Jak producenci robią z konsumenta idiotę, czyli bałagan w nazewnictwie komponentów

Strona główna Aktualności
Fot. Shutterstock.com
Fot. Shutterstock.com

O autorze

Steve Jobs mawiał, że portfolio produktów musi być przede wszystkim przejrzyste. Tak, aby każdy potencjalny nabywca mógł w prosty sposób wybrać optymalne rozwiązanie. Przejmując stery w Apple'u w 1997 roku, od razu ograniczył liczbę modeli komputerów z kilkunastu do kilku. Dzisiaj jednak producenci zdają się wyznawać zasadę, że konsumenta trzeba propozycjami zarzucić, a wtedy na pewno sięgnie do portfela. Gorzej gdy ten zechce zachować minimalną świadomość wyboru.

Menedżer, który postanowi kupić sobie notebook nie musi być wyjadaczem branży IT, prawda? Tak samo jak rodzice czy dziadkowie robiący swej pociesze prezent. Niemniej nie oznacza to, że wszyscy ci ludzie mają wejść do najbliższego centrum handlowego i na złamanie karku popędzić do kasy z tym, co na mocy aktualnej umowy partnerskiej wciśnie sprzedawca w sklepie nie dla idiotów. Tylko, tego właśnie chcą obecnie producenci. Nasza ewentualna nieświadomość jest im na rękę. Przekonuję się o tym za każdym razem, gdy ktoś prosi mnie o pomoc w wyborze sprzętu.

Posługując się wyłącznie logiką, wydawałoby się, że czytelne oznaczenie produktów nie powinno być jakkolwiek problematyczne. Cyfry arabskie zaczęto stosować w Europie już w pierwszej połowie XIII wieku za sprawą włoskiego matematyka Fibonacciego. Każde jedno urządzenie można opisać zgodnie z kolejnością chronologiczną, albo uszeregować według oferowanej wydajności i nie ma problemu. No ale świadomy konsument to zły konsument, bo przecież nie wykupi typowych paździerzy i innych leżaków magazynowych. Trzeba więc dorzucić nieco marketingowej kreatywności.

Procesorowy zawrót głowy

Ale do rzeczy. Weźmy na pierwszy ogień takiego Ryzena 7 3700X, ośmiordzeniowy procesor AMD w najnowszej mikroarchitekturze Zen 2. Co z nim nie tak? – zapytacie. Zadebiutował w lipca 2019 roku, zastępując model Ryzen 7 2700. Niby wszystko gra. Zgadza się oznaczenie klasy, zachowana jest ciągłość w oznaczeniu serii. Tyle tylko, że równolegle czerwoni oferują układ Ryzen 7 3700U, przeznaczony wyłącznie do laptopów. Nie jest ośmio-, lecz czterordzeniowy. I nie ma najnowszej mikroarchitektury Zen 2 (7 nm), ale starszą Zen+ (12 nm). Dysponuje za to zintegrowanym układem graficznym Vega 10, którego nie uświadczy się w wersji nie-U.

Jeśli chcesz kupić czip zbliżony do Ryzena 7 3700U dla komputera stacjonarnego, to musisz wybrać model Ryzen 5 3400G. Tu z kolei do desktopowej serii 3000 przypisany jest przemianowany reprezentant serii 2000. Tymczasem, coby nie było zbyt prosto, oficjalna strona produktowa wprost wprowadza w błąd, wyświetlając przy wspomnianym 3700U logo Zen 2. Bałagan to mało powiedziane.

U konkurencji wcale nie jest lepiej. Wprost przeciwnie – tam dopiero dzieją się prawdziwie dantejskie sceny, zważywszy na dużo szerszą ofertę i dostępność układów. Intel obecnie sprzedaje czipy zwane Core 9. generacji i powoli wprowadza na rynek 10. generację, ale w sklepach można jeszcze trafić na urządzenia z 7. generacją. I tak, Core i5 może oznaczać procesor dwu-, cztero- lub sześciordzeniowy, a to dopiero początek, bo dochodzą jeszcze różnice w liczbie wątków i funkcjach. Core i5 7200U ma dwa rdzenie i cztery wątki, Core i5 7300HQ – cztery rdzenie i również cztery wątki, a na przykład Core i5 8250U, 8300H i 9300H – cztery rdzenie i osiem wątków. Mało? A to dopiero początek.

Core i5 9400H, podobnie jak 9300H, zapewnia cztery rdzenie i osiem wątków, ale do tego dochodzi jeszcze pakiet rozszerzeń bezpieczeństwa Intel vPro. Coś, czym menedżer z powyższego przykładu może być zainteresowany. Równolegle na rynku występuje Core i5 9400 z sześcioma rdzeniami, jednak bez vPro, który wprawdzie jest dedykowany tylko do komputerów stacjonarnych, ale bywa także stosowany w wysokowydajnych laptopach. W seriach Core i3, i7 czy i9 dzieją się podobne rzeczy.

Niżej w hierarchii – to samo. Jeszcze w 7. generacji dla czipów ultraniskonapięciowych, ale stworzonych w wydajniejszej mikroarchitekturze Intel stosował nazwę Core m. Teraz część z tych układów znajduje się w serii regularnej, a część to Pentium Gold. Dla odmiany, Pentium Silver są sukcesorami powolnych Atomów, a do ekonomicznej linii Celeron wpychane jest dosłownie wszystko.

Każde USB jest najnowsze

Wydajność portów USB to niewątpliwie jedna z tych cech, na które warto zwrócić uwagę. Wiedzą o tym producenci, którzy w ramach USB Implementers Forum (USB-IF) ustalili, że każdy standard będzie tym najnowszym (w domyśle: najlepszym). Na targach MWC 2019 ogłoszono, że specyfikacja USB 3.2 wchłania wszystkie dotychczasowe standardy. USB 3.2 Gen 1 to w istocie rzeczy USB 3.0 o prędkości 5 Gb/s, wcześniej nazywane też USB 3.1 Gen 1. Idąc dalej, USB 3.2 Gen 2 10 Gb/s wywodzi się z USB 3.1 Gen 2, natomiast najszybsze, 20-gigabitowe USB to USB 3.2 Gen 2x2.

Łatwo zauważyć, że stosując wyłącznie oznaczenie USB 3.2 producent sprzętu jest kryty od strony prawnej, a nabywca otrzymuje teoretycznie najlepszą technologię. Analogicznie działało to w czasach, gdy istniał tylko podział na USB 3.1 Gen 1 i USB 3.1 Gen 2. Wybór, o ile w sieci brakuje stosownych testów, to jak skreślanie kuponu w Lotto. Albo trafisz, albo nie trafisz.

HDMI jakieś tam, czyli znów ryzyk-fizyk

Podobna historia dotyczy złączy HDMI, aczkolwiek w ich przypadku producenci po prostu porzucili obowiązującą numerację. Choć poszczególne iteracje HDMI znacząco różnią się przepustowością, co prowadzi do tego, że tylko HDMI 2.0 i nowsze są w stanie przesłać obraz 4K przy 60 Hz, na kartach produktów ciężko znaleźć informację o wersji złącza. Trafiają się chlubne wyjątki, ale w lwiej części ofert klientowi musi wystarczyć to, że sprzęt HDMI po prostu ma.

Paradoksalnie, czasem wynika to bardziej z ignorancji producenta niż z chęci zatajenia słabości produktu. ZenBook 14 UX433FN radzi sobie z wyświetlaniem obrazu 4K przy 60 Hz, ale – jak widać na załączonym obrazku – firma ASUS nie chce się tym chwalić. Nie chcę tu tworzyć żadnych teorii spiskowych, jakoby było to zagranie celowe, aby nie osłabiać sprzedaży produktów takiej możliwości pozbawionych, bo finalnie efekt jest taki sam. Kupujący wybiera w ciemno.

Ekran IPS a ekran "typu IPS"

Każdy, kto choć trochę czytał o ekranach LCD, wie, że technologia IPS słynie z szerokich kątów patrzenia i relatywnie niezłego czasu reakcji. Każdy tym samym chciałby mieć taki ekran w swoim urządzeniu. Ale jest problem, bo termin IPS to zastrzeżona nazwa handlowa LG Display. Inny dostawca ekranu to inna nazwa. Nawet jeśli założenia projektowe są zbliżone. Przykładowo, Samsung korzysta z akronimu PLS, a AU Optronics – AHVA. (Nie, to nie ma nic wspólnego z technologią ekranów VA – Vertical Alignment). Producenci desktopów i urządzeń mobilnych przez lata radzili sobie stosując określenie ekran typu IPS. To jednak z czasem musiało doprowadzić do nadużyć. Bo skoro nie ma standardu, to nie ma też nikogo, kto podejmie się zdefiniowania tego, czym powinien być panel IPS-opodobny.

Na dodatek wiele firm zaczęło stosować całkowicie autorskie nazwy matryc, takie jak Wide-View, i bez większych oporów do jednego koszyka wrzuca panele a la IPS, VA, a nawet TN. Jest też taki producent, który jako IPS-like oferuje usprawnione matryce TN o kątach widzenia około 50 stopni. Raz jeszcze – kupujący wybiera w ciemno, a działy wsparcia tylko recytują foldery reklamowe.

Sukcesywne wychowywanie idiotów

Oczywiście wszystko powyższe to ledwie pojedyncze przykłady. Tego rodzaju sytuacji jest znacznie, znacznie więcej. Ot chociażby jeszcze NVIDIA, która wersję laptopową GeForce'a GT 1030 oferuje jako MX150, i to w dwóch zasadniczych wersjach: 10- i 25-watowej. Nie ma o tym informacji w obrębie nazwy, a ponadto można natrafić też na modele MX130 i MX110 – rebrandowane układy starszej generacji. Bałagan siłą rzeczy nie sprzyja budowaniu świadomości u konsumentów. A dlaczego w ogóle o tym piszę? Bo drażni mnie robienie z ludzi idiotów. Potraktujcie niniejszy artykuł w kategorii manifestu bezsilności. Sytuacja i tak się nie zmieni. Działom marketingu jest na rękę.

© dobreprogramy