r   e   k   l   a   m   a
reklama

Cenzura YouTube uderzyła w treści LGBTQ+. Google szuka rozwiązania

Strona główna Aktualności

O autorze

Hodowca maszyn wirtualnych i psów, poza tym stary linuksiarz, bonvivant i śmieszek. W 2012 roku napisał na DP o algorytmie haszowania Keccak i wciąż pamięta, jak on działa.

Tryb ograniczonego dostępu do YouTube (ang. restricted mode) został przygotowany z myślą o odfiltrowaniu tych wszystkich treści, które dopuszczone zostały do publikacji na platformie wideo, a które jednak mogą być nieodpowiednie dla wielu użytkowników (w domyśle dzieci i młodzieży). Co jednak robić, gdy nieodpowiednich treści cenzurować nie wolno – gdyż nie pozwala na to linia polityczna Google’a? Decydenci firmy z Mountain View muszą teraz znaleźć sposób na pogodzenie doktryny myślenia o dzieciach z doktryną wspierania mniejszości seksualnych.

Nie jest łatwo powiedzieć, co jest nieodpowiednie dla kogo, a ustalenie tego w skali na jaką działa YouTube wydaje się być kompletnie już niemożliwe. Dlatego Google sobie zastrzegło, że choć tryb ograniczonego dostępu jest dostępny we wszystkich językach, to z uwagi na niuanse kulturowe skuteczność jego działania może być różna.

Niuanse kulturowe sprawiły jednak, że w USA skuteczność cenzury okazała się zbyt duża. Przy włączonym ograniczonym dostępie (często ustawianym teraz przed administratorów np. w bibliotekach i innych publicznych placówkach), z wyszukiwarki znikały praktycznie wszystkie materiały w jakikolwiek sposób związane z homoseksualizmem, transseksualizmem, kulturą queer czy narracją genderową. Właściwie nic w takim materiale nie musiało być, wystarczyło, że autor wideo był jakoś powiązany z LGBTQ+ – tak przynajmniej twierdzą oburzeni sprawą youtuberzy i działacze ruchów mniejszości seksualnych.

Z punktu widzenia mieszkańców wielu krajów taki wynik działania trybu ograniczonego dostępu byłby wręcz oczekiwany – ale raczej nie w USA, a już na pewno nie w Kalifornii. Google, które od samego początku otwarcie staje po stronie praw mniejszości seksualnych, nagle znalazło się pod ostrzałem krytyków i nie bardzo wiedziało jak ze sprawy wybrnąć – ani też co właściwie się stało.

Stąd też w trybie awaryjnym szybko opublikowano na Twitterze komunikat o raczej zabawnej treści:

Jesteśmy bardzo dumni mogąc przedstawić głosy LGBTQ+ na naszej platformie, są one kluczową częścią tego, o co w YouTube chodzi. Celem trybu ograniczonego dostępu jest odfiltrowanie treści dla dorosłych temu małemu podzbiorowi wszystkich użytkowników, który oczekuje bardziej ograniczonych doświadczeń. Materiały LGBTQ+ są dostępne w trybie ograniczonego dostępu, ale wideo, w których poruszane są bardziej delikatne kwestie mogą już nie być dostępne. Przepraszamy za zamieszanie, jakie to spowodowało, przyglądamy się waszym zgłoszeniom, doceniamy informacje zwrotne i pasję, z jaką czynicie z YouTube taką zróżnicowaną, włączającą i dynamiczną społeczność.

Wygląda więc na to, że ktoś wykorzystał mechanizmy tkwiące w YouTube i zaczął masowo zgłaszać systemowi materiały LGBTQ+ jako nieodpowiednie, a zaprogramowany by chronić dzieci system przyjął to za dobrą monetę – i materiały te wykluczył z trybu ograniczonego dostępu, tak samo, jak wykluczone zostały materiały związane z heteroseksualizmem. Co z tym wszystkim zrobi teraz Google? Właściwie każde rozwiązanie wydaje się być w jakiś sposób złe.

© dobreprogramy
reklama
r   e   k   l   a   m   a

Komentarze

reklama
Polecamy w WP TechnologieWP TechnologieSnap ma się coraz gorzej. A jego twórca jest najlepiej opłacanym na świecie prezesem