Fani Xboksa z Chin, którzy za urządzenie będą płacić równowartość 600 dolarów, gry mają nieco tańsze niż reszta świata, bowiem w cenie do 40 dolarów, za to nie pozbędą się nabytych tytułów po przejściu, żeby mieć pieniądze na kolejne pozycje. Poszczególne tytuły na nośnikach Blu-ray pełnią rolę wyłącznie magazynów danych, gdyż każdy krążek sprzedawany jest z jednorazowym kodem aktywacyjnym. Innymi słowy, koledze co najwyżej można sprezentować kawałek okrągłego plastiku, bowiem bez magicznego ciągu znaków do wpisania na Xbox Live jest on tylko podstawką do kawy. Wymaganą jednak w napędzie, jeśli sami w aktywowaną pozycję chcemy pograć...
Do tego dochodzi kwestia blokady regionalnej. O import gier z Chin Microsoft nie miał się co martwić, gdyż tylko niewielki procent zainteresowanych światem elektronicznej rozrywki jest w stanie rozszyfrować tamtejszy język. W drugą stronę jednak z powyższym systemem aktywacji mógłby być problem. Przeciętny chiński gracz nie ma co szukać w brytyjskim czy amerykańskim Amazonie lub innych internetowych sklepach oraz aukcjach okazji, ponieważ sprowadzonych gier zwyczajnie nie uruchomi. System zgłosi, że krążek nie jest zgodny z regionem i tyle. Kolejna podstawka do kolekcji.
Oczywiście można mówić, że azjatycki kraj to zupełnie odmienna bajka, bo po pierwsze to inna mentalność, kultura oraz obyczaje, a po drugie po wielu latach władze wreszcie zdecydowały się znieść zakaz sprzedaży konsol. Na ponad 7 miliardów ludzi na świecie, Chińczycy to jednak prawie 1,5 miliarda, jest ich trzy razy więcej niż ludności Unii Europejskiej i około pięć razy więcej niż Amerykanów. Przy otwierającym się dopiero ogromnym rynku Redmond ma wielkie szanse na sukces, bo region spragniony jest nowinek technicznych. Jeśli obecny system obsługi gier przejdzie bez większego echa, co zabroni firmie powrócić do starych planów również w innych częściach świata?