Huawei MateBook X Pro po dwóch tygodniach intensywnego użytkowania (test)

Strona główna Lab Ultrabooki i notebooki

O autorze

Jakieś dwa tygodnie temu obiecałem, że przesiądę się ze wszystkich użytkowanych komputerów na laptopa Huawei MateBook X Pro i będę korzystać z niego we wszystkich niezbędnych scenariuszach. Co z tej przesiadki wynikło, dowiecie się z niniejszej lektury.

Przyznam szczerze, że nigdy nie byłem fanem laptopowych żyletek. Wiecie, mowa o urządzeniach, których motywem przewodnim jest jak najcieńsza obudowa. Parę milimetrów w tę cze we w tę nie robi dużej różnicy w torbie czy plecaku. Za to może być krytyczne dla temperatur i kultury pracy, a co za tym idzie komfortu użytkowania. Ale Huawei lekcje ewidentnie odrobił, udowadniając, że można skonstruować sprzęt zarówno efektowny, jak i efektywny.

Tym razem nie zamierzam już zagłębiać się w specyfikacje ani charakterystyki MateBooka X Pro, gdyż te kwestie zostały obszernie opisane w zapowiedzi niniejszego testu. Pragnę natomiast skupić się na surowej mocy obliczeniowej i przełożeniu wspomnianych parametrów na codzienne użytkowanie. A trochę tego będzie, bo jednak dwa tygodnie to nie krótki, laboratoryjny test, a czas w którym ustawowo trzeba ocenić, czy dany sprzęt aby nie powinien trafić do zwrotu.

Dodam jedynie, dla formalności, że ostatecznie do testu otrzymałem wersję z procesorem Intel Core i7-8565U i 16 GB RAM. W sklepach jest także model z Core i5-8265U oraz 8 GB RAM.

Pierwsze uruchomienie

Tym, co mnie urzekło w nowym Huawei MateBook X Pro, i to na dobrą sprawę zanim zdążyłem na nim popracować, jest minimalna ilość bloatware'u. Domyślnie producent dorzuca do Windowsa 10 raptem trzy aplikacje. Z czego jedna to prościutki sterownik dla obecnych na klawiaturze skrótów multimedialnych, a druga – panel sterowania audio. I tylko PC Manager, będący połączeniem narzędzia do aktualizacji sterowników i obsługi pozakupowej, jest czymś nadprogramowym. Ale koniec końców pełni praktyczną funkcję i nie wyświetla żadnych reklam.

Kwestia numer dwa to szybkość działania. Wydajne podzespoły z szybkim nośnikiem SSD i równie responsywnym sensorem linii papilarnych na czele, połączone z niezaśmieconym systemem sprawiają, że Huawei MateBook X Pro uruchamia się w mgnieniu oka. Nieistotne czy został uśpiony, czy może kompletnie wyłączony. Rusza jak wystrzelony z procy.

Oswojenie z osprzętem

Dużym atutem konstrukcji jest niewątpliwie matryca w formacie 3 do 2. Każdy, kto dużo pracuje z tekstem albo po prostu lubi buszować po internecie, wie doskonale, jak znacząco taki ekran zwiększa pole widzenia względem klasycznych panoram 16 do 9. Konsekwentnie przypominam o tym przy każdej nadarzającej się okazji i będę przypominać. Do pracy biurowej lepszego standardu literalnie nie ma, a czarne pasy przy filmach można zaakceptować.

Tym bardziej, że ekran wykorzystany przez Huawei, LPM139M422A, należy do najwyższej ligi. Ma 13,9 cala, czyli nieco więcej niż statystyczne ultrabooki, a do tego powłokę Gorilla Glass i żwawo działający dotyk. Mało tego, fenomenalnie wręcz wypadają pomiary kolorymetryczne. Pokrycie palety barw sRGB sięga 99 proc.(!), kontrast statyczny przekracza 1600:1, a jasność na poziomie ponad 500 cd/m² oznacza dobrą widoczność w słońcu. Jednocześnie przy błędzie Delta E w okolicach 1,1 reprodukcja kolorów stoi na najwyższym możliwym poziomie. Na tyle wysokim, że laptop Huawei MateBook Pro X mogę spokojnie zarekomendować fotografom i grafikom.

Klawiatura, touchpad czy głośniki także są zdecydowanie ponadprzeciętne. Klawisze zaskakują rozmiarami i mają przyjemny, wyczuwalny skok. Szklana płytka dotykowa precyzyjnie rejestruje gesty, a zarazem w ogóle nie krępuje ruchów. Wreszcie, wbudowane głośniki są wyprowadzone ku górze, a co za tym idzie nie tłumi ich nieregularne podłoże. Grają w sposób wyrazisty i nawet z lekkim basem. Brzmienie można w dodatku spersonalizować programowym korektorem Dolby Atmos.

Muszę się przy tym z odrobiną wstydu przyznać, że w ciągu dwóch tygodni zdarzyło mi się potraktować klawiaturę okruchami z kanapki i niewielką ilością kawy. I wiecie, co? Działa jak nowa, bez najmniejszych zacięć czy zmiany wyjściowej siły nacisku. Wiem, że o mnie świadczy to nie najlepiej. Za to o klawiaturze laptopa Huawei MateBook X Pro jak najbardziej.

Syntetyczne testy wydajności

Zdaję sobie również sprawę, że formą dewiacji jest rzucać od razu sprzęt na syntetyczne benchmarki, ale tak już mam, wybaczcie. Ogólnie rzecz ujmując, zaintrygowała mnie argumentacja Huawei, jakoby Core i7-8565U mógł spokojnie dorównywać jednostkom Core 10. generacji dzięki wysokowydajnemu układowi chłodzenia Shark Fin 2.0. Tak jednak istotnie jest.

Zarówno procesor Core i7-8565U, jak i karta graficzna Nvidia GeForce MX250 z 2 GB własnej pamięci GDDR5 działają tu na 15-watowym limicie. Niemniej to wystarcza, aby na przykład test w PCMark 10 urządzenie kończyło z przyzwoitym wynikiem 3742 pkt., czyli wyższym niż chociażby testowany przeze mnie ostatnio Hyperbook L14 Ultra z Core i5-10210U. Widać wyraźnie, jak wiele w przypadku ultrabooków warunkuje chłodzenie — a to tutaj jest naprawdę niezłe.

Równocześnie bardzo spodobał mi się sposób w jaki Huawei ustawia wentylatory. W spoczynku słychać bardzo delikatny szumek, ale w zamian za to śmigła nie startują jak szalone tuż po przejściu w tryb obciążenia. Rozpędzają się stopniowo i nawet w punkcie kulminacyjnym nie są jakoś wyjątkowo nachalne. Krótkotrwałe turbo podkręca limit mocy do 45 W i choć procesor notuje wówczas 90°C, to zatyczki do uszu wciąż pozostają zbędne. Później taktowanie stabilizuje się na około 1,9-2,3 GHz, przy temperaturze rzędu 68-71°C. Rozsądnie.

Trzeba tylko mieć na uwadze pewną, nazwijmy to tak, osobliwość chłodzenia Shark Fin 2.0. Producent zaprojektował radiator tak, aby stykał się z dolną częścią obudowy, przekazując na nią bezpośrednio część energii cieplnej. To sprawia, że cały ultrabook, kiedy tylko zostaje obciążony, robi się wyraźnie ciepły. Nie parzy, gdyż energia zostaje rozprowadzona dość równomiernie, ale jednak jest to zjawisko odczuwalne. Ciekawostka: moja nieszczególnie techniczna dziewczyna uznała to za celową funkcję dogrzewania dłoni, twierdząc, że to świetny pomysł na zimę. Nie żartuję.

Czy warto kupić?

Przejdźmy jednak w końcu do meritum, a więc tego, jak mi się korzystało z MateBooka X Pro i czy ewentualnie wydałbym na niego swoje ciężko zarobione pieniądze. Odpowiedź, już tradycyjnie, nie będzie jednoznaczna, ale jedno jest pewne: summa summarum to całkiem kompetentny kawałek elektroniki, który dobrze wpisuje się w panujące aktualnie trendy.

Jest smukły i lekki, wszak ma ledwie 14,6 mm grubości i masę 1,33 kg. Przez to nie wadzi jako dodatkowy bagaż w teczce czy plecaku. Równolegle bez trudu wytrzymuje cały dzień roboczy na baterii. Przy jasności ekranu ustawionej na 50 proc. i włączonym Wi-Fi, można nieprzerwanie pracować przez co najmniej 10 godzin. Wyłączywszy Wi-Fi, udało mi się odtwarzać w pętli wideo z dysku przez ponad 13 godzin, a rozgrywka w wymagającą grę to około 2 godzin. Do tego trzy kwadranse ładowania pozwalają napełnić baterię do połowy.

No właśnie – wymagającą grę. Zastosowany przez Huawei układ GeForce MX250 2 GB do demonów nie należy, ale w rozdzielczości 720p odpali każdą współczesną produkcję. Taki Battlefield V oferuje wówczas od 30 klatek na sekundę wzwyż, co wystarcza, aby umilić sobie na przykład dłużącą się podróż pociągiem. Tak więc Huawei MateBook X Pro gwarantuje zarówno szeroko pojmowaną mobilność, jak i elastyczność rozumianą przez wielorakość możliwych zastosowań, co czyni go świetnym towarzyszem na co dzień. Komputerem dosłownie do wszystkiego.

A trzeba pamiętać, że na tym lista zalet się nie kończy. Urządzenie ma niezły panel we-wy, z dwoma portami USB-C z TB 3, dodatkowym USB typu A i gniazdem słuchawkowym. Ma też prostą stację dokującą w zestawie i wreszcie świetną funkcję OneHop, która pozwala wymieniać dane ze smartfonem Huawei lub Honor poprzez zetknięcie. Działa to błyskawicznie i jest zarazem na swój sposób unikatowe. To coś, czego będzie mi brakować w prywatnym sprzęcie.

Co więc mi się nie spodobało? Przyznam, co raczej nieczęste w przypadku Huawei, że największy minus to w moim mniemaniu cena. Producent z Shenzhen za podstawową konfigurację życzy sobie 6 tys. zł, ale też dlatego, że w standardzie oferuje bardzo bogate wyposażenie, w tym dysk aż 512 GB. Brakuje wersji z mniejszym nośnikiem i bez dGPU, która byłaby bardziej przyjazna dla polskich kieszeni. Tańszy jest Matebook 13, ale nie ma wbudowanego USB typu A ani TB 3. Nie zrozumcie mnie źle, bohater recenzji to naprawdę porządny, funkcjonalny i wydajny jak na swoje gabaryty sprzęt. Tyle tylko że sześć tysiaków to dużo, mając na uwadze, że MateBook X Pro to maluch do aktówki, który z definicji nie nadaje się do cięższych obciążeń, aka wirtualizacja czy projektowanie 3D.

© dobreprogramy