Co zaskoczy wszystkich tych medialnych psychologów, socjologów i speców ds. bezpieczeństwa, gram regularnie gdzieś od połowy życia. Mając 12 lat dostałem od rodziców PlayStation 2, i to w zestawie z intensywną strzelaniną Killzone, a nie jakimś tam sportem. I wierzcie mi lub nie, ale przenigdy, pomimo różnych sytuacji podbramkowych, przytrafiających się de facto każdemu, przez myśl mi nie przeszło, aby skierować lufę pistoletu w stronę drugiego człowieka. Mało tego, pokuszę się nawet o stwierdzenie, że to właśnie gry pomogły mi wykreować pewne poczucie odpowiedzialności, obrazowo przedstawiając, z czym wiąże się wykorzystanie broni przeciwko drugiemu człowiekowi. Oddając celny strzał, gracz doprowadza do wyeliminowania wirtualnego przeciwnika. Widzi efekt swych działań. Tymczasem raczej nikt o zdrowych zmysłach nie chce czyjejś krzywdy. Chyba że działa na przykład w obronie własnej, ale wówczas w dalszym ciągu priorytetu nie stanowi zadanie obrażeń, ale ochrona siebie, bliskich czy mienia.Więcej – w tych samych mediach, które grzmią na temat graczy-morderców, można zobaczyć produkcje takie jak polski serial kryminalny Pitbull. Nie dość, że jucha leje się tam litrami, to na dodatek trafiają się wątki związane z kryzysem psychicznym bohaterów, po zabiciu człowieka. To z kolei świadczy o zakorzenionej w popkulturze świadomości tego, jak wielki ciężar stanowi w ogóle strzelanie do ludzi. Ale, cóż, być może chodzi o to, że bohater nie grał w CS-a.