Strona używa cookies (ciasteczek). Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianach ustawień. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.    X

Zamrożeni w czasie

Oto i stało się! Nadszedł kres Firefoksa jakiego wszyscy znamy. Wraz z wersją 57, definitywnie przestały działać dodatki napisane z myślą o XUL/XPCOM. W praktyce oznacza to, że Mozilla lekką ręką wyrzuca do śmietnika cały dorobek swoich wiernych użytkowników – tak, bez wyjątku wszystkie dotychczasowe dodatki zamilkną na zawsze, a kto wie czy nawet nie zostaną skasowane. Holokaust nie ominął nawet skórek (tzw. „kompletnych motywów”).

W takim razie, czy nie lepiej przesiąść się na forki, np. Palemoon lub Waterfox? Moim zdaniem nie. Pierwszy pozostał w erze sprzed Australis (co dla wielu jest zaletą, szanuję, ponoć silnik rozwijają już niezależnie od Mozilli) i większość dodatków nie jest z nim kompatybilna. Drugiemu zwyczajnie nie ufam i też nie wiadomo

Gehenna skalowania obrazu

Przed wiekami, kiedy nasi przodkowie ozdabiali jaskinie wizerunkami zwierząt, a w każdym razie niedługo po - pod strzechą w każdym domu można było znaleźć stojący na piedestale, kolorowy telewizor CRT. Wielki kineskopowy baniak, grzejąco-elektryzujący, wyświetlający obraz zgoła odmiennie od dzisiaj dominujących LCD, OLED, a jeszcze nie tak dawno także PDP. Pod wieloma z tych piekielnych machin, nieśmiało wystawała konsola. W Polsce był to oczywiście legendarny Pegasus i jego niezliczone klony, w USA czy Japonii niepomiernie szersze spektrum „gier wideo”: od Sega Master System, przez SNES, aż po takie egzotyki jak NEC TurboGrafx-16. Mijają lata, kolejne generacje konsol, a nośniki optyczne kręcą się pod wciąż obecnymi w życiu każdego gracza telewizorami CRT.

Dzisiejsze matryce pozwalają na wyświetlanie rozdzielczości 1920x1080 (a nawet i wyższych) w proporcjach 16:9. Jest to ogólnie przyjęty i obecnie najpopularniejszy wspólny standard obejmujący konsole, filmy i PC. Dawniej najczęściej spotykanymi formatami obrazu były oczywiście 4:3 w 320x240 i 640x480. Przez to, że mieliśmy także podział na regiony, gry wyświetlają się bardzo różnie na różnych konsolach i komputerach (np.

Growa terminologia

Upalne lato, żar leje się z nieba, fotony szturmują okna mojej piwnicy niczym zombie w filmach klasy B, a ja nie mam siły na żadną uczciwą pracę w tak Saharyjsko-Mazowszańskim klimacie. Zwojnice silnika w wiatraku rozgrzane do czerwoności. Prognoza pogody? Nie wychodzić z domu. Niemrawo przewijam "niusy" na portalach o grach z nadzieją na jakąś ciekawą zapowiedź bądź premierę, czasem przeczytam kawałek kolejnej wojny PS4 vs XBO, PC VS konsole, joypady VS klawiatury i myszki, antyPiS vs PiS, cokolwiek VS cokolwiek aby tylko ktoś mógł znaleźć pretekst do obrzucenia fekaliami adwersarzy w wakacyjno-urlopowej przerwie. Cóż, to chyba już standard...

Dawno temu, kiedy nasz internet był prawdziwym luksusem, a grami interesowała się garstka, wręcz sama elita (to wersja optymistyczna bo dla większości degeneraci, narkomani i przyszli psychopaci ;)), a więc w czasach kiedy wiedzę czerpało się z czasopism branżowych i dialogów na giełdach komputerowych, nikt (absolutnie nikt) nie mylił pojęć.

Mit kompresji stratnej

Określenie „kompresja stratna” uważam za toksyczne, szkodliwe i siejące zamęt w głowach nie tylko tzw. niedzielnych użytkowników komputera, ale nawet ludzi którzy zawodowo zajmują się grafiką komputerową, cyfrową archeologią, programistów etc. Dlaczego to jest mit, dlaczego powoduje problemy w interpretacji i czemu należałoby porzucić ten termin, postaram się pokazać na kilku przykładach.

Czym w ogóle jest kompresja?

Jest to zmniejszenie rozmiaru pliku przez skrócenie powtarzalnych sekwencji danych. Choć brzmi to trochę enigmatycznie, jest bardzo łatwe do zrozumienia. Z lekcji matematyki na pewno pamiętasz, że działania można upraszczać. W podobny sposób postępuje się z danymi kiedy kompresor natrafia np. na ciąg samych zer. Na przykład jeśli plik zawiera takie oto dane (przedstawiając w jedynym czytelnym dla człowieka systemie szesnastkowym):

Można je ścisnąć do postaci, w której pierwsze siedem bajtów jest ciągiem liczb naturalnych „od do”, a ostatnie dziesięć samymi zerami, używając stosownych znaczników dla danego formatu kompresji, które to z kolei są informacją dla dekompresora w jaki sposób przywrócić pierwotną formę danych sprzed kompresji.

Lisi Speed Dial

Dawno, dawno temu kiedy Opera była jeszcze synonimem pioniera przecierającego szlaki nowej funkcjonalności wśród przeglądarek internetowych, zadebiutował rewolucyjny Speed Dial. Prosty w założeniu, ekran przedstawiający zakładki w formie klikalnych kafli na ekranie. Przyznam szczerze, że długo całkowicie ignorowałem ten genialny pomysł. Tak długo, że aż... do teraz kiedy odkrywam go na nowo.

Powstało wiele dodatków do Firefoksa, które imitują lepiej lub gorzej oryginalny pomysł ludzi z Opery. Poniższy poradnik poświęcam według mnie najlepszemu z nich: Super Start, który może służyć nie tylko jako glazura (z folderami), ale notatnik, pasek wyszukiwania (odkąd Mozilla usunęła parametr odpowiedzialny za ustawienie wyszukiwarek jako listę na rzecz ikonek, nawet wygodniejszy) i listę ostatnio zamkniętych kart.

Aby łatwiej było wyobrazić sobie nad czym będę się rozwodzić, poniżej przedstawiam dwa zrzuty ekranu:

Przegląd funkcji i opcji

Dostęp do opcji znajduje się pod prawym przyciskiem myszy.

Gumisie, pamięć masowa i pingwin

Niniejszy krótki poradnik kieruję do ciekawych świata użytkowników Windowsa, którzy chcieliby zainstalować Linuksa, ale z braku podstaw nie mogą przebić się przez podział pamięci masowej. Jako że pozostałe pytania podczas instalacji „nowoczesnych dystrybucji” takich jak np. Mint (którego to polecam i sam używam) nie wymagają żadnej tajemnej wiedzy, skupię się tylko na tym jednym aspekcie. A skoro w założeniu, czytelnikiem jest użytkownik ekstremalnie początkujący, darowałem sobie opisy dla RAID i LVM.

Zanim przejdę do części praktycznej nie obejdzie się bez niezbędnej teorii. Mianowicie nazewnictwa urządzeń i sposobu montowania partycji w Linuksie, których zrozumienie sprawia najwięcej problemu. Z góry przepraszam za dziecinne opisy, ale z doświadczenia wiem że takie najlepiej działają na wyobraźnię - nie jest to więc oznaka braku szacunku, a jedynie troska.

Kontenery i bajery

Ubuntu można lubić lub nienawidzić i podobnie jest z pomysłami Marka Shuttlewortha. Jednak chyba każdy przyzna, że to właśnie ta osoba stoi za dystrybucją Linuksa, która spopularyzowała pingwina, a można nawet śmiało rzecz, że wprowadziła go na biurko. To nie Gentoo, Slackware, Debian, RedHat, Fedora czy OpenSUSE kojarzy się przeciętnemu Kowalskiemu z Linuksem tylko właśnie Ubuntu.

Ubuntu 16.04 LTS to pierwsza dystrybucja dla mas, w której możemy użyć kontenerów, czyli VFS zawierających aplikację i jej wszystkie potrzebne do działania zasoby (skompilowane biblioteki, pliki konfiguracyjne, pliki graficzne etc.), wraz z odwzorowaniem struktury katalogów w systemie. Kontenery NIE zastąpią i nawet NIE próbują zastępować tradycyjnej formy dystrybucji oprogramowania na Linuksa. To jest rozwiązanie równoległe, które ma wiele zalet, jak i wiele wad – i w zależności od potrzeb środowiskowych użytkownika, zależy ich użyteczność, a nawet sens istnienia. Jeśli ktoś ma teraz zamiar zacząć biadolić, że po co mu to jak jest apt-get, aptitude, zypper, pacman czy cokolwiek innego, niech się jeszcze raz zastanowi nad tym co właśnie przed chwilą przeczytał. ;)

Zalety:

Świadkowie upadku

Na dzień dzisiejszy Windows jest bez wątpienia najpopularniejszym na świecie systemem operacyjnym w domowym zaciszu. Dla każdego przeciętnego homo sapiens sapiens to właśnie biurko jest synonimem komputera. Mac OS X są drogie (bo przecież nie darmowe ;]) i dość hermetyczne, zaś Linuksy owinięte w czarny PR z niewielką ilością oprogramowania (w stosunku do Windows), pomimo tego że już od dawna gotowe są sprostać oczekiwaniom ZU. Pozornie więc, nie zanosi się na to, aby w najbliższej przyszłości rynek uległ transformacji, a imperium Microsoftu rozpadowi.

MS wciąż jest jedną z najbogatszych korporacji na świecie, wciąż ma rezerwy które wystarczyłyby na zakup małych państw i wciąż prężnie działających lobbystów wpychających oprogramowanie i usługi gdzie się tylko da, a nawet „sabotażystów” otwartych formatów.

Internetowa defekacja

Dawno, dawno temu... Za siedmioma skrętkami, za siedmioma routerami i za siedmioma ogniomurkami, był sobie internet wolny od ludzkiej głupoty, złośliwości i niewiedzy.

Czyli tak mniej więcej w czasach niedługo po powstaniu. Większość osób - w tym ja - zna tę opowieść wyłącznie z ludowych podań pełnych nostalgii za bbs, irc, gopherem i głębokich westchnień. W tej bajce były smoki, kilku bohaterów, a nawet niejeden morał. ;) Zaczynałem poznawać sieć wraz z pierwszymi „stałymi łączami” w Polsce, na fali, cytuję: „nielimitowanego dostępu do internetu z super szybką Neostradą”, czyli jak dziś się może wydawać, kuriozalną prędkością 256kb/s, a więc już długo po erze pionierów.

Co się od tego czasu zmieniło? W technologii wiele, ale skupię się na ludziach bo to właśnie ludzie tworzą internet i to ludzie każdego dnia go niszczą.

Mieszanka wybuchowa

Pierwszą rzeczą, którą będę napiętnował to możliwie najbardziej piroplastyczne połączenie z jakim coraz częściej się spotykam: głupota plus niewiedza plus arogancja. Nie dość że ci nieszczęśnicy mają problemy w dostrzeganiu związków przyczynowo skutkowych i na niczym się nie znają to jeszcze są pretensjonalnie nastawieni do świata.

Miętowy przewodnik

Każdy kto zaczynał przygodę z informatyką jeszcze zaledwie te kilkanaście lat temu, na pewno trafił na przynajmniej jednego nawiedzonego „ewangelistę Linuksa”, który próbował każdemu fanatycznie instalować dzieło pana Torvaldsa i społeczności optymistów, by zaraz potem po wysłuchaniu peanów na cześć Pingwina, zderzył się z nim jako namiastką wygodnego systemu na biurko.

A może po prostu dopiero wspinałem się po „Piramidzie Użyszkodników” i Linux zwyczajnie mnie przerósł? Pamiętam, że był barierą tak wielką, że zwyczajnie zraziłem się do niego na długie lata, po to by w kolejnych raz za razem odbijać się i wracać na tego nieszczęsnego Windowsa XP. Większość ofiar wolnościowej propagandy prędzej czy później dotykał jakiś problem, z którym musieli sobie radzić studiując księgi na „przyjaznych” forach, z równie „przyjaznymi” użytkownikami… Ale skoro tak, czy nie jest to dowodem na to, że Linux nie był systemem dla desktopu? A może byłem zaimpregnowany Windowsem i stąd wszystko co inne-nowe było wrogiem dobrego? W szkole mieliśmy Jabłka