Strona używa cookies (ciasteczek). Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianach ustawień. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.    X

Alone in the dark - Survival horror bez horroru

Survival horror na dobrym poziomie to rodzaj na wymarciu. Poprzednią naprawdę porządną grą z tego gatunku jaką pamiętam było Cryostasis: Arktyczny sen, czy kultowy już dzisiaj Silent Hill 2. W konwencji TTP były też nie tak dawno wydane obie części Dead Space. Alone in the Dark był dla mnie pozycją praktycznie nie znaną. Kojarzyłem jedynie nazwę. Znalezione w Internecie trailery i gameplaye jedynie zaostrzały mój apetyt na ten tytuł.

Fabuła

Fabularnie Alone in the Dark zaczyna się podobnie jak wiele innych tytułów. Można, by nawet powiedzieć, że to growy standard. Budzisz się i nie masz pojęcia kim jesteś. Pustka w głowie, oślepiające światło, zdajesz się być ociężały, z ledwością możesz wstać. Nikt nie tłumaczy, o co tak naprawdę chodzi i jak się znalazłeś w zaistniałej sytuacji. Dopiero po chwili okazuje się, że nasz bohater Edward Carnby, wraz ze starszym jegomościem przetrzymywany jest przez oprychów, którzy chcą poznać tajemnicę czegoś co nazywają artefaktem. Rzeczony przedmiot obdarzony jest podobno wielką mocą. Z wciąż jeszcze z nieostrym, rozmazanym wzrokiem ktoś zaczyna prowadzi cię na dach wieżowca. Ma zamiar Cię zastrzelić. Z opresji ratuje nas siła wyższa. Której moc poruszyła budynek. Naszego niedoszłego oprawcę w tym samym momencie pochłania, no cóż, pełzająca po ścianach szczelina, mroczna blizna, pęknięcie wprost z innego świata. Towarzyszą temu wydarzeniu walące się ściany, wybuchające pożary. Można, by pomyśleć, że autorzy wzorowali się na najlepszych dreszczowcach i zapamiętali słynną receptę Alfreda Hitchcocka na dobry suspens – na początku ma być trzęsienie ziemi, a potem napięcie powinno rosnąć. Następnie stwierdzili, chyba , że najlepiej, jak potraktują ją dosłownie...

Początek gry skupia się głównie na ucieczce z walącego się apartamentowca na obrzeżach Central Parku. Mimo, że tempo ucieczki nie jest wygórowane to ma się jednak wrażenie, że pozwolimy sobie odsapnąć, jak opuścimy ten walący się budynek. Widowiskowość tej sekwencji jest mocno dyskusyjna, wszakże wykonamy skoki przez płomienie, pełzanie po rozpadających się ścianach na sporej wysokości, upadki windą oraz desperackie walki z przeciwnikami, których nie da się tak po prostu zabić. Jedyny sposób, by się przeciwnika pozbyć, to użycie ognia, by go spalić. Na wielki plus zasługują wszelkie elementy zręcznościowe. Mamy tu klasyczne wspinanie się po linach wraz ze zmianami kierunku, jak i unikaniem obiektów, które głównego bohatera mogą z tej liny ściągnąć. Autorzy wrzucili również zagadki przestrzenne, to znaczy takie, gdzie należy manipulować dźwigniami, światłem, czy używać specjalnej umiejętności związanej z widzeniem specjalnych „znaków”. Poziom trudności tych zagadek jak i elementów zręcznościowych jest umiarkowany. Także każdy powinien sobie z nimi poradzić.

r   e   k   l   a   m   a

Mechanika

Najbardziej rażącym, zarazem niedopracowanym momentem tej produkcji jest sterowanie postacią. O, ile jeszcze sterowanie z pierwszej osoby jest dostateczne. To momenty, w której przychodzi nam sterować w TPP są po prostu tragiczne. Sposób poruszania się Carnby’ego nie ma nic wspólnego z takimi określeniami, jak np. „przyjemny” czy „przewidywalny”. To co doświadczamy w tym trybie nie ma odniesienia praktycznie w żadnej grze jaką dotychczas miałem okazję testować. Najśmieszniejsze jest to, gdy np. chcemy skorzystać z gaśnicy. Otóż funkcja gasząca dostępna jest jedynie w trybie FPP, natomiast w trybie TPP może już jedynie robić za zgrabny taran do wyłamywania drzwi. Było, by dobrze, gdyby gra nie wymuszała na nas zmiany trybu, dałoby się to jakoś przeboleć. Gorzej jak dany etap można przejść jedynie w TPP, ograniczenie czasowe danej sekwencji, do tego toporne sterowanie, a wszystko doprawione źle pracującą kamerą w tym trybie. Frustracja gwarantowana. Szczególnie, że w przypadku gry konsolowej funkcja zapisu jest w określonych momentach fabularnych gry. Genialne!

Rozgrywka

Osobny akapit postanowiłem poświęcić ekwipunkowi. Ten jest wprost genialny. Każdy domorosły majsterkowicz, ewentualnie fan Macgyvera przyzna, że nic nie daje takiej frajdy jak własnoręcznie skonstruowany ładunek wybuchowy. Opcji tu mamy kilkanaście. Możemy robić standardowy koktajl mołotowa, ale i bardziej wymyślne rzeczy. Do butelki z benzyną spuszczoną z samochodu, można za pomocą taśmy doczepić opakowanie nabojów tak, by zwiększyć masę, jak i siłę rażenia naszego ładunku. Dysponując aerozolem z łatwopalną substancją, przy pomocy zapalniczki możemy stworzyć mobilny miotacz ognia. Sam ekwipunek został zorganizowany w kieszeniach kurtki głównego bohatera. Mamy tam do dyspozycji jedynie kilka przegródek. Jednak całkiem przyjemnie wygląda jak bohater zagląda do wewnętrznej strony kurtki w poszukiwaniu konkretnego przedmiotu. Na plus zasługuje również fakt, iż twórcy postanowili, iż w tym przypadku możemy zapomnieć o taktycznej pauzie w grze, która normalnie dawała, by nam nie ograniczony czas na konstrukcje ładunków miotających. System zdrowia oraz ran jest tu zresztą bardzo ciekawy. Nie ma żadnego paska żywotności czy innych tego rodzaju bzdur, bo gra w ogóle unika jakichkolwiek wskaźników i ikonek, z racji tego, że burzą one iluzję i przypominają swą obecnością, że to tylko gra. Wracając do meritum każdy cios przeciwnika powoduje, iż bohater odnosi konkretne rany. Te słabsze wyleczymy odpowiednim leczniczym aerozolem. Oczywiście wykonujemy to będąc w trybie FPP, oglądamy, wtedy własne „członki” w poszukiwaniu świeżych ran. Te silniejsze rany należy zabandażować, inaczej no cóż bohater wyzionie ducha. O mocniejszych ranach przypomni nam „kardiogram” z kilkuminutowym odliczaniem. Jak już wspomniałem wcześniej istotnym elementem w walce jest ogień. Jest on niesamowity. Niemal jak żywy. Potrafi się przemieszczać, pełzać, przeskakiwać na kolejne obiekty, lizać ściany, a co najważniejsze często to jedyna pomoc przy oświetlaniu ciemnych korytarzy. Co rusz jednak ogień będzie po prostu przeszkodą na naszej drodze, wtedy przyda się poszukać gaśnicy. W przeważającej jednak ilości sytuacji ognia będziemy używać do wali. I dobrze, jeśli nie opodal nas coś będzie płonąć. Wtedy każdy drewniany przedmiot w naszej okolicy posłuży nam do spalenia opętanego przeciwnika. Gorzej jak przyjdzie nam robić płonące pociski i skończy nam się akurat substancja łatwopalna z ekwipunku. Przydatny, wtedy jest scyzoryk. Jednak ja przez całą grę nie miałem dla niego praktycznie miejsca w ekwipunku, toteż nie mogłem skorzystać z samochodów, by napełnić puste butelki benzyną. Naprawdę dobrze się stało, iż broń palna w Alone in the dark dużo bardziej przydaje się do odstrzelenia zamka, detonacji ładunków miotanych. Widać to w różnorodności tychże. Producent przygotował dwie spluwy, pierwsza to jakaś pukawka kalibru 9mm, druga to podobno magnum .44. Niestety, nie zwróciłem uwagi, czy posiadałem tą drugą w ekwipunku.

Oprawa audiowizualna

Graficznie gra aktualnie już wrażenia raczej na nikim nie zrobi. Choć wszelkie efekty związane, że światłocieniem są jak najbardziej w porządku to jednak miejscami widać, czy to słabsze tekstury, czy po prostu małą ilość obiektów. Pomimo tego jednak uważam, iż grafika akurat w grach z dominującym klimatem mroku, ciemności zachwycać nie musi. Każdy, kto zagra po raz pierwszy z pewnością zwróci uwagę jak żywo reaguje pochodnia, czy to z kawałka deski, czy krzesła, rozświetlająca mrok. Wszelkie przerywniki filmowe zostały okraszone genialną wręcz muzyką. Nie wiele jest gier, gdzie słuchanie ścieżki dźwiękowej było, by na tyle przyjemne , że nie musi się komponować z jednoczesnym oglądaniem przerywników filmowych.

Jako największą wadę Alone in the dark należy nadmienić, iż nie jest straszna. Próbuje reprezentować gatunek survival horroru, jednak kiepsko jej to wychodzi. Zaczynając grę, ma się wrażenie, że po tym całym trzęsieniu ziemi, genialnym mrocznym klimacie, zapomniano o stopniowaniu napięcia. Nawet, jeśli mocno wczujemy się w ten tytuł ciężko będzie się nam przestraszyć, czy, choćby czuć jakiekolwiek zagrożenie. Gra jest, natomiast bardzo widowiskowa, emocjonująca, miejscami wręcz porażająca – owszem. Konfrontując to wszystko z definicja podaną na początku najtrafniejszym określeniem będzie tu dreszczowiec z elementami mistycznymi.

Plusy:
+ świetna kreacja świata, mroczny klimat
+ piękne efekty światłocienia
+ elementy zręcznościowe i zagadki
+ ścieżka dźwiękowa

Minusy:
- schematyczna walka
- brak urozmaicenia przeciwników
- słaby system zapisu
- tragiczne sterowanie TPP

Moja ocena to 6-/10

6 - gra "w porządku", ot - fajna, ale nic nowego. Trochę ponad przeciętność. Fani gatunku będą się dobrze bawić, ale innym się może nie spodobać. Raczej do pożyczenia od kogoś, niż kupna.

Na koniec zapraszam do odsłuchania muzyki z gry.

Tytuł ogrywany na XBOX360 

gry

Komentarze