Strona używa cookies (ciasteczek). Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianach ustawień. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.    X

Ubuntu 11.04 Quest Hardcore

Witam.
Jako, że mam dużo dość wolnego czasu i nie muszę się wysypiać żeby zdążyć do pracy/szkoły, postanowiłem sprawdzić jak się sprawuje nowy Ubuntu. Będzie to opinia całkowicie subiektywna, nie mam zamiaru po kolei opisywać wszystkich funkcji i nowości, tylko co po kolei robiłem i wrażenia jakie wywołał na mnie nowy Ubu w czasie tego w miarę normalnego użytkowania, a właściwie wstępnej konfiguracji, która poszła.. a zresztą sami zobaczcie jak ;)

Będę opisywał 64-bitową edycję Ubuntu 11.04 Natty Narwahal zainstalowaną na laptopie Lenovo IdeaPad Y560.

1. W porównaniu do...
Żeby mieć jakiś punkt odniesienia zacznę od tego co pozostawia mi w pamięci ostatnia wersja (10.10 Maverick Meerkat). Stary Ubu chodził bardzo szybko, nie wieszał się, wszystkie funkcje (oprócz jednej ale o tym za chwile) działały bezproblemowo, nie było żadnych problemów z edycją dokumentów w OpenOffice, słuchaniem muzyki, oglądaniem filmów na YT itd. itp., zaznaczam, że jeśli chodzi o mój komputer potrafię być wyjątkowym perfekcjonistą, po prostu ostatni Ubu, grał mi na notebooku jak Chopin na pianinie :) Jedyny problem stanowiła podwójna grafika (z powodu braku sterowników) ale wystarczyło przełączyć w BIOS'ie na pojedynczą i wszystko hulało pięknie. Słowem, 11.04 ma wysoko postawioną poprzeczkę.

r   e   k   l   a   m   a

2. Zaczynamy :)
Zacząłem oczywiście od włożenia płyty do napędu, ok system się ładuje... i bum(!) zostałem przywitany przez error, który o niczym mnie nie informował, tzn. nigdzie nie było napisane czym był spowodowany, po prostu w trakcie ładowania crash. System wyświetlił mi również wiadomość, że problem został naprawiony i grzecznie poprosił o restart kompa i tak kilka razy przez kilka restartów (pomyślałem, że ciekawie się zaczyna). Nowy Ubuntu sprawił mi raczej kiepskie pierwsze wrażenie a nie zdążyłem go jeszcze całkowicie uruchomić.

3. Instalacja
Dobra po kilku restartach OS się ładnie włączył, klikam zainstaluj i... zdaje się, że od czasu Ubuntu 10.10 nie zmienili wiele w instalatorze. System wgrywa się wyjątkowo łatwo i intuicyjnie, jedyna wada to to, że animacje pojawiające się w czasie instalacji nie są dostosowane do szerokości okna instalatora przez co zostaje trochę białego pola i całość wygląda jak... no raczej kipsko :) Ale ok, poza tym małym mankamentem instalacja przebiegła bez problemu. Gdy tylko się skończyła wgrałem do systemu sterownik własnościowy dla kart ATI i pełną obsługę języka polskiego co trwało dość długo z powodu bardzo wolnego ściągania przez Ubuntu danych, założyłem, że po prostu serwery były zapchane zaraz po premierze.

4. Pierwsze uruchomienie...
...i moim oczom ukazał się interfejs Unity, który jak nas zapewniał Canonical miał być ładny, intuicyjny, wygodny itd.. Po krótkim używaniu (a raczej próbie używania) ostatecznie zrezygnowałem z tego jakże genialnego rozwiązania (kto chce, może zobaczyć w sieci jak to wszystko działa). Dobra zgadzam się, że jest intuicyjne, ale na pewno nie praktyczne - miejsce na docku kończy się po umieszczeniu na nim zaledwie paru dodatkowych skrótów, na poprawienie humoru nie można usunąć kilku zupełnie niepotrzebnych, 'fabrycznych', dodanych przez autorów. Plansza z zainstalowanymi programami zajmuje cały ekran i ciężko się w niej połapać co gdzie leży, gdyż wszystkie aplikacje są wymieszane a oprócz zainstalowanych wyświetlane są także te proponowane dla nas przez Canonical. Słowem, trzeba albo grzebać w kategoriach co przez sposób prezentacji skrótów do programów w postaci wielgachnych ikon jest naprawdę niepraktyczne, albo wpisać nazwę poszukiwanej aplikacji w specjalną ramkę do wyszukiwania, zajmującą tyle miejsca co cały rządek ikon. Jedyne co mi się spodobało w Unity to menu aplikacji (Plik, Edycja, Pomoc...) na panelu i maksymalizacja w to samo miejsce (panel). Dobra, na tym odpuściłem, stare i siwe Gnome nadal rządzi :)

5. Precz Unity, witaj Gnomie
Po przestawieni stylu na Ubuntu Classic (bez efektów, gdyż ten z efektami wyciągniętymi z Unity nizbyt przypadł mi do gustu) pierwsze co chciałem zrobić to skonfigurowanie Compiza wg. własnego uznania - programu do tego (CompizConfig) nie było domyślnie, ale doinstalowałem z repozytorium, ok zrobione, wydaję polecenie:

sudo compiz --replace

i przez krótką chwilę nawet działało, potem coś się bugnęło i zniknęły mi panele xD Tu już była załamka (wtf?). W desperacji postanowiłem dać jeszcze jedną szansę Unity i... o ironio, Compiz mi je rozwalił, nie chciało się uruchomić nawet po przywróceniu ustawień domyślnych. Ave Canonical, ave ja. Dałem Ubu kolejną szansę i znów odpaliłem Gnoma (bez Compiza). Dobra w końcu jakaś zaleta, wszystko chodzi bez większych problemów, doinstalowałem interesujące mnie oprogramowanie. Nic się nie zacina, wszystko działa (co de fakto było też w 10.10). Banshee bije na głowę Rythmboxa, między OO a LO nie dostrzegam praktycznie, żadnej różnicy, Firefox'a 4 miałem już na Mavericku. Słowem, powrót do przeszłości, i tak na razie zostanie (o ile nie dostanę jakichś wymyślnych errorów od nowego Ubu). :)

6. Werdykt
Nowe Ubu wydało mi się, taką betą (albo jeszcze alfą) wydaną tylko po to by zdążyć w terminie. Unity nie nadaje się jeszcze do normalnego użytkowania, a sam system sypie errorami. Subiektywnie radzę zostać jeszcze jakiś czas przy 10.10 albo 10.04 LTS'ie i poczekać aż doprowadzą Natty'iego do stanu w którym da się go używać.

Proszę komentujących o wyrozumiałość, gdyż jest to to mój pierwszy wpis na w ogóle jakimkolwiek blogu i zupełnie nie wiedziałem jak się do tego zabrać. Jeśli ktoś ma jakieś sugestie co można, zmienić/poprawić niech pisze :)
Pozdrawiam. 

Komentarze