Strona używa cookies (ciasteczek). Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianach ustawień. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.    X

Linux jest genialny!

Aj, po prostu musiałem tak właśnie zacząć swój wpis – gdyż mój zachwyt nad nowym Ubuntu nie ma właściwie końca. Jako wielki fan Windowsów zawsze uważałem pingwiny za coś absolutnie dziwnego i dostępnego tylko dla informatycznych geeków, których jedynym celem jest klepanie poleceń w konsoli.

Tylko skąd mój nagły zachwyt?

Proste – oto historia ostatnich kilku dni.

Jak już wspomniałem, na co dzień jestem – choć lepiej było by napisać: byłem – wielkim fanem systemów operacyjnych firmy z Redmond. Z Linuksami miałem styczność jedynie w formie serwerowej w pracy i kilka lat temu na studiach. Jednak mój wewnętrzny McGyver obudził się na dobre, gdy usłyszałem o tym, iż wyszedł nowy Ubuntu z niesamowitym interfejsem i długim wsparciem. No chociaż, ażeby nie być odludkiem wśród znajomych chwalących się jaki to nowe Ubu jest cudne, zassałem obraz z Interneta!

r   e   k   l   a   m   a

Mając w pamięci zmierzchłe czasy studiów – choć większości nie pamiętam, z nieznanych mi przyczyn… sięgnąłem na półkę gdzie trzymałem kilka książek o Linuxie. Wiedza ta, w formie pisanej, przydaje się niezwykle często, gdy np. trzeba coś dokonfigurować na serwerze. W momencie gdy na torrentach wciąż było ledwie 20% płyty, zagłębiłem się w fascynująca lekturę komend, skryptów i kompilowanych jąder – żart absolutnie niecelowy.

Przypomniało mi się również, iż wreszcie będę musiał zakupić jakąś pingwiniastą koszulkę, aby pokazać wszystkim, że jednak nie jestem obojętny – coś w stylu: http://www.amazon.com/ThinkGeek-Linux/dp/B0001TP406 powinni być wystarczające, nie sądzicie?

Gdy już byłem po obowiązkowej i niezwykle nostalgicznej lekturze Biblii, zrzuciłem obraz dystrybucji na pendrive, zbuckupowałem dane z Windowsa i z lekkim niepokojem zresetowałem komputer. Oto przed mną ponownie otwierały się wrota informatycznej pornografii i byłem z tego niesamowicie zadowolony.

Pięć minut potem było już dla mnie za późno – zakochałem się a jeszcze nawet nie skończyłem instalować systemu.

Ubuntu bez nawet najmniejszego problemu zainstalowało się na moim komputerze, wykrywając absolutnie każdy element mojej konfiguracji, znajdując drukarkę, skaner i wszystkie inne dziwne urządzenia. Mało tego, ani przez moment nie potrzebowałem pomocy, książki, czy też forum aby poprawnie zainstalować system. Wszystko było czytelne, jasne, klarowne a na dodatek w każdej chwili mogłem wybrać opcje bardziej zaawansowane, gdybym jednak chciał sam np. rozdzielić partycje. Tylko po co? Skoro instalator zrobił to za mnie.

Gdy wreszcie uruchomił się „pulpit” byłem bardziej niż w niebo wzięty – ani jednej cholernej komendy. Nic. Zero. Prosto, graficznie i intuicyjnie. Nawet instalator Windowsa 7 był bardziej skomplikowany.

Obawiając się jednak trochę o to, czy aby na pewno wszystko jest poprawnie zainstalowane uruchomiłem Internet. Pięć klików później wyrzuciłem płytę Windowsa za okno, gdy okazało się, że instalacja Opery i synchronizacja zakładek przebiegła bezproblemowo.

To właśnie o takiego Linuxa walczyłem!

No może nie bezpośrednio ja, no i z tą walką, to lekka przesada – ale nareszcie spełniło się marzenie wielu (w tym i chyba moje, ale takie ciche).

Od momentu zainstalowania - podczas całodniowej przygody z Ubuntu - nie musiałem nic konfigurować… nic! Zmieniłem sobie tapetę na jakaś odpowiednią, jeśli wiecie co mam na myśli. Cała reszta była out-of-the-box. Zainstalowany edytor dokumentów, arkuszy, pełne multimedia, programy do programowania, gry, przeglądarki… ponieważ mimo wykonywanego zawodu z gruntu rzeczy jestem zwykłym użytkownikiem, było to nawet więcej niż potrzebowałem. Przeważnie korzystam ze zgrywania zdjęć, pisania dokumentów i przeglądania Facebooka.

Czym jest dla mnie Linux? To dobre pytanie – wiele lat temu był to system, który wymagał od mnie wygibasów i całej stery grubych książek. Jeśli coś nie działało, trzeba było spędzać godziny w Internecie, szukając rozwiązania na forach. To było uczące, satysfakcjonujące, ale niezwykle czasochłonne.

Dzisiaj jest to system, który daje nam satysfakcje nie z rozwiązywania problemów, ale z użytkowania go. Po prostu, z użytkowania.

Nawet przeciętna Pani Zosia z urzędu by sobie poradziła z obsługą tego systemu – a to już jest sukces!

Oczywiście w tym momencie napiszecie coś w stylu: wybierz bardziej wyzywającą dystrybucję, bo Ubuntu jest tylko dla laików!

I dobrze. Jestem komputerowym nerdem, ale od systemu (rdzenia całego komputera) wymagam po prostu działania. Nie chce nic konfigurować, nic usprawniać, chce zainstalować i to ma działać. Taki właśnie jest Ubuntu.

Ale, aby nie być w permanentnej opozycji poszukałem innej dystrybucji…

… i w gruncie rzeczy okazało się, że aktualnie desktopowy Linux jest bardzo user-freindly. Oczywiście mogłem wybrać wersje serwerową i próbować skonfigurować nań Oracla, ale ja chciałem tylko odpalić Facebooka i jakiś komunikator.
Ucieszyłem się.

Mógłbym jeszcze długo pisać o Unity, o usługach w chmurach – generalnie o rzeczach, które już zostały wystarczająco dobrze opisane przez innych blagierów, nawet tutaj, poniżej. Nic nowego nie wymodlę i będę się tylko powtarzał. To co chciałem na pewno napisać, to moje odczucia – a te jak widać powyżej są niesamowite. Ten system stał się magiczny, lekko eteryczny, niczym księga czarów pełna zagadkowych pojęć, które mimo swej skomplikowanej formuły łatwo odczytać i przywołać. Zaklęcie rzucania ognia, przywoływania duchów, czy też konfiguracji sieci bezprzewodowej – to wszystko jest banalnie proste i przede wszystkim przyjemne.

Gdy po kilku godzinach pracy z Ubuntu (głównie przeglądanie Kwejka i Demotów) wstałem z krzesła i rozprostowałem kości – rodził się przed mną nowy widok. Z ochotą przejrzałem półkę z książkami informatycznymi i bez zawahania wszystkie oznaczone Microsoftem odstawiłem na zbiór: „oddam w dobre ręce”. Na koniec dnia - jakby na zawołanie - Windows odmówił posłuszeństwa. Uszkodzenie tablicy MBR. No proszę was, moi mili, takie fochy tylko dlatego, że inny system mi się spodobał? Wiem już, że nie wrócę z własnej woli do produktów Microshitu.

W tym momencie poczułem satysfakcję i lekkie kłucie w prawym oku – ale to ostatnie to niedobór magnezu.


 

windows linux inne

Komentarze