r   e   k   l   a   m   a
r   e   k   l   a   m   a

Cenzura-jako-usługa, czyli jak posłowie na koszt dostawców internetu chcą dzieci chronić

Strona główna AktualnościINTERNET

Jedna z żartobliwych definicji Internetu mówi, że to po prostu ciągi rur (oryg. series of tubes), przez które przepływa pornografia. Niektórzy uważają nawet, że cały postęp techniczny w Internecie był napędzany potrzebami branży pornograficznej. Tymczasem grupa posłów zgłosiła już do Sejmu projekt uchwały, która ma zobowiązać Ministerstwo Cyfryzacji do stworzenia rozwiązań, dzięki którym w internetowych rurach nie będzie już „świństw”.

Nie pierwszy to raz, gdy politycy biorą się za regulowanie ludzkich upodobań. W tej konkretnej sprawie pamiętamy zeszłoroczną inicjatywę ministra sprawiedliwości Marka Biernackiego, któremu tak się spodobał system cenzury obyczajowej w Wielkiej Brytanii, że zaczął prace nad przeniesieniem go do Polski, tak i by u nas obywatele nie mogli się przypadkiem podniecić podczas przeglądania Sieci. Z ministerialnej inicjatywy nic nie wyszło, ale sprawa najwyraźniej wraca. Tym razem dzięki posłance Beacie Kempie, która wraz ze swoimi kolegami chce wprowadzenia czegoś, co można byłoby uznać za Cenzurę-jako-Usługę.

W treści uchwały, nad którą prace rozpoczęła sejmowa Komisja Administracji i Cyfryzacji, na pornografii nie zostawia się suchej nitki, pisząc o szeregu negatywnych skutków, takich jak wypaczone postrzeganie sfery seksualnej czy zwiększenie liczby przypadków napastowania seksualnego w szkołach, do których miałby prowadzić łatwy dostęp przez Sieć do nieskromnych obrazków i filmów. By temu zaradzić, wzywa się Ministra Cyfryzacji do opracowania środków technicznych i prawnych, które zagwarantować mają rodzicom prawo dostępu do Internetu wolnego od pornografii – ale nie tylko.

r   e   k   l   a   m   a

Ten postulat nie jest jeszcze taki zły, tym bardziej, że takie środki techniczne istnieją: rozmaite filtry software'owe już dziś pozwalają zablokować dostęp do rozmaitych rodzajów treści, w tym przede wszystkim pornografii. Dalej jest już bardziej problematycznie. Uchwała ma otóż doprowadzić do sytuacji, w której dostawcy usług internetowych na własny koszt będą musieli wprowadzić skuteczne mechanizmy filtrujące, udostępniając je każdemu zainteresowanemu za darmo (korzystanie z filtru powinno być nieodpłatne).

Posłowie-wnioskodawcy twierdzą, że propozycja ta jest znacznie mniej restrykcyjna, niż w Wielkiej Brytanii, gdzie domyślnie pornografia jest zablokowana, a by móc się podniecać seksualnymi widokami, trzeba wpisać się na rządową listę. W Polsce włączenie filtra odbywałoby się na wniosek zainteresowanego. Efekt końcowy byłby jednak podobny… władze wciąż mogłyby łatwo ustalić, kto NIE zażądał włączenia chroniącego przed moralnym zepsuciem filtru.

Posłanka Kempa z kolegami nie postarała się też w projekcie uchwały odpowiedzieć na takie pytania, kim w świetle jej postulatów są dostawcy usług internetowych – czy jest to także pub z hotspotem Wi-Fi dla klientów albo operator randkowego serwisu internetowego? Ani też słowa nie ma o tym, skąd zobowiązani do filtrowania ruchu sieciowego operatorzy usług mają czerpać adresy uznanych za pornografię zasobów internetowych, nie mówiąc już o tym, że jak zwykle ścisłej definicji pornografii nie ma (bo i być nie może, biorąc pod uwagę ogromnie różnorodny zakres ludzkich upodobań seksualnych).

Webmasterzy wśród nas pamiętają, ile ciężkiej, nikomu niepotrzebnej pracy zajęło wprowadzanie powiadomień o używaniu przez strony internetowe ciasteczek, powiadomień służących głównie do irytowania internautów w imię ochrony ich prywatności. Dla właścicieli stron oznaczało to realne koszty, w skali kraju, nie mówiąc już o całej Unii Europejskiej. Daniel Castro z waszyngtońskiego think-tanku Information Technology and Innovation Foundation oceniał je dla całej europejskiej gospodarki na poziomie 1,8 mld euro rocznie. Zakładając, że polska gospodarka (licząc wg PKB za 2013 rok) stanowi ok. 5% gospodarki unijnej, nas dyrektywa ciasteczkowa mogłaby kosztować jakieś 90 mln euro rocznie.

Wprowadzenie powiadomień o ciasteczkach jest sprawą technicznie trywialną w porównaniu do złożoności obowiązkowej implementacji antypornograficznych filtrów na żądanie. O kosztach takiej operacji w projekcie uchwały oczywiście się już nie mówi. Posłowie-wnioskodawcy przekonani są najwyraźniej, że argument pomyślmy o dzieciach (think of the children) stanowi atutową kartę w każdej politycznej rozgrywce. W końcu przecież sami nie są dostawcami usług internetowych, więc sami płacić za przymusowe wdrażanie filtrów nie będą musieli, a w dodatku jeszcze uzyskają rozwiązanie korzystne dla hołdowanej przez nich doktryny społeczno-obyczajowej.

Na koniec warto przypomnieć, że obywatele Polski już dziś mają prawo do korzystania z wolnego od pornografii Internetu. Mogą w tym celu skorzystać z jednego z wielu prostych w obsłudze narzędzi do tzw. kontroli rodzicielskiej – ich listę znajdziecie w bibliotece oprogramowania naszego portalu.

© dobreprogramy
r   e   k   l   a   m   a
r   e   k   l   a   m   a

Komentarze

r   e   k   l   a   m   a
r   e   k   l   a   m   a
Czy wiesz, że używamy cookies (ciasteczek)? Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianach ustawień.
Korzystając ze strony i asystenta pobierania wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.