnieniu klientów na klientów indywidualnych i biznesowych – tym ostatnim jedynie powiedziano, że ich obecny sposób pracy będzie wciąż wspierany, z długofalową obsługą kluczowych dla misji ich firm środowisk.

r   e   k   l   a   m   a

W zeszłym tygodniu Reuters jako pierwszy przedstawił sensacyjną wieść. W wywiadzie udzielonym dziennikarzowi tej agencji prasowej Myerson powiedział: aktualizujemy wszystkie kwalifikujące się do tego PC, zarówno oryginalne (genuine) jak i nieoryginalne (non-genuine) do Windows 10. Zapewne chodziło o skrót myślowy – „autentyczny PC” to po prostu PC z odpowiednią naklejką. Historia wywołała lawinę komentarzy, i to nie tylko w serwisach poświęconych IT. Początkowo wielu sądziło, że deklaracja Myersona dotyczy wyłącznie rynku chińskiego, gdyż towarzyszyła jej wypowiedź dotycząca planów wyjścia naprzeciw setkom milionów użytkowników „okienek” w Państwie Środka. Wkrótce jednak przyszło potwierdzenie, że tak, aktualizacja obejmie wszystkie rynki.

Ale czego to aktualizacja – i dla kogo? Czy mamy do czynienia z jedną wielką amnestią dla piratów? Kilkanaście godzin później Microsoft rozesłał oficjalną informację. Dowiedzieć się z niej możemy, że darmowa dla konsumentów aktualizacja stosuje się do wszystkich nowych i istniejących urządzeń z Windows 7, Windows 8.1 oraz Windows Phone 8.1. Wyłączone z niej są niektóre edycje, w tym Enterprise Windows 7 i Windows 8.1 oraz Windows RT/RT 8.1. Co w tym ciekawego? Ano Microsoft mówi już nie o klientach (customers) lecz konsumentach (consuments). To nie jest trywialne rozróżnienie. W marketingowej mowie z Redmond ma ono sporą wagę – producent „okienek” odróżnia wersje konsumenckie i biznesowe swoich produktów. Windows 7 Home Basic na pewno jest wersją konsumencką. Czy jednak wersja Windows 7 Professional (na którą nie wiedzieć czemu kiedyś sobie licencję kupiłem) jest wersją konsumencką, skoro oferowana jest też w ramach typowych dla klientów biznesowych licencji zbiorczych, adresowana do entuzjastów oraz małego i średniego biznesu – i co najważniejsze, jest bezpośrednią aktualizacją z Windows Vista Business? W końcu nie podano kompletnej listy wykluczonych edycji.

Na tym nie skończyły się microsoftowe niejasności licencyjne. To, że pirat dostanie aktualizację do Windows 10 na swoje Windows 7 Home Premium nie oznacza jednak, jak się okazuje, że dostanie licencję na Windows 10. Jego „okienka” pozostaną dalej nieoryginalne, co oznacza, że w praktyce jego sytuacja prawna się nie zmieni. Piraci, nie ma co się ekscytować – w oczach Microsoftu pozostaniecie piratami, tylko takimi trochę lepszymi, bo wpiętymi w „ekosystem” usług firmy z Redmond, więc będzie można na was coś jednak zarobić.

Mnóstwo pytań pozostaje bez odpowiedzi. Nie wiemy wciąż, ile będzie kosztowała aktualizacja z Windows XP Pro do Windows 10, co stanie się po roku tych darmowych aktualizacji z użytkownikami Windows 8.1, czy ktoś, kto kupił sobie licencję konsumencką, by używać Windows w maszynie wirtualnej na Maku czy Linuksie będzie mógł skorzystać z aktualizacji… i tak dalej, i tak dalej. Można odnieść wrażenie, że Myerson nie o tym mówił w swoim styczniowym wystąpieniu. Może marzyło mu się uproszczenie tych wszystkich zawiłości, które czynią z licencjonowania Microsoftu niezły biznes dla wyspecjalizowanych firm? Tak wyglądają dzisiejsze realia: istnieją firmy, którym inne firmy płacą spore pieniądze tylko za to, by dowiedzieć się, co można zrobić z oryginalnym oprogramowaniem Microsoftu bez naruszenia zapisów licencyjnych.

Ale pal diabli złożoność, są tacy, co lubią takie dzielenie włosa na czworo, sam to przecież jako filozof analityczny z wykształcenia robię :). Bardziej mnie męczy to mówienie o oryginalnym i nieoryginalnym Windows, zawłaszczenie języka, które pozbawione jest kompletnie sensu. Co bowiem po polsku oznacza oryginalny? 1) nie będący przeróbką czy naśladownictwem czegoś, 2) jedyny w swoim rodzaju, tworzący we własnym stylu, 3) niespotykany, ekscentryczny, 4) nie będący kopią. Zapewne chodzi o nawiązanie do znaczenia 4), ale co to znaczy, że oryginalna kopia Windows nie jest kopią?

Pogrążony w zadziwieniu nad wyobraźnią ludzi z Microsoftu zachęcam Was wszystkich do spędzenia kolejnego tygodnia z naszym portalem. Niecierpliwych wyników naszego konkursu z AMD zapraszam do oglądania cotygodniowego programu na żywo – wtedy ujawnimy wyniki zmagań o sprzęt. Już niebawem zresztą kolejny konkurs, z nie mniej atrakcyjnymi nagrodami, więc ci, którym się nie udało tym razem, będą mieli kolejną okazję, by coś wygrać.

© dobreprogramy
r   e   k   l   a   m   a
r   e   k   l   a   m   a

Komentarze

r   e   k   l   a   m   a
r   e   k   l   a   m   a
Czy wiesz, że używamy cookies (ciasteczek)? Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianach ustawień.
Korzystając ze strony i asystenta pobierania wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.