r   e   k   l   a   m   a
r   e   k   l   a   m   a

Nielimitowane taryfy rzadko kiedy opłacają się typowemu Kowalskiemu

Strona główna AktualnościBIZNES

Jeszcze w 2013 roku plany taryfowe „bez limitów” były przedstawiane przez polskich operatorów telekomunikacyjnych jako najlepszy możliwy wybór dla typowego Kowalskiego. Wygląda jednak na to, że typowemu Kowalskiemu abonament taki wcale nie jest potrzebny, a formuła ta jest przez telekomy coraz bardziej nadużywana – w komunikacji rynkowej nie wspomina się otwarcie, że no limits może już nie dotyczyć połączeń na numery stacjonarne czy wysyłanie SMS-ów.

Pamiętamy jak sprzedawcy-konsultanci w salonach T-Mobile, Plusa, Orange czy Play prześcigali się we wmawianiu klientom, że 80-90 zł miesięcznie za możliwość korzystania z komunikacji GSM (połączeń telefonicznych, SMS-ów i MMS-ów) bez limitów jest dla nich najlepszym wyborem. Okazuje się jednak, że po pierwszym zachłyśnięciu się przez abonentów swobodą wydzwaniania, ekscytacja mija. Jak twierdzi Michał Paschalis-Jakubowicz, dyrektor wykonawczy Orange Polska ds. rynku masowego, konsumpcja usług głosowych wraca do dawnego lub nieznacznie wyższego poziomu. Abonament oczywiście pozostaje na tym samym poziomie.

Walka cenowa między operatorami doprowadziła co prawda do obniżenia cen abonamentów. Przykładowo w T-Mobile za nielimitowaną taryfę Premium zapłacimy 40 zł miesięcznie (przy umowie na 2 lata), ale brak limitów oznacza tu już tylko brak limitów w połączeniach głosowych do krajowych sieci komórkowych. Za nielimitowane połączenia na numery stacjonarne przyjdzie zapłacić dodatkowo 5 zł, za nielimitowane SMS-y kolejne 5 zł, a za każdy gigabajt ruchu sieciowego 30 zł. Z kolei w Plusie „nielimitowana” taryfa LTE to 40 zł, ale za nielimitowane połączenia stacjonarne przyjdzie dopłacić 7 zł, a nielimitowane SMS-y to już 10 zł. Każdy gigabajt ruchu sieciowego to nieco ponad 20 zł. Jak widać, operatorzy mocno się głowią, jak tu ukryć przed klientem całkowity koszt oferty.

r   e   k   l   a   m   a

Pomimo takich działań ze strony operatorów, Michał Paschalis-Jakubowicz jest przekonany, że szeroko rozumiane taryfy no limits zajmą od 20% do 30% indywidualnego rynku komórkowego w Polsce, trafiając do tych, którzy po prostu mają wyjątkowo wysokie potrzeby. Dla pozostałych okazują się po prostu zbyteczne. Oczywiście sytuacja wygląda inaczej w segmencie biznesowym, gdzie oczekuje się większej kontroli kosztów – tam ich popularność ma być znacznie większa.

Dyrektor zarządzający Orange Polska odniósł się także do kwestii związanych z transmisją danych przez sieci komórkowe. Jego zdaniem doszło do zmiany postrzegania internetu mobilnego – prawie przestało się przedstawiać go jako substytut stacjonarnych łączy, reklamowany jest on raczej jako uzupełnienie, dla urządzeń mobilnych użytkowników będących w ciągłym ruchu. Nie wydaje się też, by LTE mogło jakoś realnie to zmienić. Ta technika, choć marketingowo nośna, nie przynosi użytkownikom tak odczuwalnego przeskoku w jakości dostępu do Internetu, jakim było wprowadzenie połączeń 3G. (…) powiedziałbym, że 3G było jak posadzenie na rowerze kogoś, kto musiał wcześniej maszerować. LTE to dołożenie do roweru przerzutki. Jest szybciej, ale przełom dokonał się wcześniej – stwierdził Michał Paschalis-Jakubowicz. Co więcej, nie ma dziś na rynku usług bazujących na LTE, których nie dałoby się uruchomić w sieciach 3G, w których potencjalnie można uzyskać nawet 40 Mb/s, wystarczające, by dostępne usługi pracowały wystarczająco dobrze.

© dobreprogramy
r   e   k   l   a   m   a
r   e   k   l   a   m   a

Komentarze

r   e   k   l   a   m   a
r   e   k   l   a   m   a
Czy wiesz, że używamy cookies (ciasteczek)? Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianach ustawień.
Korzystając ze strony i asystenta pobierania wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.