Core i7-1185G7 z grafiką Intel Xe – test. Takiego laptopa nie widziałeś i raczej nie zobaczysz

Strona główna Aktualności

O autorze

Nie zobaczysz, bo jest samplem ewaluacyjnym Intela, który nie trafi w tej formie do sklepów, a służy jako swoisty wyznacznik implementacji nowej platformy Tiger Lake. Mamy go!

Mobility redefined. Takim hasłem Intel reklamuje układy Tiger Lake. Jasne, marketingowcy chcieliby redefiniować wszystko jakoś co kwartał; z regularnością metronomu i oczywiście za każdym kolejnym razem bardziej. Ale tutaj wyjątkowo ma to sens.

Lista nowości jest obszerna. Bardzo obszerna. Jednocześnie daleko wykracza poza samą mikroarchitekturę rdzeni, czy to CPU czy GPU. Wyjaśniam.

Tiger Lake to nie tylko nowy procesor, lecz nowa platforma mobilna

Tiger Lake to pierwszy procesor w mikroarchitekturze Willow Cove, która wyróżnia się dwiema zasadniczymi kwestiami. Po pierwsze – powstaje w procesie litograficznym klasy 10 nm drugiej generacji i ma zupełnie nowe tranzystory typu SuperFin. Po drugie – wprowadza istotne zmiany do organizacji pamięci cache.

Dla dociekliwych: podsystem pamięci L2 wywrócono do góry nogami. Zamiast 512 KB pamięci 8-drożnej, mamy 1,25 MB pamięci 20-drożnej. Oznacza to wzrost pojemności równy 150 proc., aczkolwiek tkwi tu mały haczyk, jakim jest rezygnacja z modelu inclusive, czyli przechowywania w L2 kopii L1. Zwiększenie ilości pamięci podręcznej pomaga zmniejszyć liczbę zapytań chybionych, a do tego pamięci non-inclusive nie wymagają ciągłego unieważniania, więc w teorii powinny być nieco szybsze.

Dlaczego jednak niestosowano ich wcześniej, skoro są takie doskonałe? – ktoś słusznie zapyta. Otóż dlatego, że wymagają zastosowania dodatkowych komponentów do zachowania spójności cache'u w obrębie procesora. Wiąże się to z dorzuceniem tranzystorów, a więc zwiększonym zużyciem energii. Intel nie chce ujawnić, ile stracił na tej zmianie. Nowy proces litograficzny ma to najwyraźniej kompensować.

Choć na pewno nie w pełni — bo o ile rzeczywisty limit mocy starszych Ice Lake kończy się w granicach 50 W, o tyle Tiger Lake może przekroczyć 65 W. Ale też trzeba oddać mu to, że pracuje ze znacznie wyższym zegarem. Różnica turbo w przypadku topowych jednostek to aż 900 MHz. Matematycznie: ponad 23 proc. na plusie.

Przechodząc do pamięci L3, jej ilość zwiększono z 8 MB do 12 MB. I tu jednak są też cięcia, bo mapowanie stało się teraz nie 16-, lecz 12-drożne.

Niewątpliwym plusem jest natomiast zastosowanie technologii kontroli przepływu (CET). Chip na poziomie sprzętowym monitoruje cały przepływ danych, przez co—według zapewnień Intela—powinien być odporny na wszelkie ataki w kanale bocznym. I to w rozumieniu holistycznym, więc również na te luki bezpieczeństwa, których jeszcze nie znamy. Krótko: żadnych manipulacji przy przerwaniach czy skokach.

Jak już jednak wspomniałem, Tiger Lake to nie tylko nowa mikroarchitektura, ale także, a może przede wszystkim zmiany w sferze makro.

Układ graficzny urósł do 96 jednostek EU, i to w nowej architekturze Xe Graphics. Ponoć dwukrotnie szybszy od poprzednika przy dekodowaniu i enkodowaniu wideo; ze wsparciem dla kodeków AV1 i HEVC i materiału 8K60. Również treści o szerokim zakresie dynamiki, przy 12-bitowym potoku.

Dalej – jako pierwszy chip mobilny nowość Intela oferuje PCIe 4.0, a także kontroler pamięci LPDDR5 (z opcjonalnym wsparciem DDR4 oraz LPDDR4). Co jeszcze? Ot, choćby Thunderbolt 4 oraz USB4.

Albo koprocesor AI w ulepszonej wersji — GNA 2.0. Albo procesor sygnałowy, który poradzi sobie nawet z sześcioma kamerami, rejestrującymi wideo 4K30 i wykonującymi zdjęcia o rozdzielczości 27 Mpix. Docelowo: 4K90 oraz 42 Mpix. Albo... Intel Evo.

Intel Evo jest jak swoista kropka nad i

No właśnie, bo abstrahując od smakowitości sprzętowych, trzeba przyznać jedno: producenci chipów nie mają łatwego życia. A na pewno nie na rynku konsumenckim, gdzie entuzjaści mogą budować wokół imponujących specyfikacji ołtarze, ale na końcu i tak wygrywa ten najtańszy. Trudno przeoczyć, że żaden argument nie działa na klienta równie sprawnie co cena.

Skoro tak—na potęgę dochodzi do paradoksów. Topowe układy trafiają do notebooków o wątpliwej jakości, gdzie muszą zmagać się z cherlawym chłodzeniem i osprzętem psującym ogólny odbiór.

Intel wprawdzie produkcji i sprzedaży paździerzy nikomu nie zabrania, ale stworzył specjalną markę, właśnie Intel Evo, którą zamierza sygnować konstrukcje zrealizowane zgodnie ze sztuką. Będzie weryfikować jakość matryc, chłodzenie, akumulator czy obecność konkretnych złączy i kontrolerów. Tak, aby wyciągnąć maksimum z platformy, a niedoświadczony klient nie dał się wpędzić w maliny. Dobre—bo porządkuje nieco panujący na półkach chaos.

Konkludując, do redakcji trafił laptop, który ma pełnić rolę wyznacznika dla innych

Przynajmniej teoretycznie. W praktyce, jak zostałem poinformowany, na pewno nie jest to sprzęt, który w tej konkretnej formie trafi do sprzedaży.

Z wyglądu bardzo przypomina konstrukcje z serii MSI Prestige 14, nie nosi jednak żadnych oznaczeń MSI, a tylko logo Intela. Ma topowy procesor Core i7-1185G7, aczkolwiek w wersji inżynieryjnej (ES). Do tego 16 GB dwukanałowej pamięci DDR4-2133 oraz 1-terabajtowy dysk SSD marki Samsung.

Za łączność odpowiadają Wi-Fi 6 oraz Bluetooth 5.1. Zestaw złączy obejmuje dwa Thunderbolt 4, umożliwiające także ładowanie. Osprzęt z kolei składa się m.in. z dużego gładzika, klawiatury typu chicklet, czytnika linii papilarnych oraz kamerki HD Całości dopełnia ekran Full HD o przekątnej 14''. Nie ma jednak sensu zbytnio rozwodzić się o czymś, co oficjalnie nie zaistnieje.

Zresztą, sam Intel zdążył mi zaznaczyć, abym nie potraktował wiążąco baterii czy wyświetlacza. Są, stosując nomenklaturę branżową, po prostu placeholderami. Podpisane embargo uniemożliwia nawet pokazanie zdjęć wnętrza. Innymi słowy: mamy tu prototyp pełną gębą.

Tym, co generuje wyniki wiążące, jest procesor. Powtórzmy, najwydajniejszy układ w rodzinie Tiger Lake. Wciąż 4-rdzeniowy i 8-wątkowy, ale pracujący w turbo z zegarem aż 4,8 GHz. Dla kontrastu, poprzednik osiąga 3,9 GHz. A to, jak już wielokrotnie wspomniałem, ledwie wierzchołek góry lodowej. Aperitif do grafiki Xe i całej reszty podsystemów.

Według Intela, Tiger Lake to najwydajniejszy chip klasy ultramobilnej. Nieprawda

Bo termin najszybszy sugeruje, że mamy tu do czynienia ze sprzętem wygrywającym w każdym scenariuszu, a tak nie jest. I wynika to z prostej kwestii: 4-rdzeniowy Tiger Lake zostaje rzucony przeciwko 8- i 6-rdzeniowym APU Renoir.

Wszędzie tam, gdzie liczba wątków ma znaczenie kluczowe, jak choćby w benchmarku Cinebench R20 i innych zastosowaniach związanych z renderingiem, Intel siłą rzeczy dostaje po uszach.

Wynik ogólny rzędu 2,4 tys. pkt., podczas gdy laptopy z Ryzenem 7 4800U, potrafią dobijać do 3,5 tys. pkt., na nikim wrażenia nie zrobi. Co innego w przypadku jednego rdzenia. Dotychczasowe chipy ultramobilne kończą się w okolicach 480-490 pkt., a tu mamy jakąś setkę na plusie. Tak, jednowątkowo Tiger Lake to prawdziwa bestia. Mając do 28 W nominalnego limitu mocy, skutecznie rywalizuje z układami 45-watowymi.

Intel przekonuje, że pojedyncze benchmarki w przypadku urządzeń mobilnych nie mają sensu. Jak argumentuje producent, nikt nie używa ultrabooków jako stacji roboczych do ciężkich obliczeń, a raczej korzysta z nich w sposób doraźny. Dlatego wydajność nowych chipów obrazować mają tzw. RUG-i (od ang. Representative User Guide).

Chodzi o sekwencje relatywnie prostych operacji, które według Intela reprezentują typowe zachowania użytkowników. Przykładowo, RUG dla Office'a 365 to wklejanie wykresów, eksport PPTX oraz DOC do PDF i archiwizacja plików za pomocą Windows Zip. A dla Premiera i Photoshopa – automatyczne zaznaczenie, zmiana proporcji wideo oraz enkodowanie.

Jasne, w dużym stopniu jest tak eksponowana właśnie wydajność jednego wątku. Ale Tiger Lake dosłownie dominuje. Cała sekwencja Office'a zajmuje mu ok. 190 sekund, Ryzenowi 7 4800U zaś – ponad 230 sekund. Adobe z kolei to ok. 85 sekund, podczas gdy główny rywal potrzebuje blisko 140 sekund. To znamienne.

Dlatego też Tiger Lake to chip bardzo sensowny

W kontekście tego, jak faktycznie wykorzystywane są ultramobilne sprzęty. Do mnie takie podejście po prostu przemawia, choć zapewne pojawią się i inne głosy.

Mimo wszystko nawet w obciążeniu mieszanym nowość pozytywnie zaskakuje. Ponad 5,6 tys. pkt. w teście ogólnym PCMark 10 to rezultat zarezerwowany do tej pory dla laptopów z wysokonapięciowym CPU i dGPU na pokładzie. A tu proszę.

Wreszcie, nie sposób przejść obojętnie obok świetnych rezultatów nowej Xe Graphics w grach. Co zrozumiałe, w dalszym ciągu nie ma mowy o ataku na pozycję wydajnych kart dedykowanych, ale 30 fps w "Wiedźminie 3" czy "Metro Exodus" na ustawieniach niskich w rozdzielczości Full HD to już poziom, który klasyfikuje układ jako zdatny do grania.

Intel Core i7-1185G7 czy AMD Ryzen 7 4800U?

Nie da się tego jednoznacznie rozstrzygnąć, bo obie konstrukcje mają swoje mocne i słabe strony. Z tożsamym efektem można by pytać na forum motoryzacyjnym, której marki kompakt wybrać najlepiej—i dojdzie co najwyżej do awantury, w której każda strona dyskusji przedstawi jakieś argumenty za. Na pewno Tiger Lake i platforma Evo są kolejnym produktem wartym uwagi.

Czy istotnie redefiniuje mobilność? Na swój sposób – tak. Jest najlepszym chipem, jaki w tej chwili oferuje w tej klasie Intel. I bezapelacyjnie spełnia swoje założenia konstrukcyjne. Te są jednak zauważalnie inne niż w przypadku konkurencji, co warto raz jeszcze podkreślić. Teraz natomiast pozostaje już tylko czekać na wysyp faktycznych laptopów, a nie platform demo. Bo w końcu, co by nie mówić, kupujemy laptop, nie sam procesor.

© dobreprogramy
s