r   e   k   l   a   m   a
r   e   k   l   a   m   a

Polskie startupy poruszone szkalującym artykułem. Czy jednak biznesową aspiracją ma być płacenie ZUS-u?

Strona główna AktualnościBIZNES

Na łamach Dziennika: Gazety Prawnej oraz portalu Forsal.pl pojawił się artykuł p. Sylwii Czubkowskiej, który wywołał prawdziwą burzę w środowisku polskich startupów. Dziennikarce nie spodobała się zaczerpnięta wprost z Doliny Krzemowej dynamika i forma prowadzenia startupowych przedsięwzięć – określiła je mianem „bańki spekulacyjnej”, zadając retoryczne pytanie o termin tej bańki pęknięcia, oskarżając o wirtualne wyceny, naciąganie inwestorów i „startupowanie dla samego startupowania”, pojmowane po prostu nie jako sposób na wejście w biznes, lecz styl życia. Tym rozkapryszonym startupowym „księżniczkom” autorka przeciwstawiła prawdziwe, porządne, tradycyjne firmy, które walczą o klientów i zarabiają pieniądze, dając czytelnikom wyraźnie do zrozumienia, po czyjej jest stronie, co jest jej wstrętne, a co godne pochwały. W zasadzie to można byłoby tekst p. Czubkowskiej uznać za tanią prowokację, jak to się mówi, low quality bait, tyle jednak, że przynęta chwyciła – i czołowi polscy startupowcy wypowiedzieli w tej kwestii na łamach internetowej prasy sporo gorzkich słów. Czyżby mimo wszystko w sercu ktoś jeszcze wierzył w laborystyczną teorię wartości pracy?

Złe, bo nie kręcą się wokół składek ZUS?

Tytuł artykułu był prowokacyjny: „Start-up, czyli udawany biznes. Ani zysków, ani miejsc pracy”. Do tego garść przykładów inicjatyw związanych z nowymi technologiami, oprogramowaniem, usługami i sprzętem, które miałyby powtórzyć sukces tak głośnych projektów z Ameryki jak Tinder, Instagram czy Uber. Autorka, uzbrojona w opinię prezesa Comarchu (czyli prawdziwej, tradycyjnej firmy) prof. Janusza Filipiaka, pastwi się nad startupami, niezadowolona, że „nie generują realnych zysków” i nie mają „realnego wpływu na rozwój społeczny”. W końcu bowiem, jak twierdzi prezes Comarchu, „powinniśmy wspierać małe i średnie przedsiębiorstwa. Biznesmenów, którzy włożyli mnóstwo ciężkiej pracy w rozkręcenie firm, już coś zrobili, mają wyniki, pokazali, że potrafią”. My – czyli kto? Podatnicy? Społeczność inwestorów?

Ceniąca sobie „realność” autorka demaskuje więc brak osiągnięć rodzimych startupów, słabość pomysłów, pazerność na środki inwestorów, wyśmiewając nawet to, że jakiś startup nie chciał się sprzedać, bo czekał na lepszą ofertę. Nie obyło się też bez potępienia szybkości uruchamiania i likwidowania startupów, będących w praktyce nie firmami, lecz inwestycjami wysokiego ryzyka, które różnią się „od świata zwykłych młodych firm, gdzie wszystko toczy się wokół składek ZUS, podatków, księgowości, faktur, załatwiania kolejnych pozwoleń i urzędowych kwestii”. Tak jakby to źle było nie kręcić się wokół składek ZUS i podatków.

r   e   k   l   a   m   a

Ostatecznie jednak autorka daje młodym startupowcom prawo do zabawy (skazanej ostatecznie na porażkę), licząc, że nauczy ich to w końcu pokory. Po tych startupowych lekcjach część z nich może zacznie być porządnymi przedsiębiorcami i skupi się na płaceniu ZUS-u i podatków. Reszta? No cóż, coś tam się dzieje, autorka przyznaje, cytując opinie analityków Delloitte, które jednak wspominają o ekosystemie firm okołostartupowych i powstawaniu miejsc pracy. Wciąż jednak w najlepszym razie to należy traktować jako stypendia rozwojowe dla ludzi, którzy podnoszą po prostu swoje kompetencje. Bo wcześniej czy później (pewnie wcześniej), pęknąć ma kolejna bańka, tych „jednorożców”, czyli wycenianych na ponad miliard startupów, które dziś przyciągać mają pieniądze naiwnych.

Usprawiedliwiamy się, a więc coś zawiniliśmy?

Zabolało? Na łamach Wirtualnych Mediów w odpowiedzi pojawił się artykuł, wypełniony wypowiedziami ludzi znanych na polskiej scenie startupów i social media – Artura Kurasińskiego (MUSE), Elizy Kruczkowskiej (Startup Poland), Borysa Musielaka (Samba TV, Filmaster), Michał Sadowski (Brand24). Warto go przeczytać w całości, bo pokazuje, że polska branża startupowa zyskała już pewną teoretyczną samoświadomość natury swoich działań i chyba nawet już nie ma kompleksów wobec Comarchu i jemu podobnych molochów IT.

Twórcy startupów rozumieją, że eksperymentują, rozumieją potencjał porażki, ale też rozumieją, że to jedyny sposób na zrobienie innowacyjnego biznesu, który mógłby skalować się w internetowej hiperskali. A jeśli się nie powiedzie – no cóż. Nie każdy jest ulepiony przecież z takiej gliny, by nadawał się do pracy w korporacji. Samo zaś startupowanie dla startupowania też ma wartość w ulepszaniu i optymalizacji procesów rozkręcania przedsięwzięć tego tego typu.

Znalazła się też tam odpowiedź autorki tekstu, p. Czubkowskiej, zapewniającej, że nie wszyscy zrozumieli jej przesłanie i motywy, jakie nią kierowały, zapewniającej, że napotkała też słowa poparcia i dziwiącej się, że startupowe środowisko tak mało jest otwarte na poglądy inne niż ich własne. Refleksji teoretycznej jednak zabrakło, a właśnie o to się wszystko rozbija.

Przegrasz, wygrasz – do grobu zabierzesz i tak tylko doświadczenie

Sukces Doliny Krzemowej jako wylęgarni innowacyjnych biznesów, które podbiły świat i pozwoliły później nakarmić Kalifornię pieniędzmi zgarniętymi z lokalnych gospodarek całego świata nie był bowiem tylko wynikiem obecności świetnych uczelni technicznych i dostępności kapitału inwestycyjnego. Ten sukces wziął się przede wszystkim z wolnościowej mentalności inwestorów, ludzi takich jak Peter Thiel, którzy potrafią prowadzić pięć niezależnych firm inwestycyjnych, każda nastawiona na nieco inny typ przedsięwzięć. Tacy ludzie nie załamywali rąk nad niepłaceniem podatków czy nieuczestniczeniem w „rozwoju społecznym” (czymkolwiek by ten rozwój nie był), tylko robili rzeczy, które prezesom tradycyjnych spółek do głowy by nie przyszły, rzeczy ryzykowne – i można by było powiedzieć nieodpowiedzialne. Jasne – większość startupów nigdy nie przeszła tą doliną śmierci, nie zdołała się przemienić w firmy – ale czy ktoś (szczególnie ktoś, kto sam w startupy nie inwestował) z tego powodu płakał i mówił, że startupy powinny działać inaczej? W globalnej gospodarce inwestorzy swoje nieudane inwestycje i tak odbijają sobie na tych nielicznych projektach, które się powiodły, gdyby było inaczej, to fundusze inwestycyjne dawno by zniknęły z rynku.

Niektórzy mogą oczywiście wskazywać, że czym innym jest mówienie o wspieraniu prywatnych inicjatyw z prywatnych pieniędzy inwestorów (nawet jeśli to inicjatywy cokolwiek utopijne, „nierealne”, a czym innym wspieranie prywatnych inicjatyw z pieniędzy publicznych (wszystkie te dofinansowania z PO IG 8.1 oraz 3.1). Spójrzmy jednak na historię niewielkiej populacyjnie Szwecji, która wyrosła na prawdziwą europejską potęgę w dziedzinie nowych technologii. Według raportu firmy Atomico, obecnie Szwecja generuje 6,3 jednorożca (firmy wycenionej na ponad 1 mld dolarów) na milion mieszkańcow. Niezły wynik w porównaniu do wyniku Doliny Krzemowej, 8,1 jednorożca na milion mieszkańców. Skype, Spotify, µTorrent, Mojang (Minecraft), King.com (Candy Crush), Klarna… to tylko te najgłośniejsze ze szwedzkich startupów, które osiągnęły międzynarodowy sukces.

Co jest tego przyczyną? Po pierwsze edukacja, gdzie już od lat 90 postawiono na uczynienie ze Szwedów narodu wynalazców, a nie tylko konsumentów. Dano narzędzia i infrastukturę, która wychowanemu na Internecie pokoleniu, hołdującemu otwartemu dostępowi do informacji, pozwoliło śmiało eksperymentować. Po drugie jednak gotowość na inwestowanie w rozwiązywanie problemów – a nie tylko na inwestowanie w robienie pieniędzy. To może specyficzna kwestia szwedzkiej/skandynawskiej kultury, ale zarazem coś, co warto przeszczepić by było na nasz grunt, choćby dla społecznej terapii, a nie tylko społecznego rozwoju. Chodzi o Prawo Jante, słynne pojęcie z wydanej w latach trzydziestych zeszłego stulecia książki „Uciekinier w labiryncie” Aksela Sandemose’a, opisującego duńskie miasteczko Jante, którego mieszkańcy żyją, trzymając się dewizy: „Nikt nie jest kimś specjalnym. Nie próbuj się wyróżniać ani udawać, że jesteś pod jakimkolwiek względem lepszy od innych”.

W takim niecelebryckim świecie nie ma lęku, że się przegra – albo, że się gra dla samej gry, a nie dla wygranej. Niektórzy w grze wygrają, ale też, nie ma z tego powodu szczególnej ekscytacji.

© dobreprogramy
r   e   k   l   a   m   a
r   e   k   l   a   m   a

Komentarze

r   e   k   l   a   m   a
r   e   k   l   a   m   a
Czy wiesz, że używamy cookies (ciasteczek)? Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianach ustawień.
Korzystając ze strony i asystenta pobierania wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.