SmartOFF, czyli smartfonowy detoks

Świat technologii jest niesamowity. Pozwala osiągnąć nam rzeczy, które przed laty były niemożliwe. Z mocą internetu możemy się nauczyć praktycznie wszystkiego, w kieszeni nosimy komputery o zdawać by się kiedyś mogło - nieprawdopodobnej mocy obliczeniowej. Nie ma jednak róży bez kolców, rozwój ten przynosi różne zagrożenia. O jednym z nich, który dosięgnął również i mnie chciałbym dziś pomówić. 

Smartfony wraz z ich rozwojem stały się swoistymi ‚centrami’ zarządzania naszym życiem. To z nimi coraz częściej płacimy, to za ich pośrednictwem umawiamy się ze znajomymi, to one są wypełniaczem wolnej chwili w kolejce do lekarza. Sprowadza to nas do absurdu, gdzie sięgamy po telefon z każdą głupotą albo bez powodu, bo mamy przerwę w pracy albo się nudzimy. Ot, taka forma wirtualnego papierosa, zaciągamy się kolejną porcją śmieci z fejsowego feeda. 

„Czas przed ekranem” czyli funkcja wprowadzona wraz z iOS 12 uświadomiła mnie jeszcze bardziej w przekonaniu, że problem u mnie występuje i warto coś z nim zrobić. Ponad 100 odblokowań i ponad 3h przed ekranem na dzień (daje to dobę z telefonem tygodniowo!) uważam za wartość nader patologiczną. Dorzucając do tego model pracy przed komputerem w perspektywie całego dnia mamy eksplozję niepotrzebnych cyfrowych bodźców, które wcale nie poprawiają samopoczucia. Kwestie zamknięcia się na „świat zewnętrzny” oraz utraty w nim interakcji z "żywymi" osobami są bardzo indywidualne dlatego nie poruszę ich tutaj. 

Od czego by tu zacząć? Na dobry początek o ile praca lub inne obowiązki cie do tego nie zmuszają - zrób sobie dobrze i wyłącz powiadomienia. Funkcja ta jest bronią obusieczną - z jednej strony mamy wszystkie nowości jak na dłoni, z drugiej strony mało kiedy te wieści mają kluczowy wpływ na nasze życie. Czyni z nas pieski na każde zawołanie smartfona. Kumpel poczeka albo normalnie zadzwoni jak zajdzie gardłowa sprawa, odczytanie maila z ofertą maści (dzięki outlook.com za „perfekcyjny” filtr antyspamowy!) na rozpalenie konara zdecydowanie może się odwlec w czasie.

Dodatkową opcją którą można rozpatrzyć jest ustawienie ekranu w tryb czarno biały. Zarówno Android jak i iOS mają przewidziane takie rozwiązanie. Testowałem tą opcję przez dwa tygodnie i energia wysysana ze mnie do smartfona była zdecydowanie mniejsza. Co prawda nie odczułem wyraźnych zmian w częstotliwości sięgania po telefon, ale takie zmniejszenie ilości bodźców sprawiło że poczułem się lepiej. Funkcjonalnie nie tracimy nic, ot po prostu czarno biały ekran.

Trzecią opcją to zaserwowanie sobie w ciągu dnia czasu offline. Najprościej wyjść na spacer zostawiając telefon w domu. Ja dla odmiany chodzę na zajęcia taneczne gdzie również nie ma zbytniej sposobności sięgąć po ‚cyfrową smycz’. Wyjście na imprezę w doborowym towarzystwie celem spożywania napojów wyskokowych nie wydaje się także być głupim pomysłem na odcięcie od wirtualnego świata. Pozostawienie telefonu na noc poza zasięgiem łóżka również jest całkiem dobrą propozycją.

Kolejnym testem, którego napewno warto spróbować jest przesiadka na telefon „do dzwonienia”. Udanym minimalnym okresem czasu w moim przypadku okazał się tydzień. Kompletny brak smartfonowych bodźców jest bardzo przydatnym detoksem, przy okazji sprawdzającym jak bardzo uzależnieni jesteśmy. Możemy użyć starej zwykłej komórki którą zapewne każdy jeszcze ma, bądź zaopatrzyć się we współczesnego „klasyka”. Ze względu na to, że baterie we wszystkich moich antycznych sprzętach trzymały już gorzej od smartfonów zainwestowałem 79zł w najbardziej podstawową Nokie 105. Model ten z całą okazałością może otrzymać tytuł telefonu „do dzwonienia”. Jest wykastrowany z aparatu, nawet podstawowej łączności internetowej czy odtwarzacza empetrójek. 

Wszystko jest dla ludzi. Z relacji moich znajomych problem dotyczy wielu osób, który przeważnie jest spłycany do "no co zrobisz, nic nie zrobisz". Zdawać by się mogło, że tak długo jak świat wirtualny jest tylko dodatkiem do naszego życia, a nie naszym życiem nie powinno stanowić to problemu. Mnie jednak nawet jako dodatek po prostu to czasem męczy i świadomie się od niego odcinam. Przeraża ilość dostarczanych nam bodźców przez wszystkie nasze ukochane urządzenia elektroniczne. W pamięci mam erę "pre-neostradoiku" gdzie surfowanie po sieci miało charakter bardziej ciekawostki niż chleba powszedniego - czy były to lepsze czasy? Raczej nie. Nazwałbym je raczej innymi czasami, z innymi zagrożeniami, o innych problemach. Tak czy owak, jak to mawiał Pospieszalski, o poprzednich i obecnych warto rozmawiać - zapraszam do dyskusji.